O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS

slow food

niedziela, 26 lutego 2012

Już od dawna słyszałam o idei FAIR TRADE i od kiedy mam możliwość kupowania produktów z tym znaczkiem w Polsce, to je wybieram. Dziś przeczytałam ten artykuł: KLIK.  I zrobiło mi się smutno z powodu tak dużej nieświadomości. Większość ludzi lubi narzekać (no wiem, w Polsce żyję) na swoje zarobki, że tak cieżko pracują, a tak mało zarabiają i jakie to niesprawiedliwe. No to ja proponuję pomyśleć też nad tym wszystkim i zastanowić się, co mają powiedzieć ludzie, którzy pracują prawie za darmo na to, żebyśmy mogli korzystać z "dobrodziejstw" świata. I może zamiast narzekać (hehe, jasne :), albo dobrze, to może jednocześnie z narzekaniem można w bardzo prosty sposób starać się trochę zmieniać ten świat i myślenie i podejście.

Tu strona koalicji KLIK oraz polskiego oddziału znowu KLIK.

 

O co chodzi? Pokrótce (info ze strony)

"Ruch Sprawiedliwego Handlu opiera się na kilku wspólnych zasadach, które mogą być realizowane na różne sposoby. Dwie organizacje, które reprezentują odmienne podejścia do Sprawiedliwego Handlu, opracowały na kanwie tych reguł zestawy weryfikowalnych standardów. IFAT wypracował standardy, które muszą spełniać organizacje Sprawiedliwego Handlu. Natomiast FLO Int. stworzyło system certyfikacji Fairtrade, oparty o standardy produkcji i wymiany handlowej w odniesieniu do konkretnych produktów.

 
Najważniejsze zasady Sprawiedliwego Handlu to:
  • Uczciwa cena jaką otrzymują producenci za swoje produkty
- jej wysokość powinna być zawsze ustalana z uwzględnieniem lokalnych uwarunkowań, przy udziale producentów i innych zainteresowanych stron
- powinna pokrywać koszty zrównoważonej ekologicznie i społecznie produkcji
  • Bezpieczne i oparte na zasadach szacunku praktyki handlowe
- krótki czas oczekiwania na zapłatę
- możliwość prefinansowania, jeśli wymaga tego sytuacja
- bezpośrednie relacje pomiędzy producentami a organizacjami handlowymi
- skracanie łańcucha pośredników
  • Sprawiedliwe płace i odpowiednie warunki socjalne
- płace na plantacjach, gdzie produkuje się towary na zasadach Sprawiedliwego Handlu, powinny zapewniać pracownikom i ich rodzinom wystarczające środki na utrzymanie
- bezpieczne, nie zagrażające zdrowiu warunki pracy
- wolność zrzeszania się
- równe płace w przypadku kobiet i mężczyzn
- niewykorzystywanie pracy dzieci, zgodnie z Konwencją o Prawach Dziecka oraz na podstawie lokalnego prawa
  • Demokratyczne zarządzanie organizacją producencką
- producenci powinni powołać i stopniowo wzmacniać demokratyczną organizację producencką (np. spółdzielnię, stowarzyszenie rolników, związek zawodowy pracowników)
- decyzje powinny być podejmowane wspólnie, w sposób demokratyczny i transparentny
  • Dążenie do zwiększania niezależności producentów
- długofalowym celem Sprawiedliwego Handlu jest takie wsparcie drobnych producentów, aby w przyszłości mogli prowadzić opłacalną działalność także poza ruchem i być konkurencyjnymi na rynku krajowym bądź światowym
  • Zwiększanie wiedzy i świadomości konsumentów
- zadaniem organizacji Sprawiedliwego Handlu jest także edukacja i zwiększanie świadomości konsumentów w zakresie podejmowania etycznych wyborów konsumenckich, dostarczanie im informacji o producentach, ich produktach oraz warunkach, w jakich powstały"



Dlaczego to by miało obchodzić każdego z nas? Bo handel jest wielką symbiozą, której NIE chcemy widzieć. Wybierając rzeczy wyłącznie TANIE przyczyniamy się do tego, że osoby, które je produkują jednocześnie mało zarabiają. Nieważne gdzie, na jakim kontynencie, w jakim kraju. Owszem, zaznaczam od razu, że nie dotyczy to wszystkiego, bo wiele firm opiera swoje ceny na gołym, nie popartym niczym marketingu jednocześnie nas mamiąc pseudojakością. Z tym pewnie też kiedyś świadomość wygra, ale to nie w tym stuleciu. Zbyt często grozi nam kupowanie LOGO a nie jakości. LOGO przyczynia się często do cieniutkiej jakości, za którą stoją też niskie koszty produkcji. Dobra rzecz musi mieć swoją wartość. I ma. Reszta to wartość dodana. Do każdego z poprzednich zdań można się przyczepić. Uogólniam. Wiem.Wiem.Wiem. Są loga (chociaż mam na myśli bardziej markę = jakość"), za które sama dałabym każdą cenę. Nawet jeśli tej kwoty nie mam, bądź jeśli marka ta jest powszechnie nierozpoznawalna (ba, w życiu nauczyłam się to właśnie doceniać. Nie każdy noname jest nonamem w polskim rozumieniu. Jest mnóstwo firm, producentów, którzy nie mają praktycznie osobnego marketingu, bo go nie potrzebują. Są to często też małe firemki, które nie chcą iść w ilość, jeśli wiedzą, że będzie to kosztem jakości). Firmy, które działają nie raz wielopokoleniowo. Ja jestem w dużym odwrocie (właściwie zawsze byłam) od rzeczy "popularnych". Owszem, bardzo często zdarza się, że takie rzeczy są na mojej półce, w mojej szafce, ale to wynika z tego, że je sprawdziłam i spełniły moje oczekiwania, jednocześnie nie stanowią one większości. Uwielbiam rzeczy unikatowe, od jedzenia, po ubrania czy kosmetyki i biżuterię. Wypracowanie sobie takie "gustu" wymaga jednak czasu i wielu prób. Jeśli jednym z kryteriów może być idea fair trade, to ja jestem absolutnie "za". Ba, prosty przykład z własnego podwórka: okazuje się, że palarnia kawy, w której kupuję kawę też bierze ziarna od dostawców należących do fair trade. I co? Różnica w cenie naprawdę nie jest duża w stosunku do kawy "firmowej", a jakość lokalnie palonej kawy i świadomość, że ziarna pochodzą z kontrolowanej plantacji powodują, że wszystko smakuje jeszcze lepiej. Sama świeżopalona kawa, jak wcześniej pisałam, jest nieporównywalna z żadną inną. Basta.

Jednak za ideą fair trade stoi konkretna procedura i założenie kontrolowanego handlu od pierwszego etapu. I to jest cała, najistotniejsza różnica pomiędzy produktami sprzedawanymi/ kupowanymi wg zasad FAIR TRADE a produkowanymi w nieludzkich warunkach i za nieludzkie stawki za przyzwoleniem całego świata. Ktoś powie, "to niech wszyscy pośrednicy zmniejszą swój zysk i podzielą się z pracownikami". No i mamy spychologię odpowiedzialności. Fair Trade nie zmieni świata od razu, nie dziś. Ale ja osobiście mam szczerą nadzieję, że stopniowo i sukcesywnie będzie wpływał na nasze konsumenckie decyzje, ponieważ na każdym etapie, bez względu na to, co sami robimy zarobkowo, zawodowo, CHCEMY BYĆ ZA TO GODZIWIE WYNAGRADZANI. Bez względu na długość i szerokość geograficzną i wykonywaną pracę.

Jestem mocno "za" i czuję się ich mentalną ambasadorką.

Małe logo, które zmienia świat na lepsze:



poniedziałek, 06 lutego 2012

Jak już wspomniałam, od kilku lat jestem fanką kuchni wg 5 przemian. Głównie bazuję na przepisach z książek p. Anny Ciesielskiej, które kiedyś polecił mi bardzo ważny dla mnie człowiek. Do dziś jestem mu za to wdzięczna (i nie tylko). Kuchnia 5 przemian jest dobrodziejstwem opartym na filozofii 5 żywiołów. Nie widzę sensu doszukiwania się w tym "wiary", bo nikt rozsądny nie zaprzeczy, że gotowanie jest chemią. Jako proces. Właśnie dzięki Annie Ciesielskiej dokładnie "zobaczyłam" dlaczego to tak ważne. Dlaczego ważna jest kolejność dodawania poszczególnych składników i czas. Piękna sprawa. Dla niewtajemniczonych polecam tym bardziej, bo Anna Ciesielska łopatologicznie wręcz podaje przepisy. Są one dość rozpisane, ale dzięki temu łatwiej opanować podstawy. Gotowania jako takiego również.

Daleka jestem od bycia doskonałą kucharką, bo ja jednak potrzebuję weny :) ale jeśli gotuję to lubię opierać się na jej przepisach. Nie tylko i nie tylko wg 5 przemian, ale jednak głównie.

Na zimę oczywiście nic nie zrobi tak dobrze jak dobry, prawdziwy rosół.

Ja ugotowałam w ten weekend trochę inną wersję niż podana poniżej (bo jeszcze zawiera skrzydło indyka), ale ten polecam również. Przepis pochodzi z książki p. Anny Ciesielskiej.

"Rosół wołowo-drobiowy:
(zupa na 2 dni dla 4 osób)
legenda: g-gorzki, sł-słodki, o-ostry, sn-słony, k-kwaśny

g - 4l wrzącej wody, dodać:
g - 1/3 łyżeczki tymianku i/lub szczyptę kurkumy,
sł - 1/3 łyżeczki kminku,
sł - 1/2 kg wołowiny lub cielęciny z kością (np. gicz), gotować 1,5godz. a potem dodać:
sł - 4-5 średnich pokrojonych marchewek,
sł - dużą pietruszkę(przekrojoną wzdłuż),
o - 2 duże całe cebule lub por i kawałek selera,
o - 3 pokrojone ząbki czosnku,
o - 1/2 łyżeczki imbiru,
o - pieprz cayenne na czubku noża
sn - łyżeczkę soli do smaku
k - 1/2 kurczaka,
k - szczyptę bazylii, mały pęczek zielonej pietruszki, kilka liści selera i kopru związanych w pęczek,
Gotować ok. 1godz.
Wyjąć mięso i jarzyny, uzupełnić zupę wrzątkiem (g), dodać szczyptę majeranku (g), szczyptę kminku (sł), dopieprzyć do smaku pieprzem białym i czarnym (o). Można podawać z makaronem (najlepiej żytnim), ziemniakami, kaszą kuskus lub kaszką kukurydzianą. Jeśli chcemy aby rosół był silnie rozgrzewający - gotujemy go tylko na wołowinie, cielęcinie lub baranienie."


To oczywiste, że rosół musi się długo i porządnie wygotować. Musi być tłusty, ale tłuszczem dobrego mięsa, musi porządnie rozgrzać, dodać siły i energii. Takie minimum dla rosołu wołowo-drobiowego to 3godz. I każdy, kto uważa inaczej, albo uznaje rosół tylko na kurczaku, popiera po prostu nowoczesną kuchnię "kostek rosołowych". OK. Co kto lubi. Ja jednak podchodząc do rosołu chcę wiedzieć, że na talerzu mam prawdziwy, porządny rosół.

I tak mam w tym wypadku. Wiedziałam, że nic mnie tak nie postawi na nogi, jak miska rosołu.

Do tego zrobiłam pyszny gulasz:

"GULASZ Z INDYKA - WG 5 PRZEMIAN
[źródło: "Filozofia życia", Anna Ciesielska]

1 kg piersi indyka kroimy w gruba kostkę i zalewamy tradycyjną zalewą (przepis poniżej), w tym czasie przygotowujemy warzywa: 3 papryki (najlepiej w różnych kolorach) kroimy w paseczki 1 cm, 3 cebule w półplasterki, obieramy 5 ząbków czosnku, podduszamy na łyżce oleju 2 obrane dojrzałe pomidory, a następnie na rozgrzanym oleju podsmażamy:
sł) pokrojoną paprykę i przekładamy do rondla, w którym będziemy dusić całą potrawę
o) również do rondla dajemy cebulę z przeciśniętym przez praskę czosnkiem, mięso, dodajemy 1 łyżeczkę imbiru, 1 łyżeczkę kolendry, 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne, dosmakowujemy:
sn) solą, dodajemy
k) podduszone wcześniej pomidory i 1/2 łyżeczki bazylii
g) wlewamy do patelni, w której się dusiły pomidory, ok. 1 l wody i zagotowujemy, przelewamy do rondla z potrawą, dodajemy 1/2 łyżeczki kurkumy i dusimy min. 10 min., po czym dodajemy
sł) puszkę groszku wraz z zalewą, 1 łyżeczkę kminku mielonego i zagęszczamy mąką ziemniaczaną (rozpuszczona w odrobinie zimnej wody) oraz dosmakowujemy pieprzem.

Potrawa powinna być dość ostra. Podsumowując: potrzebny jest do niej spory rondel i jakaś głęboka patelnia. Wody daje jakieś 3/4 l, wtedy mąki ziemniaczanej 5-6 łyżeczek w pół szkl.zimnej wody. Proporcje oczywiście można dobrać wedle własnego uznania.

Zalewa
(na ok. 40 dkg mięsa do duszenia, gulaszy) - więc w tym przyp. x 2lub 3:
kopiata łyżeczka mąki ziemniaczanej, 1 łyżeczka imbiru, plaska lyżeczka vegety, 1/2 łyżeczki soli, trochę wody - jakieś 3/4 szklanki."

Podane z makaronem z mąki durum. Pycha.

Pozwalam sobie przekopiować te przepisy, ale gorąco polecam książki p. Anny Ciesielskiej. Ja się nimi posiłkuję od kilku lat i mogę powiedzieć, że od kiedy głównymi potrawami w naszej kuchni są potrawy wg 5 przemian, pozbyłam się wielu chorób układu pokarmowego z wrzodami żołądka włącznie. Dbanie o siebie, dobre i zdrowe jedzenie jest podstawą szczęścia. Tylko do tego też trzeba dojrzeć, żeby to zrozumieć. Gdy tłumaczyła mi to moja kochana, śp. babcia, bagatelizowałam to, jedząc z apetytem jej dania.

Warto to docenić jak najszybciej. A przy tym jedzenie jest po prostu doskonale doprawione, smaczne i zdrowe. Nigdy żadne półprodukty ani dania gotowe tego nie zastąpią. Owszem, sama nie raz się posiłkuję np. gotowymi pierożkami od Benedyktynów, ale to się rzadko zdarza. Naprawdę wolę zrobić coś sama, ba, niejednokrotnie mój mąż sam coś pichci, bo kuchnia 5 przemian przemówiła też do niego. Poważnie :) Bez mojego "marudzenia".

Jeśli w 1 weekend znika u mnie główka czosnku, to wiem, że się dobrze gotowało :)

PS. Obowiązkowo na te mrozy herbata imbirowa. Przygotowanie jest banalne: do gotującej się w garnuszku wody wkrajamy kilka plasterów świeżego korzenia imbiru (można dać 2-3 łyżeczki suszonego, ale to już nie to samo). Zagotować jakieś 3min. Pijemy samą lub z łyżeczką miodu. Herbatka ze świeżego korzenia imbiru ma dodatkowo cudnie lemonkowy posmak i zapach. I naprawdę nic nie rozgrzewa lepiej (no może jeszcze wspomniany kiedyś grog, czyli nasza herbata z rumem, ale po niej już np. nie wsiądziemy za kierownicę).

Herbata z imbiru jest hitem zimy.

(źródło zdjęcia - po kliknięciu na nie)

Gdy już nakarmiłam męża, siebie i naszego przyjaciela, który do nas zagościł, poszłam spokojnie spać. To był długi, leczniczy sen. Niedziela przespana, ale obudziłam się jak nowo narodzona.

 

Rozgrzewajmy się na potęgę. Oby do wiosny.

wtorek, 24 stycznia 2012

Śniadanie. Kiedyś, dawno temu, zanim zaczęłam żyć slow, śniadanie było jedną z większych strat czasu. No kto by rano coś robił? Kawa, papieros, ew. jakiś banan w biegu i potem dopiero "coś" w ciągu dnia.

M-a-s-a-k-r-a.

Od jakiegoś roku nie wyobrażam sobie dnia bez śniadania. Mogę nie zjeść każdego innego posiłku (czego też staram się nie praktykować), ale śniadanie musi być.

http://www.cbsnews.com/i/tim/2011/01/17/breakfast-000014036366XSmal_620x350.jpg

źródło zdjęcia TU

Wiadomo. Podstawa to jajecznica bądź jajka we wszelkich formach. Jednak od kiedy mój mąż jest na diecie ustalonej przez jego trenera (dobra, jest na tej diecie z przymrużeniem oka, ale i tak wiele pozycji udało się przemycić, bo są pożywne i przy tym smaczne). Więc... jedną z takich pozycji jest:

omlet = płatki owsiane + banan + jajka.

Wiem jak to brzmi. Wiem jak to wygląda. ALE WIEM TEŻ, JAK SMAKUJE. I jest absolutnie rewelacyjnie przepyszne. Mój mąż jest mistrzem śniadań, bo ja rano niezmiennie jestem nieprzytomna i rozpieszcza mnie tym wyrafinowanym daniem ;)

Przepis? Proszę: zalewamy płatki owsiane (najlepiej górskie, a już na pewno żadnych błyskawicznych) wrzątkiem, na jakieś 10min (ilość - no "na oko", czyli ile zjemy). Po tym czasie dodajemy 2-3 jajka. Mieszamy. Wkrajamy banana. Mieszamy. I myk na patelnię (najlepszy jest oczywiście olej kokosowy). I potem na drugą stronę. 

Voilà.

To jest przepis bardzo słodki. Nie każdy lubi z rana na słodko, ja jednak kocham. 

Jak mąż wyjeżdża, to oczywiście robię to sobie sama, ale no wiadomo, to już nie ten smak ;)

I po takim śniadaniu naprawdę lepiej się myśli, funkcjonuje, działa. Po prostu chce się żyć, że och.

Ale właśnie dziś też trafiłam na kilka innych ciekawych przepisów na portalu dla sportowców. TU. Na pewno je wypróbuję.

Naprawdę, wprowadzenie nawyku zjadania śniadania powoduje, że jeśli muszę wyjść bez śniadania, to jestem wręcz nieszczęśliwa. Bardzo, bardzo rzadko do tego dopuszczam. Śniadanie to podstawa mojego dobrego samopoczucia. Zjadane bez pośpiechu, z możliwością delektowania się (tak, mówię o śniadaniu). Potem jeszcze pyszna kawa... i już naprawdę zupełnie inaczej układa się dzień.

sobota, 07 stycznia 2012

Jestem chyba największą fanką kakao w tej części galaktyki, ale jeszcze większą fanką jestem pitnej czekolady. Ostatnio posprzeczałam się z kolegą, który powiedział, że nie ma różnicy między pitną czekoladą a czekoladą do picia. Powiedziałam, że jest diametralna (co jest szczególnie wyczuwalne w pijalniach czekolady, kawiarniach itp.).

Czekolada do picia - to nic innego jak kakao. Czasami z dodatkami.

Czekolada pitna - to napój przygotowany na bazie prawdziwej czekolady.

Właśnie znalazłam potwierdzenie: TU. (głównie szukałam go dla kolegi, ale skoro już mam, to wrzucam)

Różnica jest oczywista w samej konsystencji, gdyż czekolada pitna się wręcz ciągnie, a nie leje. Owszem, na co dzień jestem fanką kakao (które mogę nazywać czekoladą do picia, tylko po co, skoro to kakao). Moim ukochanym wytworem jest kakao z aromatem pomarańczowym (zakochana jestem w czekoladach ze skórką pomarańczy). Oczywiście ważny w tym też jest sam magnez, zawarty w czekoladzie, ale smak czekolady z pomarańczą jest jednym z lepszych, wynalezionych przez ludzkość. I sama do kakao kupuję ciemne kakao, bez żadnych dodatków. Mieszanki "dla dzieci" mają za dużo cukru. Oczywiście też mam taką na półce (jak mam ochotę pogrzeszyć pośpiechem), ale dla smaku - piję wyłącznie ciemne, prawdziwe kakao z dobrym mlekiem.

 

A na pitne czekolady najchętniej chodzę jednak do pijalni. Przy okazji pogaduch z koleżankami. Na co dzień byłyby trochę za ciężkie, a w ogóle najlepsze są przed PMSem.

 

Ale muszę spróbować TEN przepis, albo TEN. Brzmią apetycznie i prawidłowo gęsto. A TE wyglądają na zupełną rozpustę :)

Kilka wskazówek, jak rozpoznać dobrą czekoladę znalazłam TU (na szczęście nic nowego), ale warto o tym pamiętać kupując czekolady, bądź kakao.

Ja, jako typowy nocny marek uwielbiam zrobić sobie kubek kakao przed snem, w środku nocy. Śpię potem jak dziecko. I jest to szczególnie idealny napój na zimę.

Ciekawostka, czyli wartości, jakie sobie dostarczymy z przyjemnością czekoladą:

Porównanie wartości odżywczych czekolad :

Składnik
Zawartość w 100 [g]


Czekolada gorzka


Czekolada mleczna


Czekolada biała

Wartość energetyczna 599 kcal 535 kcal 539 kcal
Białko 7,8 g 7,6 g 5,9 g
Tłuszcz ogółem 42,7 g 29,7 g 32,1 g
Kwasy tłuszczowe nasycone 24,5 g 18,5 g 19,4 g
Kwasy tłuszczowe jednonienasycone 12,8 g 7,2 g 9,1 g
Kwasy tłuszczowe wielonienasycone 1,3 g 1,4 g 1 g
Kwasy tłuszczowe omega-3 34 mg 122 mg 103 mg
Kwasy tłuszczowe omega-6 1218 mg 1218 mg 910 mg
Węglowodany 24 g 51,5 g 59 g
Błonnik pokarmowy 10,9 g 3,4 g 0,2 g
Witamina A 39 I.U. 195 I.U. 30 I.U.
Witamina D ~ ~ ~
Witamina E ~ 0,5 mg 1 mg
Witamina K 7,3 µg 5,7 µg 9,1 µg
Witamina C ~ 0,03 mg 0,5 mg
Witamina B1 0,03 mg 0,1 mg 0,1 mg
Witamina B2 0,11 mg 0,3 mg 0,3 mg
Witamina B3 (PP) 1,1 mg 0,4 mg 0,7 mg
Witamina B6 0,04 mg 0,03 mg 0,1 mg
Kwas foliowy 0,02 µg 12 µg 7 µg
Witamina B12 0,3 µg 0,7 µg 0,6 µg
Kwas pantotenowy 0,4 mg 0,5 mg 0,6 mg
Wapń 73 mg 189 mg 199 mg
Żelazo 11,9 mg 2,4 mg 0,2 mg
Magnez 228 mg 63 mg 12 mg
Fosfor 308 mg 208 mg 176 mg
Potas 715 mg 372 mg 286 mg
Sód 20 mg 79 mg 90 mg
Cynk 3,3 mg 2,3 mg 0,7 mg
Miedź 1,8 mg 0,5 mg 0,1 mg
Selen 6,8 µg 4,5 µg 4,5 µg
Cholesterol 2 mg 23 mg 21 mg
Fitosterole ~ ~ ~

Aż miło popatrzeć. 

 

UPDATE: polecam bloga o czekoladzie. TU. Naprawdę, wszystko związane jest z czekoladą. Podziwiam zapał :)

środa, 30 listopada 2011

Ostatnio uzależniłam się od oliwy z oliwek. Na szybko nie było nic lepszego niż tost z oliwą z oliwek. I właściwie kocham to dalej. Czy jako bazę do kanapek, czy tylko dla smaku. Ostatnio jednak bliska mi osoba podpowiedziała mi, żebym spróbowała oleju kokosowego. I to do wszystkiego. Gotowania, smażenia, ale też kosmetycznie. Popatrzyłam na nią z małym niedowierzaniem, jednak po przeczytaniu dodatkowych informacji postanowiłam spróbować. I co? Cudo :)

Dania smażone na oleju kokosowym nie zmieniają swojego smaku i nie nabierają smaku tłuszczu, właściwie wydobywając właściwy smak np. mięsa czy warzyw. Przy smażeniu nic nie pryska, co jest już niebywałe samo w sobie. Nie znalazłam żadnych przeciwwskazań, ba, znalazłam wiele pozytywnych opinii, dlatego nic tylko polecam dalej. Oliwa z oliwek owszem, ale olej kokosowy zawita do mnie na stałe.

A do tego faktycznie warto osobne opakowanie wziąć do celów kosmetycznych. Zwłaszcza teraz, na zimne dni, doskonale natłuszcza skórę, nie obciążając jej, a przy tym okazuje się być świetnym kremem do rąk. Minusem jest bardzo długie wchłanianie, ale warto przeczekać. Efekty są świetne.

Więcej informacji w jednym ze sklepów, z którego chcę skorzystać: TU

Jeśli ktoś ma większe doświadczenia z tym tłuszczem, to proszę o informację. Może powinnam ostudzić swój zachwyt? ;)

czwartek, 20 października 2011

Pewnej pięknej niedzieli, a dokładnie przedostatniej wybraliśmy się z mężem na festiwal kawy organizowany w Gdyńskim Gemini. Festiwal jest kolejnym młodym tworem i na dziś mnie rozczulił swoją bardzo, bardzo skromną formułą, ale też dał możliwość poznania czegoś nowego. A to jest już bezcenne.

Od kiedy mamy ciśnieniowy ekspres do kawy ciągle szukamy smaków dla siebie. Oczywiście podchodzimy do tego niezmiernie na luzie i nie wiemy do końca, jakie rodzaje kawy wybieramy, bo nie chce nam się tego uczyć na pamięć (łącznie z opisami), więc nasze eksperymenty sprowadzają się do kupowania niedużych ilości różnych kaw, z różnych regionów świata, od różnych producentów i różnych palarni.

Za największą ściemę uważam kawy w tzw. kawiarniach, gdzie stoją słoje z kawami z całego świata w cenie ok. 200zł/kg. Kupiłam kawę jeden 1. Nie dużo, bo do testów. Dwa rodzaje. Sorry memory, ale nigdy więcej. Kawa była zwietrzała i bez smaku. Bez niczego. Nawet kolor miała żaden. Jeśli już, to lepiej kupować kawy pakowane, ale ważne, żeby na opakowaniu był wentylek. Kawa musi oddychać. Chociaż to wszystko i tak nic...

 

(zdjęcie z "mojej" Palarni w Gdańsku Oliwie)

ponieważ (wracając do festiwalu kawy) dowiedziałam się w trakcie rozmowy z szefem palarni kawy, że palona kawa bardzo szybko traci swoje właściwości. Owszem, różne sposoby przechowywania mają lekkie właściwości podtrzymujące, ale no właśnie, tylko podtrzymujące. Najlepiej kawa smakuje do kilku dni po paleniu.

"Co to oznacza?" Zapytałam roztropnie.

"Wąchała Pani kiedyś świeżo paloną kawę?" zapytał mój rozmówca sięgając do podajnika.

 

Oczywiście nie wąchałam, bo jakoś nie miałam okazji. I dostałam do powąchania i później do wypicia kawę paloną poprzedniego dnia. I się zakochałam, bo zrozumiałam, że nie znałam do tego dnia zapachu świeżo palonej kawy. Mój mąż powiedział krótko "nigdy więcej nie chcę żadnej innej kawy w domu". I się z nim zgadzam. Co zaskakujące, kawy świeżo palone nie są wcale droższe, niż kawy ze średniej półki w delikatesach. A jakość, zapach, smak są naprawdę niebywałe. Okazało się, że w okolicy mamy jakieś 3 palarnie i w każdej z nich można nabyć kawę w niedużych ilościach. Oczywiście podstawą jest też późniejsze przechowywanie w lodówce itp itd, ale starając się kupować kawę na ok. tydzień udaje się zachować te właściwości, które są kwintesencją kawy. Świeżozmielonej, świeżozaparzonej. Po prostu niebo dla podniebienia. I owszem,  czasami sięga się po inne kawy, zwłaszcza poza domem, ale darowanemu koniowi.... Nie, no nie marudzę. Poza domem pokornie poddaję się teorii "kawa to kawa". Jednak jak z wieloma rzeczami, gdy się już raz spróbuje czegoś naprawdę, naprawdę dobrego, to się widzi różnicę i zawsze będzie widziało. Cieszę się, że udało mi się poznać nowe smaki i właściwości czegoś tak codziennego jak kawa.

 

Dodatkowo kocham co jakiś czas urozmaicić kawę dodatkami typu mleczko (robiąc różne wariacje na temat cappucino, latte, machiatto), dodając syropy smakowe lub kardamon i karmel. Wariacji jest naprawdę mnóstwo i każdą można dowolnie modyfikować każdego dnia. Jednak dobra, czarna kawa pozostanie niezastąpiona. Gorąco polecam :)

 

sobota, 24 września 2011

Jedzenie jako lek. Właściwie to jest filozofia stara jak świat i jest to inne spojrzenie na odwieczną prawdę, że jedzenie ma wpływ na nasze zdrowie. Tak, to absolutnie nic nowego, chociaż nowością są produkty witaminizowane, wzbogacone w tłuszcze omega-3, probiotyki, kultury bakterii, zdrowe margaryny, jeszcze zdrowsze jogurty, dodatkowy błonnik... Wszystko dodane do żywności można sobie zaserwować bez ograniczeń i będzie nam po tym lepiej. I kosztują sporo więcej niż ich niewzbogacone odpowiedniki. 

STOP. Po pierwsze, naukowcy są zgodni: przedawkowanie wszystkiego może być dla nas szkodliwe (tak, wiem, to również oczywiste), ale nie zapominajmy, że jedząc różnorodnie i tak dostarczamy organizmowi witamin, minerałów i mikroelementów. Sięgając po dodatkowe z produktów witaminizowanych nie wiemy, czy nie przekraczamy dziennych zalecanych dawek (ja bym tego nie potrafiła określić). Po drugie, jak się okazuje, tylko 5-10% artykułów reklamowanych jako funkcjonalne ma prawo się takimi nazywać (i teraz zgaduj człowieku, które?). Dyskusje toczą się w różnych miejscach, ponieważ produkty te są  faktycznie kusząco "prozdrowotne" i momentami człowiek ma prawie wyrzuty sumienia, że o siebie nie zadba i nie bierze właśnie tych z dodatkami. Nie, nie, nie. Temu się ładnie nie dajemy ogłupić.

Lepiej zostawić to w spokoju, a trzymać się zdrowej diety, bez zbędnego przepłacania. Jedząc odpowiednie produkty, bez nadmiaru chemii, nieprzetworzone, świeże i/lub przygotowane samodzielnie w domu, dostarczymy organizmowi wszystkiego, co jest mu potrzebne i w dawkach oraz formie, jaka jest dla niego najlepsza. A na pewno nie przedawkujemy i nie przepłacimy. 

Jest to jedna z nowych gałęzi przemysłu spożywczego, która jest grą na naiwności i ja produktom funkcjonalnym mówię "dziękuję, nie."

Często trafia się na artykuły o tym. Artykuły, które naszprycowane są reklamą produktów funkcjonalnych. I ok. Nie dajmy się zwariować. Wzbogacone, prozdrowotne produkty nie mogą zastąpić zdrowej diety.

 

Ale, nauka poszła o krok dalej: naukowcy pracują nad żywnością funkcjonalną, której celem na być np. zwalczanie zmarszczek i to się już na pewno otrze o GMO, którego unikam jak ognia, z jednej przyczyny: nieznane są skutki spożywania jedzenia modyfikowanego genetycznie. I ignoruję informacje, że to jest zupełnie bezpieczne, bo tego po prostu nie wiadomo. A ja nie lubię być królikiem eksperymentalnym. Więc GMO dziękuję. Jedzeniu funkcjonanemu również i nie przestanę na przeziębienie posiłkować się rosołem wołowo-drobiowym, gotowanym z 3 godziny. Albo szklanką mleka z czosnkiem i masłem i miodem (wiem, wiem, zapach bezbłędny). Ale nie sięgnę po nowości - zjedz jogurt, będziesz 10 lat młodszy, czy też odporniejszy. Jak tego nie zjem, to pewnie mam większe szanse ;)

 

 

Materiał (w j. niemiecki), który dobrze przedstawia temat.

 
1 , 2