O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS

cylindryczne

niedziela, 01 kwietnia 2012

Jestem niepoprawną fantastką, optymistką i marketingowcem oraz wizjonerką. Ta mieszanka powoduje, że często moje wyobrażenie świata i oczekiwania bywają kompletnie oderwane od realiów i szybują gdzieś w kosmosie nierealności. Nadchodzą Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Są z marketingowego punktu widzenia właściwie jutro i co? I dziś słysząc w radio, skądinąd jeden z moich ulubionych kawałków czyli "waka, waka" Shakiry, zrobiło mi się smutno, że impreza ta nie ma jakiegoś rytmu przewodniego, jakiegoś "hymnu" na miarę "waka, waka". O ile nie jestem fanką piłki nożnej, o tyle zdarzają się imprezy sportowe, w których chce się wziąć udział przez ogólną atmosferę, klimat. Mistrzostwa Europy wydają się być do tego stworzone. To jak karnawał w Rio, nie trzeba być fanem samby, żeby chcieć to przeżyć. W Polsce nie ma w ogóle kultury takiego wspólnego imprezowania, nie ma multikulturowości, co przy tej imprezie będzie bardzo odczuwalne, a czego bardzo żałuję. I aż serce się kraja, że nie ma działań budujących atmosferę prawdziwych, międzynarodowych mistrzostw. Nie widzę woli i działań po żadnej stronie. I całkiem możliwe, że zdążymy od strony organizacyjnej, zaplecza technicznego, infrastruktury, ale nic nie uzupełni braku atmosfery. Klimatu. To może być jedyna przyczyna ewentualnego niepowodzenia mistrzostw, na które dziś już powinna emocjonalnie czekać cała Europa. Sukcesem imprez, w tym sportowych, nie są wyniki, a właśnie odczucia ludzi z wszelkich zakamarków, może nie tylko, Europy. Wyniki finansowe powinny być wisienką na torcie sukcesu organizacji, a nie celem. Zadowolenia milionów Europejczyków nie da się kupić, ale można dać do niego podstawy. Pewnie, że nastroje są różne ze względu na sytuację ekonomiczną, ale mistrzostwa i tak się odbędą, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dały ludziom pozytywne przeżycia, emocje i wspomnienia. I nie tylko kibicom. Taka okazja może być pozytywna dla większości, ale to w dużej mierze leży w rękach promocji. Promocji, której ja nie widzę, bo bannery i maskotki oraz kubki, to za mało. Nie mówiąc o braku budowania emocji, skutkujących myśleniem "chcę tam być". Marzy mi się przeżycie tego, co znam z zagranicy: wyjść wieczorem na miasto, porozmawiać z obcymi obcokrajowcami, powymieniać się koszulkami (wróć: wrażeniami), bez strachu, z ciekawością i uśmiechem, może nawet z żalem, że to już zaraz się skończy. Bardzo bym chciała, żeby i Polska i Ukraina zostały po prostu polubione przez inne kraje. Żeby po mistrzostwach ludzie chcieli tu wracać, bo mistrzostwa są okazją do zwykłej integracji ludzi, bez względu na sympatie sportowe, polityczne czy jakiekolwiek inne. 

Jeszcze nie jest za późno...

 

sobota, 10 marca 2012

Ostatnimi dniami widać wszędzie klucze zlatujących ptaków. Uwielbiam patrzeć jak się dzielą, przegrupowują w nowe klucze, wyznacza się lider i lecą w nowych kluczach w innych kierunkach. Niesamowite to jest. Naprawdę :)

Niedawno jeszcze, jesienią, patrzyłam wzdychając, jak wylatują. Teraz patrzę jak wracają i pokazują: WIOSNA cobyeto! ;)

Pozwoliłam sobie zalinkować filmik z Youtube od lowiczak123.

wtorek, 06 marca 2012

Grecja upada. Dali by już spokój z przeżywaniem tego. Ekonomia, gospodarka to jedno, duch narodu to drugie. Przecież ich nie "rozbiorą" za długi? Chyba. Bo niczego innego nie muszą się obawiać. Z mapy świata raczej nie zniknie. Chyba. Nie znam planów. Grecy dadzą sobie radę z UE czy bez niej. Zawsze znajdzie się jakieś wyjście. Ostatnio oglądałam znowu "300" i wyrocznia rzekła, że Sparta upadnie, że cała Grecja upadnie. Well.

Grecja upadała już kilka razy i to z wysoka. Mitologii do dziś się uczymy i bogów greckich znamy. Na filozofii do dziś się opieramy. Literatura, nauka, architektura do dziś zachwyca. Dorobek nie zginie. Grecja nie Atlantyda.

Czasami tłumaczę nieporadność gospodarczą Polski tym młodym wiekiem w niepodległości i odpowiedzialności. Kiedyś wszyscy przywykli, że jak było źle, to wina "najeźdźców" i innych. W każdym razie nie nasza. Po odzyskaniu niepodległości jest jak wejściem w dorosłość i wyprowadzeniem się "od rodziców". No nie ma mocnych. Trzeba się nauczyć gospodarowania środkami, minimum planowania wydatków, inwestycji. Za błędy odpowiada się przed sobą. W polityce Polski nie podoba mi się jedynie ta filozofia oszczędzania i cięcia kosztów, co się przekłada na jakość. Presja przetargów pod "cenę" a nie jakość (bo rzadko może iść to w parze), miewa okropne konsekwencje. Wszystkie katastrofy i większość wypadków jakie zdarzają się w naszym kraju mają swoje źródło w cięciu kosztów. A teraz planowana budowana elektrowni atomowej... przy tej filozofii najniższych kosztów naprawdę wolę o tym nawet nie myśleć. Nie no nie przy tej filozofii. Na zachodzie jak coś się robi, to w pierwszej kolejności jest bezpieczeństwo, co równa się z najwyższymi standardami jakości wykonania i systemów nadzoru. Nie wiem skąd to się bierze u nich (pomijając, że pewnie z doświadczenia), ale mam nadzieję, że kiedyś (i to niebawem) się to zmieni i u nas. Lepiej niech coś nie będzie robione wcale, niż po najniższych kosztach. Wystarczy popatrzeć na nowo budowane drogi. Cudownie, ale na krótko, bo w ledwo oddanych odcinkach już pojawiają się dziury czy jakieś wyboje. Niepojęte. Ale co tam. Widocznie taka karma. Zapobieganie zamiast "leczeniu" jeszcze widać nie osiągnęło pełnego rozwoju. W świadomości.

Poczułam wiosnę i postanowiłam (już u mnie tradycyjnie) poszukać nowych dróg na trasie praca-dom. Wiedziałam dawno o planach, widziałam że prace się posuwają, ale do wczoraj ich nie sprawdzałam. No i tu miłe zaskoczenie. Okazuje się, że nowa infrastruktura miasta jest niesamowita. Trasa szybkiego ruchu umożliwia mi przemieszczenie się praktycznie poza zakorkowanymi fragmentami miasta. Suuuunęłam z wiatrem po prawie pustej drodze, że aż miło :) Zadzwoniłam po drodze do męża i z uśmiechem oświadczyłam, że nie wiem, gdzie jestem i jest mi z tym cudownie. Co prawda te poczucie trwało jakieś 2 min, do zmiany świateł, bo zaraz potem się zorientowałam gdzie jechać dalej, ale to jest to, co lubię. Ten moment niewiedzy :) Kocham to w wiośnie, że zawsze muszę coś pozmieniać, poszukać czegoś nowego. Czasami są to bardzo duże zmiany, czasami ciekawość pcha mnie do np. właśnie szukania nowych rozwiązań, w różnych fragmentach życia. Lubię to. Lubię wyłamywać się ze schematów i szybko zabijać rodzącą się rutynę. We wszystkim. Podobno ludzie z natury bardzo chcą chodzić utartymi szlakami, poruszać się po schematach i nie znoszą wręcz zmian. Ja je kocham. Naprawdę. Jeśli tylko wniosą coś nowego, ciekawego, lepszego, otworzą jakieś nowe drzwi, za którymi nie wiadomo do końca co będzie, bo na początku jest tylko dość mocna wizja... No cudownie. Działamy. A po działaniu można spokojnie legnąć na kanapie z upieczonym udkiem kurczaka i się wyłączyć.


Tak, pieczony kurczak, marynowany w ziołach i czosnku z dobrym chlebem tostowym to jest to. Prawie jako pieczony, świeży łosoś. Życie składa się z drobiazgów. Szczegółów. Chwil. W bardzo dużej mierze zależy od nas, jak je zapamiętamy. Co z nich wyniesiemy. Na których zatrzyma się czas. Slow life uczy wyboru tego co dla nas najlepsze. Nie odrzuca smutku, zadumy, refleksji. Ba, im tym bardziej daje swoje miejsce, gdy jest na nie pora. Ale w głównej mierze slow life to pozytywna strona życia. A tego może nauczyć się każdy. Dostrzegać pozytywy może naprawdę każdy. Bo to nie kwestia statusu czy pieniędzy, tylko samego podchodzenia do tego, co już mamy. Albo po prostu, do tego co JEST. I jednym z moich postanowień wiosennych jest asertywność w selekcji tematów nad którymi myślę, którymi się zajmuję. Jedno jest pewne: skupianie się na negatywach jest ciągnące w dół, zatrzymujące, uwsteczniające. I tego po prostu unikam. Wolę faktycznie pomóc tam gdzie mogę. A jeśli nie mogę akurat nic innego, to kocham zająć się sobą. To często, wbrew pozorom, jest też najlepszym, co mogę zrobić dla świata.

Ostatnio kolega mi powiedział "Marzena, jak się dzieje źle, to najlepszym co możesz czasami zrobić to po prostu i jedynie się uśmiechnąć."

Wiem.

Czasami to najlepsze rozwiązanie. Dalsze działania będą potem. Uśmiech może być najlepszym punktem zwrotnym. W najbardziej napiętej, czy ciężkiej sytuacji. Odpowiedni uśmiech, bo to też kluczowe.

Uśmiecham się do Grecji. Dacie radę. Jeszcze będziecie losowi za to wszystko wdzięczni. Znajdziecie nowe wyjście. Niech was tylko nic nie blokuje. Dacie radę.

Atena was pewnie nie opuszcza. Wbrew pozorom.

niedziela, 29 stycznia 2012

Dziś postanowiliśmy rodzinnie odświeżyć sobie film "V jak Vendetta".

 Oczywiście każdy marzy teraz o masce Fawkesa. Ja też, ale może nie o samej masce ile o gadżetach z nią. Długopisy, breloczek, kubek, mała broszka do wpięcia gdziekolwiek, pościel... Och, miałabym chętnie maskę na przedmiotach koło mnie. Symbolika. Kocham symbole.

 

 

I tak przeszło mi to przez głowę i pomyślałam od razu, jaka to ironia losu - nie znam nawet właściciela praw do wykorzystywania tej maski, ba, jeśli już bym miała kupować te gadżety, musiałyby być oryginalne, bo mam alergię na podróbki. I zaczyna się szukanie... i ad acta. A znając życie ktoś zrobi z tego złoty interes. I dobrze, ale niech to będzie autor maski... Prawdopodobnie autorem jest David Lloyd - autor rysunków komiksu, na podstawie którego powstał film, ale nie umniejszałabym też Allanowi Moorowi - autorowi scenariusza. Ale czy w ogóle ktoś to z nimi ustali? Nie wiem. Powinien na pewno, tak by wskazywała uczciwość.

Tylko jak to się będzie miało do idei o którą dziś się walczy, która stoi za tą maską? Nijak. Żyjemy w skrajnie konsumenckim świecie. Czuję się za mała, żeby się nad tym nawet dalej zastanawiać (inaczej - zastanawiałam się nad tym dość długo, ale nie doszłam do sensowych wniosków). 

V jak Vendetta, piękna scena, w której tłum w maskach wychodzi na ulicę. Piękne słowa i cytaty Fawkesa (ale nie tylko. Film naszpikowany jest świetnymi cytatami). Jak chociażby ten: "Pamiętam, jak słowa zaczynały zmieniać znaczenie. Pamiętam, jak „inni” stawał się synonimem groźnego. "

Wzniosłe, i skierowane do i dla innych. Dla ich dobra. W film wpisany jest niewyobrażalny i klasyczny romantyzm (walka z niesprawiedliwością, tyranią) i jednocześnie wpisana w tenże nieszczęśliwa miłość głównych bohaterów. Gdzieś w tle słyszę cichy chichot historii..

To co dziś widzimy wśród młodzieży, to co kotłuje się pod skorupą, w młodej krwi, opisała ciekawie Segritta. Ja to nazwałam cyberromantyzmem którego krótka definicja wg mnie byłaby prosta - prawdziwe i żywe, a przy tym skrajne emocje, które rodzą się za pośrednictwem internetu. To, czy i w jakiej formie wyjdą poza, to już zupełnie inna sprawa. W dobie internetu wszystkie emocje mogą narodzić się w cyberprzestrzeni i tak to odczuwam, bo dla mnie jest to nowe zjawisko (i znam wiele osób, dla których dalej byłoby to niemożliwe). Ja jestem starej daty romantyczką... chociaż. Na pewno potrafię to zrozumieć. 

Ta kwestia też jest trudna, bo wcześniej świat się z takim stanem jeszcze nie zmagał. Pierwszy raz młodzież chce wolności w "sieci". Pierwszy raz nie chodzi o terytoria, tylko o ziemie niczyje, które co niektórzy chcą zawładnąć, "sprecyzować", dookreślić, ale z oczywistych względów nie mogą... Tak. To jest naprawdę pierwszy raz walka o wolność w przestrzeni, w eterze, który dosłownie i w przenośni daleko jest od tej podzielonej ziemi, a jednocześnie tak bardzo jest nas wszystkich. Każdy może wejść i wziąć sobie kawałek i zrobić z nim co dusza zapragnie. Ta walka o wolność w internecie kojarzy mi się bardzo z historiami, które opowiada mój dziadek o nas, jak dzieciakach. Podobno jako knypki, ja i moi bracia, często się kłóciliśmy, walczyliśmy, biliśmy, płakaliśmy, ale jak ktoś próbował się w to wtrącać, czy nas godzić albo rozdzielać, to wszyscy stawaliśmy okoniem i nie pozwalaliśmy się wtrącać. Każdy musiał umieć sam znaleźć sobie sposób na "wolność" na tej braterskiej ziemi. I udawało się nam. Teraz patrząc na internautów widzę właśnie silną analogię: oni między sobą mogą się zgadzać, nie zgadzać, popierać, wyśmiewać, pochlebiać, wspierać, wzgardzać,  kochać mogą wszystko... ale nikt nie ma prawa  narzucać im z zewnątrz, co i jak mają robić. Jeśli ktoś nie spędził trochę czas w internecie, nie poznał lepiej bądź gorzej tworzących się społeczności, grup, naturalnego doboru liderów, przywódców, kozłów ofiarnych, autorytetów, jeśli ktoś się temu nigdy nie przyjrzał od środka... to tego nie zrozumie, dlatego nie dziwię się, że ta młodzież tak bardzo walczy o ten swój świat. I bardzo dobrze. To jak nowy kanał przepływu myśli. Ja się urodziłam jakieś 10 lat za późno, żeby to tak czuć, bo spokojnie mogę żyć bez internetu, ale jednak, jak mogę, wolę żyć "z" (chociażby w telefonie) i to też o czymś dla mnie świadczy.

Swoją drogą, jest dla mnie socjologicznie ciekawe odcinanie "internautów". Byłam przekonana, że internautą jest każdy, kto korzysta z możliwości jakie daje internet. Od poczty począwszy, po aktualizację gps w telefonie. Nie trzeba przecież surfować po sieci, żeby być internautą, ale co ciekawsze, przecież każdy kto się w mediach wypowiada o "internautach" korzysta z internetu. Dlatego lekko się uśmiecham słysząc w telewizji wypowiedzi o "internautach". Ludzie, którzy używają tego słowa jako synonimu "inni" też nimi są... Wszyscy jesteśmy. W tym jednym nie ma podziałów. Masz internet, korzystasz z niego w jakikolwiek sposób? Jesteś internautą. Koniec kropka.

Czy jednak we wszystkich siedzi potrzeba zmiany, romantyczne porywy, chęć walki o słuszne idee i sprawy? Zapewne nie. 

Przy okazji - jestem jedną z fanek Natalie Portman. Jest ona dla mnie jedną z najlepszych aktorek młodego pokolenia. Podwójnie cenię ją i szanuję za dobór ról. Potrafi być taka, jaka powinna być aktorka, ale też każda kobieta - zmienna. Za każdym razem idealnie dopasowana do roli.

Film wzrusza. Codzienność też potrafi budzić wiele emocji, ale najważniejsze pozostanie.. co z nich w nas zostaje, jak je zapamiętamy i do czego nas zainspirują, zmotywują, pchną.

I na koniec, puszczając oko, słowa V "Rewolucja bez tańca jest niewarta zachodu.". 

niedziela, 22 stycznia 2012

Na szczęście jeden z moich ulubionych autorów a przy tym blogerów - Marek Wojciechowski - polecił na weekend serial o wdzięcznym tytule "Lie to me"

I się z mężem zatraciliśmy na dobrych kilka godzin i na początek, bo nie sposób przerobić na raz wszystkich odcinków i wszystkich sezonów.

Kłamstwo. Słodkie kłamstwo. Od dawna modne jest rozgryzanie NLP, czyli technik manipulacji, jednak mnie od młodości, zanim NLP pojawiło się na świecie, fascynowało kłamstwo. Mechanizmy, sposoby rozpoznawania, sytuacje gdy ludzie je stosują, gdy wszyscy je stosujemy, gdy należy, gdy nie powinno się kłamać. Piękny temat. Uwielbiam do dziś słuchać kłamiących ludzi, obserwować zachowanie, mimikę, mowę ciała, wyłapywać drobiazgi trwające ułamki sekund i dlatego z dziką wręcz przyjemnością polecam również ten serial, ponieważ jest w nim mnóstwo faktów odnośnie kłamstwa. Doskonała potrawa na wieczory. Lubię pozwalać ludziom kłamać i udawać, że tego nie widzę. Czuję się wtedy jak Św. Mikołaj. Oczywiście wszystko ma swoje granice, jednak większość kłamstw jest naprawdę tak niewinna, że nie widzę powodu, żeby odbierać komuś przyjemność, zwłaszcza, że często służy to czyjemuś dowartościowaniu się, uzyskaniu uznania. Proszę. Poczuj się dobrze. Co ciekawe, większość ludzi bardzo mocno wierzy w to, co mówi w danym momencie. I dobrze. W coś trzeba wierzyć, a po co wierzyć w cudze, skoro można wierzyć we własne słowa? ;)

Kłamstwo niesłusznie jest tak potępiane. Na pewno mniej słusznie niż właśnie manipulacje, które z założenia mają oszukać manipulowanego. Kłamstwo bardzo często ma na celu uchronienie kogoś przed cierpieniem, przed problemami, kłopotami, niepotrzebnymi zmartwieniami. Mówi się, że prawda jest najważniejsza i święta. Nigdy się z tym do końca nie zgadzałam, ponieważ wszystko zależy od sprawy, sytuacji, kontekstu. Prawda jest ważna, jeśli czemuś służy, ale kłamstwo potrafi być o wiele ważniejsze i lepsze w skutkach. Manipulacja służy wyłącznie interesowi manipulującego (pomijam wyjątki). Kłamca niejednokrotnie robi przysługę okłamanemu. Kłamstwa, przemilczenia, wszelkie półprawdy, podkolorowania, odcienie szarości i wszystko co jest pomiędzy prawdą i kłamstwem. Och, jak ja lubię, gdy ktoś się upiera, że zawsze i bezwględnie należy mówić prawdę. Tacy ludzie sami często kłamią prosto w oczy dokładnie z tych w/w dobrych pobudek, czystych intencji nie sprawiania przykrości. W tym względzie nie jestem hipokrytką. Lubię, chcę być czasami okłamywana. Mimo znajomości prawdy, chcę usłyszeć to, co chcę usłyszeć, bo wiem co z tym z robić. Z prawdą czasami ciężko jest zrobić coś sensownego. Lubię czasami słuchać kłamstw, bo je właśnie doskonale widać i można nimi żonglować jak piłeczkami. Przegrywa ten, kto upuści piłkę. W końcu te piłki są ze szkła i spadając powodują huk, rozpadają się na dziesiątki części, które potem mogą wbić się w stopę, jeszcze długo po tym, gdy piłka spadła. Kłamstwa są ważne i pożyteczne, ale nie mogą dotknąć ziemi.

Czasami słuchając kłamstw nie mogę się powstrzymać i się uśmiecham. Ten powstrzymany uśmiech wywołuje te magiczne "czemu się uśmiechasz?", na co odpowiadam "Nie, nic. Tak po prostu". I świat myśli, że ja jestem z natury uśmiechnięta (no dobrze, uśmiecham się też nie tylko dlatego przecież). Ja po prostu słucham tych wszystkich fantazji, kłamstewek i nie mogę się powstrzymać. O ile sytuacja tego nie wymaga, to się po prostu uśmiecham i myślę "Cudownie. Lie to me, baby".

Świetny serial. Polecam, bo naprawdę ma w sobie dużo prawd, które potwierdza nauka, a które znamy od dawna. I już pierwszy odcinek pokazuje, że kłamstwo bywa bardzo, bardzo względne, zwłaszcza, gdy służy ochronie czyjegoś dobra. Ratowanie czyjegoś dobra, dobrego imienia, zaufania (jeśli nie dotyczy spraw karnych, zbrodni) jest dla mnie normalne w przyjaźni, lojalności. I na pewno jest jednym z jej objawów. To jak krycie się wzajemnie wśród rodzeństwa przed rodzicami. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Do dziś mam taką relację z braćmi. I nie tylko. Sprawa ochrony wzajemnego dobra jest dla nas świętością. I tak powinno być. I takie kłamstwo zawsze będzie usprawiedliwione. Jeśli ktoś to neguje, tzn jedynie, że jeszcze tego po prostu nie przeżył.

Lie to me. Pyszny deser na (najlepiej) weekendowe wieczory.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Chodź, opowiem Ci historię. Siadaj. Weź kubek kawy, herbaty, kakao i posłuchaj.

Miałam 19 lat. To był Sylwester. Wtedy go poznałam i spróbowałam pierwszy raz. Nie spodobało mi się. Kompletnie mi nie wychodziło, ale inni mnie przekonywali, że będzie dobrze. Jak już się nauczę, to pokocham go. Więc żeby się przekonać, czy tak będzie postanowiłam się wszystkiego nauczyć. Szło mi opornie i zajęło długie miesiące. Ale w końcu.. w końcu zaczęłam odczuwać tę legendarną przyjemność, może dlatego, że sobie wmówiłam, że trafiłam na odpowiedniego. Z czasem, faktycznie zamieniło się to w coś poważnego. Znajomi mówi, że tak fajnie do siebie pasujemy.

Było nam coraz trudniej bez siebie wytrzymać. Ba, zmieniali się mężczyźni w moim życiu (niektórzy go tolerowali, inni zupełnie i absolutnie nie, jeszcze inni sami się do niego dla mnie przekonywali..), otoczenie się zmieniało jak w kadrze z filmu "Wehikuł czasu", zmieniali się ludzie, a on ciągle był ze mną, jakby wiedział, że go na swój sposób kocham, mimo... no właśnie.

Mimo, że go nienawidziłam. Mimo, że miał mnóstwo wad. Mimo, że byłam na siebie nie raz wściekła, za to że do niego wracam, chociaż wiele razy sobie obiecywałam, że z nami koniec. Czasami odpuszczałam, bo ile razy można się poddawać? Wiele lat przywiązania, tkwienia w toksycznym (w gruncie rzeczy) związku jest jak mocno zakorzenione drzewo, które wrasta w nas. Zapomina się z czasem, jak jest bez niego. Wiele razy się rozstawaliśmy (czasami nawet na kilka miesięcy), ale zawsze wygrywał. Zawsze do niego wracałam. Szczególnie po alkoholu, albo jak miałam problem, czy po prostu chciałam się oderwać, albo nad czymś pomyśleć. On był do tego najlepszy.

Nawet mój mąż to tolerował, ba, lubił na mnie z nim patrzeć. Czasami się przyłączał. Chociaż co mógł innego zrobić? Wiedział, że nie będę między nimi wybierać. Nie tak. Nie mógł tak postawić sprawy. Chociaż widział też, że się z tamtym psychicznie męczę. Że cierpię chwilę przed spotkaniem z nim, że nie robię tego, bo chcę, tylko z czystego uzależnienia i przywiązania, ale już bez przyjemności. Najgorszy i najbardziej toksyczny rodzaj rutyny. Ale ja wiedziałam, że w końcu się z nim rozstanę. Czekałam tylko, aż naprawdę do tego dojrzeję. Aż poczuję, że już wystarczy. Wiele związków w końcu tak się zaczyna i kończy. Na początku jesteśmy sobą zafascynowani, nie możemy bez siebie żyć, spędzamy razem każdą chwilę, od łóżka, przez stół, czy samochód, po każde miejsce na ziemi, dziesiątki rozmów, nieprzespanych nocy, sennych dni, ale też chwil pełnych namiętności i szaleństwa. Wszystko inne jest ok, ale najważniejsze, że jesteśmy razem.

Jednak... po iluś latach zaczyna się coraz częściej czuć znudzenie, znużenie, zmęczenie. Widzi się same jego wady, a nie chce ci się już wyciągać wspomnień jego zalet. Zupełnie przestało ci na nim zależeć i teraz nie wiesz tylko, jak mu powiedzieć, że to już koniec. I że możecie zostać przyjaciółmi, chociaż to trochę za mocne słowa. I próbujesz. Raz, drugi, dziesiąty... i się poddajesz, bo on tak skomle o chociaż jedno spotkanie, o chociaż 5min razem o jedno małe spotkanie. No co ci zależy? Nic. W sumie nic. I się zgadzasz... I znowu miesiącami się nie możesz od niego uwolnić i patrzysz na męża, który widzi, że coś się z tobą dzieje, ale ze smutkiem w oczach nie liczy już nawet na to, że skończysz z tamtym. 

Ale ty wiesz, że skończysz. Już dawno podjęłaś decyzję, musiałaś tylko wypracować sobie metodę odpierania wszystkich argumentów, jakie miał. Lata przywiązania, rozumiesz, to trzeba skończyć sposobem. A sposób jest jeden: nie ulegać naciskom. Zdajesz sobie sprawę, że te rozstanie, jak każde spowoduje małe zawirowanie w życiu. W końcu wasza relacja, wokół niej, zbudowały się też inne. Przyjaciele i znajomi pewnie trochę się podzielą, część trzymać będzie jego stronę, część twoją. Niektórzy nie będą wybierać (i słusznie). Ty, jeszcze wiele, wiele razy będziesz czuła, że czegoś bardzo, ale to bardzo ci brakuje. I tak właśnie jest. Chociaż naprawdę bardzo, bardzo rzadko, to pojawia się takie nieznośnie poczucie "chcę". I dobrze, ale od razu sobie tłumaczę, że nie chcę jego. Chcę czegoś, ale to nie on.

Doskonale wiem, co mnie czeka. Jakie będą pułapki, jakie pokusy. Najważniejsze - nie zaskoczą mnie. Gdy siedziałam pewnej nocy na balkonie, postanowiłam z nim porozmawiać. Po raz ostatni. Nie słuchając go, postanowiłam powiedzieć tylko to, co miałam do powiedzenia i się pożegnać. Nawet mu nie podziękowałam. Wszystko było już powiedziane przy każdym poprzednim rozstaniu.

Patrzył na mnie z tym swoim gorącym uśmieszkiem "Znowu odchodzi? Wrócisz. Ty zawsze wracasz". 

"Zobaczymy" odpowiedziałam i go zgasiłam. Tak. Ja to po prostu wiem. Po tylu latach. W tę ciepłą, zimową noc.

On mi pewnie i tak nie wierzy, jak mój mąż, jak moi znajomi, rodzina, przyjaciele. "Ty, rzuciłaś? Jasne". Pełne pobłażliwości. Tak. Zobaczycie. Co jak co, ale tkwienie w toksycznych związkach nigdy nie było dla mnie znośne. Papierosy były jedynym wyjątkiem. A ten, zgaszony tamtej nocy to był ostatni papieros.

Ja to po prostu wiem. I z każdym dniem wiem to coraz bardziej. Kiedyś zapomnę, że byliśmy razem. Chociaż może bezpieczniej będzie nie zapominać... żeby znowu do siebie nie wrócić, bo jest mi bez niego cudownie ;)

PS. Chyba każdy ma taką rzecz, sprawę, osobę, od której uwolnienie traktuje jak źródło zadowolenia i zwycięstwa nad własną słabością, uległością, dowód na to, że jednak ma się silną wolę (we własnych oczach). Dziwne to jest, że w ogóle czasami latami się w takich "relacjach" i relacjach tkwi. No ale cóż. Najważniejsze, to się z nich skutecznie uwalniać. Satysfakcja jest niesamowita.

piątek, 06 stycznia 2012

O ile jestem fanką nowych technologii, urządzeń, usprawnień, o tyle z dużym dystansem podchodzę do większości z nich. I nieufnością. Za bardzo nie ufam temu, co technologia robi z naszym życiem. O ile oczywiście nie ma tematu przy urządzeniach typu zmywarka, odkurzacz, pojazdy mechaniczne, telefony, komputery, wszystko co umożliwia internet, o tyle dość krytycznie odbieram doniesienia o coraz nowszych "usprawnieniach". Ujmę to tak, dzielę je na przydatne i odmóżdżające. Proste. Urządzenia które nam pomagają i wyręczają nas w czysto mechanicznych czynnościach - OK, natomiast jak oglądam materiały z prezentacji np. samochodów samodzielnie parkujących, systemów, które za nas o wszystkim pamiętają, wiele za nas zrobią, przechodzą mi ciarki po plecach. Przyszłe pokolenia NIE BĘDĄ MYŚLEĆ. Pewnie pozostanie jakieś wąskie grono ludzi, od których się tego będzie wymagać, ale cała reszta będzie skupiona na zdobywaniu coraz nowszych modeli, które jeszcze bardziej uwolnią je od myślenia i samodzielności. W coraz większym zakresie człowiek jest zbędnym ogniwem, ponieważ prawie wszystko już da się zautomatyzować. Dobrze? No nie wiem. Dla mnie narzędzie zawsze pozostanie narzędziem, ale nigdy nie stanie się obiektem mojego bezkrytycznego zachwytu. Urządzenie jest tylko WYNIKIEM, EFEKTEM myśli ludzkiej, więc zawsze będę pamiętała (widząc coś niesamowitego), że za tym stoi jego wybitny autor, a przy wielu urządzeniach, programach itp - grupa ludzi i to oni mnie tak naprawdę by zainteresowali najbardziej. Oni stanowią dla mnie elitę świata. Coraz węższą, bo jakoś nauka zdaje się bardzo oddalać od zwykłych ludzi. A może zawsze tak było? Może zawsze większość ludzi była skupiona na śledzeniu nowinek po to, żeby je NABYĆ i z nich korzystać jednocześnie bezrefleksyjnie przyjmując, że one SĄ i należy je MIEĆ. Koniec. Nie wiem.

Jak rozmawiam z ludźmi, to dziwi mnie, że ich np. nie interesuje zupełnie jak coś powstaje. Dlaczego. Skąd i po co. I do czego to zmierza. I czy jest nam to potrzebne. Ludzkość ze ślepą pasją dąży do uwolnienia się od myślenia, za to ślepo daje się przekonać nawet niezbyt wyrafinowanym reklamom, że coś muszą mieć. Każde następne urządzenie ma w tym pomóc. WAŻNE! Nie samo urządzenie, bo już dawno nie wymyślono nic nowego. Wszystko co mamy w tej chwili w zasięgu ręki, powstało w pomysłach już dawno temu. Do nas trafiają ulepszone wersje. Rozszerzone o funkcje, połączone z czymś innym. Wiadomo - miniaturyzacja. (Czekam, aż staną się faktem projekty, które są dziś dopiero w fazach testów. Gdy elementy będą już montowanie w obwodach, a całość będzie ledwo widoczna ludzkim okiem. To będzie coś, ale nie oszukujmy się. To dziesiątki lat badań i testów). Niemniej, my siedzimy w domach z urządzeniami (dla projektantów) z poprzedniej generacji. No muszą nam marketingowo mówić, że najnowsza wersja jest WOW. Nie jest. Ona jest już przestarzała, bo właśnie dopracowują wersję, która wejdzie za rok. To jest ta fascynująca strona nauki ;)

Dobrze, że jednak jest w tym wszystkim też mocny podział. Wiele osób zupełnie temu nie ulega i kupuje tylko to, co uważa za przydatne. Bez cienia fascynacji. Lubię takich ludzi. Sama nie raz zachwycam się (chwilowo) jakimś urządzeniem, przy czym takie osoby chłodno pytają "no ale co z tego? to tylko ..." Tak. To prawda. I tak jak są maniacy urządzeń, tak są kobiety zapatrzone w ubrania czy kosmetyki, potrafiąc rozmawiać o tym godzinami. Nie dołączam się do żadnej grupy na stałe. Na wyłączność. Oczywiście zainteresuję się prawie wszystkim, ale unikam skrajności. We wszystkim. Nie dam się wciągnąć w życie, w którym szczytem marzeń jest posiadanie rzeczy. Jakiejkolwiek.

I dobrze mi z tym. Dzięki temu wszystko jest dla mnie zabawą. Mieć/ nie mieć. Zmiana stylu, wizerunku, tuszu do rzęs, torebki, zmiana laptopa na tablet, telefonu na smartfona, małego auta na duże, ok, jak będzie możliwość, jak będę miała wenę, ok, izi. Oj. Dziś to, jutro coś innego. To wszystko jest tak błyskawicznie przemijające, że szkoda się nad tym jakoś rozwlekać (co właśnie robię).

PS. Mąż właśnie robi "garażową wyprzedaż piwnicy" na allegro i patrząc na to, co sprzedaje, to sobie przypominam, jak koniecznie chciałam to mieć i jak bardzo miało mi to ułatwić życie (maszynka do mięsa, masażer, nawilżacz i inne gadżety, które już dawno zastąpiło coś innego albo okazały się jednak nieprzydatne). Albo jak ostatnio zrobiłam przegląd szafy znowu oddając ponad połowę zawartości (bo przytyłam ;). Eh, kupowanie. Przy moim nieznoszeniu do chomikowania, jest wręcz szkodliwe. Coraz mniej lubię. Jak chodzę po sklepach i widzę coraz większą bylejakość (materiałów, wykonania) to opada mi zapał. Nic się kochani nie zmienia. Doskonałe jakościowo rzeczy zawsze będą drogie, ale nie wszystkie rzeczy drogie są warte swojej ceny. Zwłaszcza nowości technologiczne, które już w dniu zakupu są przestarzałe.

Za to nic się nie zmienia jeśli chodzi o ubrania. Klasyka i doskonała jakość materiałów zawsze będą warte swojej ceny, bo zadbane będą nam służyć latami. Takich rzeczy nie ruszam i nie oddaję. No chyba że już zwyczajnie się zużywają, jak każdy materiał (czasami przeglądając stare zdjęcia widzę ubrania, za którymi zatęsknię, bo były doskonałe, ale niestety, musiałam je powyrzucać/ pooddawać, bo się poprzecierały, straciły kolor, fason). I co? Nic. Były nie do zastąpienia, a moda kurcze wraca ;) Tak jak wiele urządzeń, których dziś już nie mam (a które dziś i tak były starymi gruchotami). Wszystko przemija, dlatego strasznie nie chce mi się angażować w to uczuć. Może już nie umiem? Może tylko przy pierwszych rzeczach odczuwa się jakieś głębsze emocje? Ja tak chyba właśnie mam. Świadomość zabija niektóre emocje. Co na dziś mnie cieszy. Mam spokój, tam gdzie powinien być.

I chciałabym poznać człowieka, który wymyślił laptopa. Zapytałabym go, jakie to uczucie, wymyślić coś, z czego korzysta cały świat. To musi być genialne.

"Bill Moggridge w 1979 roku stworzył pierwszego laptopa w takiej formie, w jakiej znamy go dzisiaj - zamykanej walizeczki. Pierwsze przenośne komputery powstawały wprawdzie już pod koniec lat 60., ale trzeba było kolejnych 10 lat, aby pojawił się pomysł genialny w swojej prostocie i ergonomii. Tak genialny, że GRiD Compass trafił na statek kosmiczny NASA oraz był wykorzystywany przez amerykańskie służby specjalne"

a Wiki o nim krótka notka. Hehe. To dopiero ironia losu. A czy ktoś o nim słyszał? No tak. Nie jest tak popularny jak Jobs czy Zuckerberg. Tylko pytanie, czy dwaj ostatni za 30 lat będą na ustach ludzi? Czy ich pomysły dalej będą w obiegu? A jeśli nie, to co i czyjego pomysłu?

No tak. Jak prawie wszystko, najpierw powstaje na potrzeby wojska (bez żalu, tylko niech nikt się nie łudzi, że to z myślą o zwykłych konsumentach ;)

Technologia inteligentnych domów. Cudo. Jeśli chodzi o zarządzanie energią, zasobami? Świetna sprawa. Jednak jak czytam, że będzie można stresować domem z pilota i nie trzeba będzie wstać, żeby zapalić światło to sobie myślę "Lubie, no bez jaj. Już ruszcie ten tyłki, bo kiedyś będą tak grube, że wc będzie musiało pod was podjeżdżać". Czy ktoś tego naprawdę chce? No właśnie. To samo z parkowaniem, albo z automatyczną skrzynią biegów. Każdy kto z niej korzysta ma poważny problem z korzystaniem z manualnej. No i to już jest dla mnie sygnał alarmowy. Ja wiem, że parkowanie bywa trudne, zmiana biegów wymaga wykonania dwóch ruchów (zresztą mechanicznych!), ale kurcze, no nie przesadzajmy. Nie odbierajmy sobie tego co jest całą przyjemnością w jeździe: prowadzenia samochodu. Jeśli wszystko ma być zautomatyzowane w samochodach to chciałam zauważyć, że to już jest i nazywa się autobus komunikacji miejskiej. Wsiadasz, bierzesz książkę i jedziesz. Daleko? Och bez przesady, z miejscami parkingowymi też bywa ciężko. 

Rozwój technologii... może być tak dobry jak i zły. Jak każda RZECZ. Pomyślmy o tym czasami, zanim oszalejemy w sklepie czy przed monitorem widząc jakiś przedmiot. I pamiętajmy, że on jest już przestarzały. Tak dla ochłonięcia ;)

Ale na marginesie dodam, że jestem szaloną fanką miniaturyzacji urządzeń. Coraz cieńsze telewizory, coraz mniejsze komputery, coraz lepsze telefony, coraz mniej palące samochody... Cudo. Tylko torebkę lubię mieć dużą, ale tą przypadłość mam akurat po mamie.

 

PS2. Notkę zainspirowały niedawne opowieści o prezentach pod choinkę dla dzieci, gdy rodzice biorą kredyty na jakieś szalenie drogie zabawki. Szaleństwo, które mi się już nie mieści w głowie. Przede wszystkim dlatego, że nie jest to istotą Świąt Bożego Narodzenia. Jestem starej daty i tego się będę trzymać. Przynajmniej w tym zakresie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5