O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS

slow life

piątek, 06 kwietnia 2012

Świetny kawałek. Usłyszałam go w Chilli Zet i jak rzadko, zapamiętałam wykonawcę. I się zakochałam.

 

Ostatnio wszyscy mi mówią, że jestem chyba zakochana. No nie mówię, że nie :-)

Uwielbiam ten stan. Jest kilka zapalników, które go wywołują i ostatnio uaktywniły się wszystkie, plus kilka nowych. No pięknie jest, po prostu. Siedzę i się uśmiecham. Prowadzę samochód i się uśmiecham do czerwonego światła, rozmawiam i się uśmiecham, tańczę i się uśmiecham. No pięknie jest :-)

 

PS. Kocham Malbork. Te zatrzymanie w czasie, ten klimat. Ten zamek. Wczoraj byłam tam tylko na chwilę i to służbowo, ale i tak zdążyłam chwycić to, co lubię. Fantastyczne miejsce. Niby nic, a jednak dużo. Gdzie jak gdzie, ale w Malborku lubię być chociaż raz do roku i przejść się po zamku. No ma w sobie to "coś", co ma też zamek np. w Rzucewie. Zakochałam się w nim chyba 2 lata temu spędzając tam ostatki. Czuć się jak Marysieńka - bezcenne ;)

Ja w ogóle kocham zabytki, stare miejsca, klimaty, kiedyś moim konikiem była archeologia, im coś jest starsze, tym lepiej. Kocham zapach takich miejsc. Stare kościółki, jakieś ruiny, budynki, zamczyska, stare drzewa, lasy, obrazy, książki, przedmioty, ale nie żeby je mieć, ja je lubię podziwiać. One pasują do odpowiednich klimatów. W nowoczesnych wnętrzach muszą być idealnie wkomponowane, inaczej tracą urok i stają się po prostu starymi przedmiotami. Kocham muzea. Mogę godzinami chodzić i się egzaltować. No cóż, każdy ma jakiegoś hopla. To jeden z moich.

PS. niestety jednak nic nie zmieni faktu, że postęp jest nieunikniony, wręcz konieczny, bo jak to ładnie zobrazował niedawno mój kolega z pracy w trakcie spaceru po Krakowie "Gdyby nie postęp, to w środku miasta mielibyśmy dziś wioskę rybacką". No nie da się ukryć. Ale i tak nostalgia lekka mnie ogarnia, gdy widzę znikające budynki, zastępowane przez nowoczesne budowle. Dzisiejszy Gdańsk nie ma już wiele wspólnego z tym, co pamiętam z dzieciństwa. Jestem z tym pogodzona. Dopóki nie wyburzają domu, w którym dorastałam, a w którym do dziś mieszka mój dziadek, jakoś to znoszę ;)  Przemijanie, zmiany, no muszą być. Ale i tak pięknie, że co lepsze się ostaje, jak zamek w Malborku, czy kościół Mariacki w Gdańsku czy katedra w Kolonii. Czy też klimatyczne staromiejskie uliczki w wielu miastach. No kocham to. 

To tak na marginesie mojego ogólnego stanu zakochania, bo co ja będę każdemu tłumaczyć, że jestem zakochana w życiu i siłą rozpędu wiele to tylko podsyca. No i znowu się uśmiecham. Oj tam :)

Tagi: slow life
14:02, l.marzena , slow life
Link Komentarze (4) »
środa, 04 kwietnia 2012

Dobra, wiem. Czasami miewam przesadnie pozytywne podejście, ale życie mnie do tego nieustannie inspiruje. Kwestia emerytury po 67. roku życia. Dobrze, najpierw trzeba tego wieku dożyć. A teraz druga sprawa i moje podejście: cudownie! Poważnie. Jak to usłyszałam i przestałam się śmiać, to pomyślałam, że to naprawdę super. Dlaczego? Bo mam 35 lat i dotarło do mnie, że po przepracowaniu 14 lat jestem dalej na początku. Nigdzie mi się nie spieszy, wcześniejsza emerytura mi nie grozi, mam jeszcze 30 lat, żeby się realizować, ba, spokojnie urodzić dziecko, wrócić do pracy, która jest moją pasją. Wszystko jeszcze przede mną. Poczułam się jak nowo narodzona. I szczęśliwa. Na dobrą sprawę i tak nie czuję się kompletnie gotowa do myślenia o emeryturze. Jeszcze pokolenie moich rodziców poszło na emeryturę w wieku 50 paru lat. I wcale im nie zazdroszczę, bo mieć mnóstwo czasu, nie mieć dość kasy, żeby ten czas fajnie spędzać, co się kończy albo jaką poboczną pracą, albo chorowaniem i chodzeniem po lekarzach i oglądaniem serial w nieskończoność i życiem życiem innych, e nie. A tak? Zmienia to zupełnie sytuację na rynku pracy. Nie mam pojęcia, jak będzie za rok, dziesięć, trzydzieści i całkiem możliwe, że system emerytalny ulegnie zmianie jeszcze z 5 razy, ale na dziś strasznie mi się to podoba. Istotą rzeczy jest to, co powinno być nią bez względu na myśl o emeryturze: robienie w życiu tego, co się co najmniej lubi, chociaż pasja jest lepsza. Wiem, że mnóstwo ludzi nienawidzi swojej pracy, ale właśnie tym bardziej powinni znaleźć w sobie odwagę i chęć do zmiany tego stanu. Nie ważne czy na etacie, czy w wolnym zawodzie. To zupełnie drugorzędne. Podstawą jest znalezienie swojego ideału. W końcu można szukać długo, ważne, aby do skutku. A jak nie teraz, to spokojnie. Nikomu się nie spieszy ;-) 

 

 

PS. Mąż mnie właśnie uświadomił, że nas ta zmiana jeszcze nie obejmie. No szkoda, nie zmienia to jednak mojego podejścia. Każdy z nas powinien znaleźć to, co daje mu satysfakcję i się tego trzymać. Poczucie spełnienia jest bezcenne. W każdej dziedzinie życia. I w każdym wieku.

Tagi: 67
22:31, l.marzena , slow life
Link Komentarze (2) »
środa, 14 marca 2012

Kocham salsę od kiedy na nią chodzę. Od początku podobało mi się podejście instruktora, ale dziś przeszedł samego siebie :)

tańczymy. po którymś obrocie zaplątały mi się nogi i prawie się przewróciłam

INSTRUKTOR: Wow! Prawie!

JA: Chciałbyś :)

INSTRUKTOR: No nie, coś ty. potrenowałbym ratowanie cię w locie

JA: Jasne :)

INSTRUKTOR: no dobra, ale szoł by był. Nie powiem

 

***

INSTRUKTOR [tańczy gdzieś obok, bo tak wynikało z układu]: Pewnie zawsze musi być jak ty chcesz? :)

JA: Nie tu, tu ty rządzisz

INSTRUKTOR: Jasne, ehem

 

No ba. Ale co ja mu będę tłumaczyć ;) Przecież to on mnie uczy, to on jest moim mistrzem ruchu (no nie tylko moim, wiadomo, a przy tym jest mistrzem tytułowanym). Jest w tańcu naprawdę dobry. Udało nam się z nim. Kiedyś go nie było i była dziewczyna na zastępstwie. No zajęcia były fajne, ale nie miały wiele wspólnego z salsą. Były bardziej aerobowe. Też fajnie, ale ja zdecydowanie wolę zajęcia taneczne. Kocham jeszcze zumbę, ale typowe stepy itp nie są dla mnie stworzone. No ja wolę jednak układy, taniec, myk, myk, raz dwa, prawa przód, lewa tył, obrót itp. A układy w wykonaniu grupy są świetnie motywujące i nakręcające. I kompletnie mi nie przeszkadza, że szkolę się pod okiem chłopaka, który mógłby być moim młodszym bratem. Jeśli jest ode mnie lepszy, to z pokorą i przyjemnością podporządkowuję się poleceniom. W tym wypadku uczeń i tak nie prześcignie mistrza. Zero rywalizacji. Czysta przyjemność i brak kompleksów. No w końcu on to robi całe życie. Ja się mogę i to robię jedynie uczyć. Z przyjemnością :) To samo dotyczy rozkosznej instruktorki zumby. No uwielbiam patrzeć na jej wysportowane ciało i sposób kreowania układów. Sama ledwo oddycham ze zmęczenia, ale doskonale mi z tym. Strasznie się niezmiennie cieszę, że zaczęłam kiedyś chodzić na te zajęcia. Dają mi mnóstwo przyjemności i do tego wnoszą coś nowego. No tak powinno być. Ze względu na to, że są tylko raz w tygodniu nie mam szansy na rutynę. No i dobrze. Na razie jestem dalej nowicjuszką. Coraz lepszą, ale jednak ;)

 

 

Plusem zajęć z dobrym instruktorem jest jego doświadczenie ogólnie. Potrafi rzucić nam "rozluźnijcie ciało, płyńcie", albo daje wskazówki jak coś wykonywać łatwiej, czym same sobie utrudniamy i jak się tego pozbyć. Naprawdę doświadczenie jest niebywale ważne z takimi amatorkami tańca jak my. Jak ja. I mało co daje taką przyjemność jak przetańczenie całego układu w grupie, bez błędów, lekko, bez walczenia z ciałem. Dokładnie flow. Po takiej godzinie ma się masę energii i endorfin. Nieustannie polecam ;)

poniedziałek, 05 marca 2012

I dobrze.

Ale dobre jest połączenie:

i zaraz obok:

cudne połączenie. Jędrusik niemożliwie oddaje kobiece nastroje ;)

Tak mnie naszło właśnie w poniedziałek.

Ale tu zupełna perełka dla mnie, bo jak o mnie:

sobota, 03 marca 2012

Własna droga, bezmierny horyzont i oczy szeroko otwarte.

Gdzieś mi wpadł w ucho wywiad z Magdą Gessler, w którym zapytano ją, czy ogląda programy Ramseya. Czyli, czy jeden człowiek sukcesu śledzi poczynania innego człowieka sukcesu z tej samej branży. Gessler odpowiedziała, że nie, bo nie chce się sugerować, nie ma czasu na to i ma własną wizję swojej ścieżki.

I dokładnie tu ją rozumiem. Ostatnio ktoś mnie zawodowo zapytał, czy śledzę poczynania konkurencji, czy ich sprawdzam, śledzę, analizuję. W niewielkim stopniu, bardziej staram się być świadoma ich działań, poznawać ew. czego nie robią, poznawać opinię klientów, niż siedzieć godzinami i ich szczegółowo sprawdzać. Szkoda mi na to czasu. To oni niech śledzą nas, jeśli z tego ma coś niby wyniknąć. Ja nie muszę. Dla mnie ważniejsze są oczekiwania klientów i przewidywania potrzeb i trendów, niż tracenie czasu na zbyt intensywnym badaniem konkurencji. Niech oni robią swoje. Ja będę robić swoje. 

Ważny szczegół, zbytnie badanie konkurencji właśnie ma tę wadę, że zmienia się u niektórych w prawie główną działalność firmy, co skutkuje, że jest się zawsze z tyłu. Uśmiechnęłabym się, ale to nie jest śmieszne, bo tak się można wykończyć. Zawsze najważniejsze jest to, co przed nami i to patrząc w górę, a nie tylko w tzw. przód. Nasze cele, marzenia są "nad" a nie "przed" nami. Porównując, badanie konkurencji ma być po prostu pilnowaniem, żeby się nie potknąć o wystający na naszej drodze korzeń, gdy szukamy swojej "ziemi", ale jak już będziemy w dobrym miejscu, to nie będą nam te korzenie przeszkadzać. Wtedy będziemy iść w górę, a nie w przód.

I to właściwie nie tylko zawodowo. To podstawa szczęśliwego życia. Zawsze będą gdzieś tam lepsi i gorsi od nas. To nie ma większego znaczenia. Ważniejsze, żebyśmy to my rozwijali się w ważnym i istotnym dla nas kierunku, jeśli będzie to "góra", to reszta pozostanie w naszym cieniu, jeśli będzie chciała nas "śledzić" i ew. niech oni depczą nam po piętach, jeśli nie znaleźli swojego miejsca, a nie odwrotnie. Nie chodźmy cudzymi ścieżkami. To tak nudne i odtwórcze. No ale poważnie, przecież szukanie nowych rozwiązań jest o wiele ciekawsze.

Najważniejsze też jest znalezienie własnego tempa. WŁASNEGO. I życie w nim. Nieważne, jak te tempo odbierają inni. Jeśli jest właściwe, to trafi też na odpowiedni grunt. Jesteśmy jak ziarno, które trzeba zasiać na żyznym gruncie. Sianie na siłę a ugorze, albo sianie w niesprzyjających warunkach zawsze będzie stratą czasu, potencjału, możliwości. Więc znajdujmy swoją glebę, zasiejmy się w niej i rośnijmy. W górę.  We własnym tempie. Zawsze w górę, bo to ważniejsze niż "do przodu" ;) Z góry o wiele lepiej widać. I każdy może mieć własną definicję "z góry". Dla jednych będzie to świetna rodzina wielodzietna, dla innych życie pełne sukcesów zawodowych, dla jeszcze innych po prostu święty spokój, dla innych duże grono znajomych, dla kogoś rozwinięcie jakiegoś talentu, dla kogoś popularność, dla kogoś innego zmiana świata na lepszy, dla niektórych mieszanka tego wszystkiego, albo zupełnie inne cele. Przecież jesteśmy tak niemożliwie różnorodni, że przewidywanie wszystkich kombinacji jest stratą czasu dla mnie, ale istotą jest znalezienie swojej kombinacji, zasianie się i pójście w górę w swoim tempie. Moje tempo jest slow, chociaż niektóre działania wykonywane są błyskawicznie, to inne mogą się ciągnąć w nieskończoność, jak chociażby leżenie na słońcu i myślenie o niczym. To wszystko się kompletnie nie wyklucza, a jedynie uzupełnia. Także kochani, nie ciągle do przodu, ale w górę. Do przodu można przejść całą Ziemię w około i nic z tego nie wyniknie. Do góry. To jest właściwy kierunek + własne tempo. I tyle. I do tego odnoszą się słowa "uskrzydlać", "podcinać skrzydła". Bo mamy patrzeć do góry, a inni nam w tym niejednokrotnie próbują przeszkodzić, ciągnąć w dół. No i to jedne, czemu musimy przeciwdziałać. Nie taplać się w usilnym zwalczaniu innych, tylko na rozwoju własnym. Rozbijanie energii na wiele, zbyt wiele działań, będzie zawsze hamujące, cofające. Szkoda na to czasu. Lepiej nadwyżki spędzać na kumulowaniu energii :)

Od tego, w którym kierunku właśnie życiowo idziemy, zależy też, na jakich ludzi trafiamy. Jeśli idziemy w przód, czyli ciągle szukamy, to znaczy, że na takich samych ludzi trafimy. To znaczy też, że większe jest prawdopodobieństwo, że będziemy próbowali zasiać się w tym samym miejscu, to ten kierunek poszukiwania, natomiast gdy już idziemy w górę, to trafiamy na ludzi, którzy są również na "danej wysokości". Dlatego siłą rzeczy albo otaczamy się całe życie tymi samymi ludźmi, albo oni się zmieniają, bo też zmieniają się "nasze współrzędne".

To wybitnie proste, ale pozwala zrozumieć, dlaczego nasze kręgi znajomych się zmieniają bądź nie. I odpowiada to na wiele pytań, które sobie w życiu zadajemy. Po prostu. Brak stania w miejscu wpisane ma w siebie zmiany otoczenia. Ale zawsze trzeba pamiętać, że tak jak my, tak krążą też inni. Zmieniają się ich współrzędne. Piękne to jest. I tak bardzo naturalne.

Tagi: slow life
13:43, l.marzena , slow life
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 lutego 2012

No dobrze. Może raczej na kanapie.

Kocham zimę za jedno: za umożliwienie mi leniuchowania. Mogę bezkarnie przeleżeć cały weekend na kanapie, robiąc NIC, albo robiąc coś, co można robić na leżąco, nadrabiając filmy, książki, gazety, wiadomości, rozmowy telefoniczne, spotkanie z przyjaciółmi (no zwykli znajomi już mi tego nie umożliwią, przyjaciele leżą po prostu razem z nami). Lenistwo zupełne. Reset. Kumulacja energii. Tylko zimą nie mam OCHOTY nigdzie iść, jechać, lecieć, podskoczyć, spotkać się na mieście. Zapraszam wyłącznie do mnie.

Tylko zimą jedyne co mnie wieczorami wyciągnie z domu to salsa, ew. zumba albo spinning, no nie liczę odwiedzin rodziny. Kocham zimę za te totalne spowolnienie. Owszem, w pracy lecę na zupełnie maksymalnym speedzie, na zupełnych obrotach, ale to dlatego, że kocham tę pracę i zatracam się w niej z przyjemnością, ale po wyjściu z biura, albo po powrocie z podróży, jedynie kanapa i inne pierdółki domowe.

Kocham za to zimę, bo czując wiosnę już wiem, że zaraz w domu znowu będę gościem. Nie wytrzymam długo i wracać będę jedynie spać. Zimą naprawdę mogę się poukładać, wewnętrznie, zewnętrznie, w szafkach, w myślach.

A propos myśli: Jedna myśl towarzyszy mi całe życie i wraca głównie, gdy już leżę.. Chcę wymyślić coś, czego nie wymyślił jeszcze nikt. Obojętnie w jakiej dziedzinie. Zupełna dowolność. Wymyślić coś, o czym mogę powiedzieć i będzie można to udowodnić: tego jeszcze nie było i jest moje. Bierzcie i jedzcie, ale nie było do tej pory niczego nawet obok tego. I żeby było skrajnie uniwersalne, żeby nie można się było o to pokłócić, ale żeby było światu potrzebne. No musi coś takiego być. I pewnie już nie raz miałam to prawie, prawie, prawie na końcu synapsy :)
Czy mi się to uda? Nie mam pojęcia :) Ale nie zapominam, że w historii myśli najlepsze myśli przychodziły przypadkiem, dlatego nie leżę i nie myślę "co by tu wymyślić?", bo to z założenia zabija kreatywność. Ja pozwalam myślom płynąć. Mają zupełny flow :) 

Największe "Eureki" nie były wymyślone. One przychodziły tym ludziom do głowy. Oni je potem zapisywali i jeśli było to konieczne, udowodniali. No każdy ma jakieś marzenia. Z tych najbardziej abstrakcyjnych jakie noszę w sobie całe życie, to właśnie to. Zapisać coś, co będzie wiekopomne.

Bo po to są marzenia. I to jest moje najbardziej abstrakcyjne. Pozostałe to chyba kwestia pieniędzy albo chęci, czyli banał :)

Zdjęcie pochodzi STĄD.

 Leżenie na kanapie jest boskie zimą. Muszę się tym nacieszyć dopóki mam tę pięknie paskudną pogodę za oknem. To jej ostatki.

niedziela, 19 lutego 2012

Uwielbiam wspólne gotowanie. Przygotowywanie dań zajmuje minutę, przy tym mam okazję się o niego poocierać, podotykać, poczuć zapach jego karku wymieszany z zapachem ziół. Niezbyt często to robimy, bo jednak każde z nas z reguły woli gotować samo, jednak czasami, przy daniach wymagających przygotowania wielu składników, które się szatkuje, kroi, obiera godzinami, ugniata w nieskończoność to jednak się uzupełniamy.

I właśnie trafiłam na fejsie na coś genialnego. Fartuchy. Dla kobiet i mężczyzn. Ale uwaga, te fartuchy nie mają nic wspólnego ze znanym nam wzorem i wykonaniem ze szkolnej stołówki, bądź nudą lub "zabawnymi" nadrukami. O nie. Uwaga. Panie i panowie: wyższy poziom gotowania doświadczony będzie w tym:

 

 zdjęcia pochodzą STĄD i są to tylko te modele, które udało mi się skopiować do linkowania. Wybór jest szeroki i pozwala fajnie rozgrzać wyobraźnię.

Strona sklepu TU PROSZĘ. Polecam samą stronę, bo zdjęcia mają niemniej dobre i klimatyczne.

Prostota męskich modeli, np. BORYSa. Kobiecość w modelach damskich... np. MARY aż chce się wrócić do kuchni. I długo gotować, dusić, piec...

Świetny pomysł na prezent. Nie tylko dla partnera/ki. Fartuszki mają swoją cenę, ale po pierwsze wyglądają na nią, a po drugie, wyglądają na nią. Na pewno dorzucam do listy #chceto. Poczekam.

Lubię zmysłowość. Lubię dni, kiedy kuchnia jest pomieszczeniem nie mniej erotycznym niż każde inne. W takich fartuchach może być niewątpliwie. Dodałabym do tego tylko duże świecie w kątach kuchni (zamiast światła), dobry jazz w tle i let's cook w stylu slow. Pomysł na weekend idealny. Naprawdę nieważne czy w pojedynkę czy w parze.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6