O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS

cobyeta

piątek, 23 marca 2012

Nie wiele jest koncertów, na których chciałabym być, ale koncert Madonny, który poznałam chyba w 2010r., a który nagrany został w Londynie, jest po prostu tak niebywałym show, że mogę pozazdrościć tym, którzy go przeżyli. Bardzo lubię Madonnę i co jakiś czas do niej wracam, ale właśnie w wydaniu koncertowym. Sama choreografia, stroje, scenografia, mistrzostwo. Wg mnie Madonna jest nadal niedoścignioną królową show, przy czym muzykę też ma świetną, jak na swój gatunek. Jak na razie to ciągle ją inni próbują dogonić. Kiedyś to pewnie nastąpi, ale prawdziwe gwiazdy rozbłyskują rzadko. 

Po tym kawałku zachciałam konia, mój osobisty nie daje się jednak tak ujarzmić. To ciągle nieoswoje zwierzę, które się wyrywa, gdy je próbuję spętać. Więc dalej się pasie na wolności. Mimo małżeństwa :-)

Więc sobie z przyjemnością oglądam poniższy fragment z koncertu. 

20:27, l.marzena , cobyeta
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 marca 2012

Kominek idealnie wpasował się w moją opinię. TU jego notka.

Świetnie. Też sobie chciałam o niej popisać, ale bardziej w kontekście, że można się doskonale ubrać za małe pieniądze, bo Kasia ma świetny styl bez wydawania na to tysięcy złotych. Pokazuje, że jak się chce, to można. No ale nic. W każdym razie jeszcze jedno, zamykam uszy i oczy na krytykę Kasi T. Na krytykę każdego, kto ma czelność czuć się szczęśliwym i decydowanie, czy ma prawo, albo pewnie, że jest, bo ma to czy tamto. Jakoś ludzie nie mogą zrozumieć, że szczęśliwymi powinniśmy być po prostu.

Ktoś powie, że miliardy ludzi na świecie cierpią, są biedne, chore i pokrzywdzone. To teraz paradoksalnie: oni też są często szczęśliwi, bo po prostu są, bo potrafią i dopóki ktoś im nie powie, że nie powinni, to sobie będą. Nawet jeśli ktoś odbiera im do tego prawo, albo nawet jeśli mają świadomość tego, że czegoś tam nie mają. Znam sporo ludzi tak różnych, żeby wiedzieć, że poczucie szczęścia nie ma nic wspólnego z posiadaniem. Które jest fajne, ale nie warunkuje poczucia szczęścia. Nawet zdrowie go nie warunkuje. Mówię "nie", każdemu, kto ocenia cudze prawo do poczucia szczęścia i próbuje je ograniczyć i zakazać o nim mówić, każdemu kto jątrzy jad zawiści, odbierania ludziom prawa do zwyczajnego spokoju i cieszenia się swoim szczęściem, kto się będzie chował, żeby nie ściągać na siebie zawiści "sąsiada". No takie rzeczy to naprawdę tylko u nas są możliwe. Wszyscy miewamy gorsze dni, ale jeśli one zamieniają się w gorszą ciągłość... To przykre. Ja nic na to nie poradzę. Niby prawo do krytyki... No ale tam nie ma czego skrytykować. A czepianie się cudzego stylu życia, ocho, no to już lekka może jednak przesada? 

Ale cieszę się, że coraz więcej ludzi ma odwagę mówić o szczęściu. Kiedyś ludzie mieli naprawdę dużo mniej powodów do radości na co dzień (z nam współczesnego punktu widzenia, chociażby brak bieżącej wody, prądu, komunikacji i wszystkich wynalazków), a byli  zadowoleni nie mniej niż my możemy lub nie - dziś.  I ja się temu nie mam zamiaru poddać, chociaż też swoje przeżyłam. To mi tylko uświadamia, że naprawdę mam z czego się cieszyć dziś. Myślę, że narzekacze nie zdają sobie sprawy jak czują się ludzie, którzy bywają subiektywnie w gorszej sytuacji niż oni, a potrafią i tak nie narzekać. Być pogodnym i pogodzonym z sobą i swoim życiem. Każdy w każdym może teoretycznie budzić litość, że czegoś nie ma. Narzekacze znajdą problem każdemu. To jedno bez problemu i bezinteresownie. To powinno być karalne :)

Kiedyś psycholodzy przeprowadzili eksperyment. Sprawdzono nastrój ludzi i podzielili ich na dwie grupy: tych, którzy są szczęśliwi i tych którzy zawsze narzekają. 

Szczęśliwi okazuje się, nie przestają być szczęśliwymi ludźmi nawet w obliczu np. nagłego kalectwa. Po oswojeniu się z sytuacją po prostu zaczynają robić rzeczy na miarę swoich nowych możliwości i szukają innych sposobów na spełnianie się. Ludzie permanentnie niezadowoleni i narzekający nie zmieniają się nawet po wygranej w totka. Zrobią problem też z tego zamartwiając się o wygrane pieniądze i mnożąc problemy z nimi związane. 

Niby można powiedzieć "no to jesteśmy jacy jesteśmy". Jasne. Ale mając świadomość tego, jak to działa można się zawsze zmienić. Wystarczy zmienić patrzenie na siebie i świat. Wystarczy najpierw chcieć.

Ja kiedyś, jako nastolatka, byłam ciągle niezadowolona z siebie. Ze swojego życia. Sprawdzało się powiedzenie o przyciąganiu. Jeśli lubimy narzekać, to wszystko się będzie tak układać, żebyśmy mieli na co narzekać. Jednak jeśli zaczniemy być wdzięczni za swoje życie, jakie jest, właśnie teraz, to zawsze pojawią się kolejne drzwi, żeby było nam lepiej, dobrze. Jeśli będziemy pogodzeni ze sobą, to wszystko będzie się w miarę układać, żebyśmy mieli zawsze możliwość  pomyśleć "ja to mam fajne życie". I ja kiedyś taki punkt osiągnęłam. I wyluzowałam. I zmieniałam podejście. (PMS się nie liczy :)) Generalnie skupiam się na tym, co jest ok, co mnie cieszy, co daje radość, co dziś jest dobre i dobrze, że dziś jest. Może jutro też będzie. No bądźmy dobrej myśli. Przy takim podejściu lepiej się żyje, bo też zgodnie z badaniami (na sobie też :) stres, negatywne podejście ogranicza, percepcję, powoduje zawężenie pola widzenia, wyolbrzymienie sprawy. Każdy jak się dobrze zastanowi, to temu też po sobie przytaknie. No tylko można nad tym pracować. Tylko trzeba chcieć. Stan napięcia jest konieczny, ale obowiązkowo ma być przejściowy. Chwilowy. Do momentu zebrania myśli i przejścia dalej. No podstawy pozytywnego myślenia.

I naprawdę niech dadzą spokój Kasi T., bo to jest przykre, że nasi rodacy mają taki problem z nią  i jej spokojnym blogiem. Dziewczyna po prostu pisze bloga. Prowadzi go ładnie, bez nadęcia, bez plot, obrabiania innych, narzekania, lekko i przyjemnie. Pokazuje że można zawsze znaleźć pozytywną stronę w każdym dniu. W czymkolwiek. No i pięknie. Po to też są blogi.

Przecież ona też jest człowiekiem i żyje w tym kraju. I też miewa na pewno sytuacje mniej pozytywne, ale jej blog jest też przykładem na to, że można pisać pozytywnie i na tym się skupić. Po prostu. Bez żadnych ALE. Szukajmy pozytywnych stron życia. One się o to proszą, a ciągle ktoś każe nam patrzeć, że jednak są też te złe. No są. Wiemy o tym. No są. I będą. Ale nie dajmy sobie odebrać prawa do zwykłego zadowolenia ze swojego życia. Jak ktoś chce je oceniać, to jego sprawa, ale nie dawajmy sobie wmawiać, że nie mamy prawa się cieszyć życiem. W końcu jest nasze. Nasze małe, kochane i jedyne. Jak nic innego.

19:22, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (1) »
piątek, 02 marca 2012

Dawno temu wielu z nas zachwycało się tym filmikiem z ukraińskiego "Mam talent":

 I nie można nic powiedzieć, bo faktycznie jest to talent. Do tego na miarę naszych szybkich czasów, których zwolenniczką niby nie jestem, ale bez pędu w codzienności i połączenia w doskonałej dawce z kompletnym hamowaniem, w swoistej sinusoidzie, byłoby mi nudno. Lubię nasze czasy. Ale wracając... zachwyciliśmy się powyższym filmikiem, by niedawno obejrzeć w tv reklamę mąki Basia:

I świetnie. Lubię to. Podoba mi się wykorzystanie talentu w reklamie. Może sam rysunek jest banalny, ale jaki ma być? Ma robić wrażenie i zapadać w pamięć. I to się udaje.

Niedawno trafiłam na yt na poniższy filmik:

I czekam, aż jakaś firma wpadnie na wykorzystanie go w reklamie, która będzie również zapadać w pamięć.

Trzymam kciuki za tych artystów, bo nie ma nic nagannego w tym, że zarabiają na swoim talencie, którego można im pozazdrościć, ale co im z talentu, który nie może być też źródłem dochodu? Przecież idealne życie sprowadza się do zarabiania PRZY OKAZJI robienia czegoś, co się kocha i co się potrafi robić najlepiej. Maksyma mówiąca o tym jest zupełnie słuszna. 

Mnie te szybkie dzieła zachwycają. W każdym aspekcie. Chociaż te rysowanie piaskiem jest o tyle trudniejsze, że autor nie przywiązuje się kompletnie do tego co tworzy. Nie może, bo to przecież zaraz znika. To ta sama kategoria, co rzeźby z piasku czy w lodzie, albo trójwymiarowe rysunki na chodnikach, albo "reprodukcje" dzieł sztuki na chodnikach (Gdy mieszkałam w Kolonii uwielbiałam po szkole iść na stare miasto i przyklękać przy ludziach rysujących kredami np. Mona Lisę na chodniku. Precyzja i szczegółowość drobiazgów były zachwycające. Mimo, że autor wiedział, że pierwszy deszcz to zmyje...)

Takie dzieła są przecież niejednokrotnie zapierające dech w piersiach, a znikają z założenia szybko. Mają ulotność wpisaną w siebie. Może jednak dlatego tak nas zachwycają, bo przecież obrazków takich powstają miliony. Może dodatkowo zachwyca zapał autorów. To taka twórczość bez przyszłości, ale na TU i TERAZ. Kto może ją zauważyć, ten jest szczęściarzem. Oblicza ilości talentów mnie naprawdę nie raz zachwycają. Ale jeszcze bardziej właśnie sam zapał autorów. Czegokolwiek. Uwielbiam artystów z talentem bezwarunkowo i z założenia. Bez nich świat byłby nudny. Bez względu na to co tworzą. Reszta jest kwestią gustu.

Ja czekam na reklamę z szybkim obrazkiem na szkle. Niech tylko ktoś da szansę takim ulicznym malarzom. Tak bardzo są tego warci.

Kolonia. Noc , grudzień 2005

Talent, to talent. Bez względu na dziedzinę. Ja zatrzymam się przy każdym, który do mnie "przemówi". Zawsze znajdę na to czas. Zostawię wszystko, spóźnię się, odwołam, nieważne. Jeśli już na to trafiam, to się zatracam jako obserwator, słuchacz. Zależy od trafionego zmysłu :) To jedna z moich wielkich słabości. Zatrzymuję dla niej czas. To się może więcej nie powtórzyć. Nie TAK i nie TU i TERAZ. To są takie chwile, gdy zachwyca mnie to, co powstaje i samo zatracenie twórcy. Podłączam się pod nie na swój sposób. I doceniam to dlatego, że wbrew pozorom trafiam na to niebywale rzadko. Nie spotyka się ich w końcu na każdym rogu.

Artyści to do siebie mają. Jak już tworzą, to można chyba tańczyć wokół nich i to nie oderwie ich od tworzenia. Piękne to jest. Żaden ze mnie artysta, ale uwielbiam zatracenie w robieniu czegoś. Też można mnie wtedy wynieść z kanapą i nie zwrócę uwagi. Dobra książka, film, pisanie wierszy, albo bloga ;), cokolwiek. Jak mnie zasysa to na 200%, ale... no kurcze, jak bym zrobiła taki obrazek jak któryś z powyższych, to bym się domagała wszystkich nagród i wyróżnień świata, bo byłoby to dla mnie cudem :)

(W życiu już rzeźbiłam, haftowałam, rysowałam, malowałam farbami każdego rodzaju, malowałam na jedwabiu, robiłam witraże... to jest tak strasznie angażujące, ale wiem, jaka byłam z siebie zadowolona i dumna z każdej pochwały, chociaż trwało to strasznie krótko, bo zaraz chciałam zrobić lepiej. Gdyby wg mnie wychodziło, to pewnie bym tego nie porzuciła. Tym ludziom powyżej mogę się jedynie ukłonić... Teraz podobną "korbę" mam co najwyżej przy doborze kolorystyki i materiałów do wyposażenia mieszkania, powoli, ale sukcesywnie i jak już wpada mi "w oko" TO i mogę to mieć, to odjeżdżam zupełnie, bo kocham czuć się dobrze u siebie i uwielbiałam nieprzespane noce przy projektowaniu poszczególnych pomieszczeń i setki zmian zdania i.. no ale znowu, z czym ja wyskakuję przy ludziach z takim talentem, tak czy inaczej nagrodą dla mnie była/jest niebywała satysfakcja i dla nich pewnie też jest...) Tylko nie widzę nic przeciwko żeby ich promować, na każdy sposób, bo oni dają światu to co strasznie ulotne i tak często niedoceniane.

I ten ich dar nieprzywiązywania... Oni po prostu przejdą do następnego obrazka. No jak tego u nich nie docenić? No właśnie.

Ten wodospad z filmiku mnie zachwyca... No wziął i maznął... :)

23:27, l.marzena , cobyeta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 lutego 2012

Polskie seriale są przeważnie jakie są. No i takie będą. Ale czasami zdarzają się takie, które mnie wciągają. Ostatnio "Kasia i Tomek". Ale niedawno dołączył do tego [werble]: "Szpilki na Giewoncie".

Trafiłam na to przypadkiem na aplikacji ipla (tu strona IPLA) na telefon i zassało mnie to na kilka nocy. Ściągałam po kilka odcinków i z słuchawkami na uszach i telefonem w dłoni leżałam do 2-3 nad ranem siedząc z bohaterami w Zakopanem. Zakochałam się w tym serialu,  w jego klimacie, w góralach, w bohaterach, w dialogach (do wycięcia = dialogi momentami cienkie jak barszcz z torebki, albo wstawki product placementu czy też reklama fundacji polsat, ale naprawdę da się na to przymknąć oko). W całości doskonałe na środek nocy i wyłączenie się z własnego świata). Przez ten serial wiem już, że mam w sobie na 100% góralską krew. Porywczość, wartości, "charakterek", ale też jakaś specyficzna spolegliwość i zadziorność zarazem, no tak, to ja.

I te zdjęcia. Zakochałam się w górach. Nie byłam w nich od dzieciństwa, gdy babcia zabierała mnie do Szczawnicy i czasami do Zakopanego, ale za wiele nie pamiętam. Polubiłam dzięki temu serialowi Magdę Szejbal (którą do tego świetnie w tym serialu stylizują). Fajnie gra zmanierowaną, pewną siebie, ale też uroczą Warszawiankę. Polubiłam aktorów grających górali. Polubiłam Małgorzatę Pieczyńską. Polubiłam ich wszystkich. Każdego jednego bohatera. I strasznie podoba mi się góralska gwara. Zauważyłam, że zaczęłam zaciągać w ciągu dnia ;)

Wątek miłości, no jasne, ale w różnych wariantach. I fajnie. Jak dla mnie może być, zwłaszcza w takim wykonaniu, gdzie dziewczyna nie gra niepewnej sierotki zdobywanej przez królewicza, tylko widzi się dwa silne charaktery docierające się przez mocne tarcie a nie mizianie. To lubię.

Jeden z dialogów, który mnie rozbawił dość mocno jak na środek nocy:

dialog "przez zamknięte drzwi"

BARTEK: przyszedłem po ciebie

EWA[obrażona]: w dupie to mam!

BARTEK: a ja w dupie mam to, że ty masz to w dupie! wyjdź natychmiast!

:)

Fajna muzyka. W sam raz na wiosnę. Na zakochanie. Na wyluzowanie. Zmiękcza mnie, rozczula. Podoba mi się. Jako kobieta lubię wpuścić się w taki klimat jak w futro z niedźwiedzia. No, może kota ;) Z mężem obok. Nawet śpiącym. Chyba szybciej poszedłby na piechotę do Zakopanego niż obejrzał to ze mną, ale nieważne. Naprawdę fajny babski serial. Polski.

Po całym dniu walki z wiatrakami, lśnienia, migotania, wykazywania się, czarowania i dawania z siebie wszystkiego dla dobra świata (czyli wszystkiego co kocham, ale od czego też muszę odpocząć) z rozkoszą zatracałam się w tym góralskim, zakopiańskim klimacie. Szkoda, że mi się skończył. Ale nie wykluczam, że będę go sobie odpalać dla poczucia tego znowu. Tak po prostu. Siedzi  we mnie góralska dusza, że hej! Ale też szpilki są mi potrzebne do szczęścia. No pasuje mi ten serial jak mało co. W sam raz na wiosnę. 

Poleżeć na hali, na trawie, popatrzeć na Tatry, popatrzeć na stado owiec, pogryźć trawkę podjadając oscypka, a potem dopaść kwaśnicę, nie mówiąc o dzięgielówce... No wiem, po prostu wiem, że nic więcej do szczęścia by mi nie trzeba było. Tylko jeszcze w jakimś ciepłym czasie, bo odpowiednik halnego to mam teraz nad morzem ;)

Ech... No rozmarzyłam się po całości przy tym serialu. Fajnie, że na niego trafiłam.

PS. ale też dobrze, że skończył mi się, bo tydzień zarywania nocy dał mi popalić nieziemsko. Mogę spokojnie wrócić do "Lie to me", a to oglądamy już razem. Przynajmniej można się pomądrzyć w zgadywaniu "co będzie za chwilę" i kto kłamie ;)

19:26, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 lutego 2012

Blogi stają się modne. Może nie są jeszcze jasno identyfikowane przez ludzi, którzy nie miewają z nimi w żaden sposób do czynienia, ale słowo blog ma zupełnie inny wydźwięk niż jeszcze prawie 10 lat temu.

Ostatnio widzę coraz więcej artykułów o tym, jakie blogi mają być, powinny być, muszą być. Poradniki się mnożą jak grzyby po deszczu, jak chociażby TEN. Powstaje coraz więcej rankingów blogów i blogerów, coraz więcej osób podejmuje się definiowania, katalogowania blogów i blogerów. Coraz więcej prac naukowych dotyka tematu blogowania. Coraz więcej analiz dotyczy blogosfery. I alleluja! Naprawdę się cieszę, ponieważ cenię to, że są ludzie, którzy rozpoczynają sukces dzięki blogosferze. Serio, serio. Marketing blogowy jest nadal przyszłością marketingu w sieci, bo ciągle nieporadnie raczkuje, a wg mnie wykupienie miejsca, zrobienie kampanii ze znanym blogerem powinno wymagać planowania z powodu obłożenia tegoż bloga/blogera, planowania, jak każda kampania/ akcja marketingowa. Dzięki blogerom z największą popularnością, oglądalnością, poczytnością marketing ma szanse na doskonałą drugą młodość. Nieświadomość tego faktu wśród marketingowców wielu firm jest wg mnie tym bardziej polem do popisu tych, którzy już to rozumieją i wiedzą, jak wykorzystać potencjał blogera dla zysków (nie tylko wizerunkowych) firmy. OK. Są blogerzy, którzy są do tego stworzeni i nadają się doskonale do współpracy w tym zakresie. To doskonały sposób na kreowanie wizerunku i co bardziej rozgarnięci ludzie wiedzą o tym lub już się dowiadują, bo ta gałąź też rozwija się (chociaż wg mnie za wolno). Z resztą, to temat rzeka i jest o tym dość materiałów bardziej specjalistycznych.

Bardziej mnie interesuje szufladkowanie blogerów. Koniecznie próbuje się zdefiniować, jakim kto jest blogerem i tu czuję się dopiero szturchnięta. Bo ja nie chcę być szufladkowana. Pewnie dla jakiś celów statystycznych nie uniknę tego, ale trudno. Nie jest to dla mnie istotne. W blogowaniu jako takim nie jest dla mnie osobiście najważniejsze pytanie "czy ja mam dobrego bloga?", bo zakłada ocenę przez innych. Ważne jest to, że go mam. Czy tam 2 blogi. Albo 3 lub 4. Jakoś tak. Jak buty, każdy na inną okazję i nastrój. A czemu bloga piszę? Bo nie potrafię go rysować ani śpiewać ;)  Bo często każdy zanim się zdecyduje, to się frasuje "a o czym będę pisać", a po co martwić się na zapas? Może przejdzie po pierwszej notce, może nigdy.

Pamiętam początki blogowania i chciałabym, żeby ktoś, kto ma potrzebę pisania, pisania pamiętnika, pisania o czymkolwiek, rozmawiania ze sobą, przyglądania się swoim myślom, albo chce się podzielić swoim hobby, albo przeżyciami, albo snami, albo ktoś kto zawsze marzył o napisaniu książki, albo pisze wiersze, albo ma nieznośnie nieposkromioną wyobraźnię i chcę to z siebie gdzieś wyrzucać w postaci czegokolwiek, notek, felietonów, opowiadań, to żeby wiedział, że na początku po to były blogi. I dalej po to są. Nawet żeby wrzucić w sieci własne zdjęcie czegoś i się na nie patrzeć z samozachwytem, że takie piękne zrobiłam. Po to też są blogi, żeby się samemu po głowie pogłaskać, jak pięknie nam wyszło, albo jak fajnie wymyśliliśmy :)

Ja zaczęłam swoją przygodę z blogami w 2003r. i dziś żałuję tylko, że kilka swoich blogów skasowałam, kilka nicków zlikwidowałam, bo dziś z chęcią bym sobie wróciła i poczytała siebie sprzed tych lat, bo pamiętam, że sobie nie odmawiałam grafomanii nieznośnie. Wiem, że dzięki blogom można naprawdę realizować/ wyżywać się na wiele sposobów. Przy okazji "spotyka się" osoby, których wcale nie musimy poznawać bliżej, jeśli nie chcemy. Ani one nas. Ani my, ani oni nie muszą mieć takiej potrzeby. Kontakt tylko przez bloga bywa świetny. Doskonale intymny i nieprzekraczający linii, których przekraczać nie chcemy.

Początki blogowania, właśnie lata 2003-2004 wspominam jako okres niesamowicie ciekawego kameralnego poznawania ludzkich myśli z innego pułapu niż w realnym świecie. Było to dla mnie fascynujące i mogę tylko życzyć każdemu, żeby trafiając na blogi, trafiał na te, które trafią w jego wrażliwość, potrzeby jako czytelnika, ale przede wszystkim, jeśli poczuje potrzebę, ochotę pisania, to niech założy bloga. PO PROSTU niech założy bloga. Można zacząć od bloga zahasłowanego, można zacząć pod nickiem, można pod imieniem i nazwiskiem, można założyć bloga z kimś, jako formę listów, można wszystko co przyjdzie do głowy, tylko trzeba pamiętać po co się to robi. Blogi są doskonałym sposobem wyrażania siebie, bez obawy o ocenę innych, są też dobrym sposobem uczenia się tego. Dla siebie, dla świata, dla innych. Przez te prawie 10 lat widziałam wiele, widzę rozwój blogów, widzę znikanie albo wymieranie innych. Lubię osobiście dwa rodzaje: właśnie pisane w formie listów, gdzie dwie osoby mając dostęp do konta wymieniają się notkami i te, które od lat "nie żyją". Temat się wyczerpał. Blog powstawał tylko w przypływie potrzeby sytuacji, relacji, chwili, po wygaśnięciu której autor/rzy/ go zostawiają na jakimś etapie. Mam sentyment do blogów, które zniknęły, bo tak chciał autor. Blogi bywają intymne, czasami dwuznaczne, dopieszczone w każdym słowie. ALE czytając blogi nie zapominałam też, że ktoś może po prostu doskonale wymyślać. Kreować. No i super. Jeśli ja to czytałam jak autentyk, to tylko pogratulować. W końcu po tym oceniam też jakość książki, filmu. Na ile w danym momencie w to wierzę... bo lubię też blogi pisane jak książki, gdzie nie wiadomo, co jest prawdą, co fikcją literacką, co wymysłem, co zlepkiem cudzych wspomnień. Pisane dobrze. Literacko. Lubię wiele różnych blogów, których większość jednak mam we wspomnieniach, bo ich już po prostu nie ma. Ale jeśli ktoś ma potrzebę pisania, bez względu na to, czy dla siebie, czy innych, czy jedno i drugie, to niech to po prostu robi. Piszę to jako stara blogowa weteranka i obserwator. Blogowanie jest naprawdę niemożliwie nieograniczone. Anonimowość lub jej brak? Nic się nie zmienia. To jak w realu. Sami musimy wiedzieć, na ile z czym możemy i chcemy sobie pozwolić. Blogowanie może być tego kolejną świetną lekcją. Najważniejsze, to się nie bać. I spokojnie. Jak się zakłada bloga, to nie ma ryzyka, że będą go czytać miliony. Jeśli tego nie chcemy, to świetnie. Jeśli chcemy, to odsyłam do mistrzów blogowania i blogosfery. Nie trudno ich znaleźć, a można się od nich spokojnie uczyć.

Mam na liście może 3-4 blogi, które znam od wielu, naprawdę wielu lat. Widzę, jak się zmieniają, jak zmienia się autor, albo raczej jego życie, bo ja należę do wyznawców teorii, że ludzie się nie zmieniają. Dla autorów tych blogów również jest to chyba ważne, ze te blogi dalej są mało znane. Uwielbiam kameralność takich blogów. Ich autorzy też kilka razy uciekali, ale zawsze wracają. Rozumiem ich. Blogowanie bywa jak narkotyk. Jak się raz zaczęło, to nie chcę się przestać. Ale każdy może spokojnie blogować. Załóż bloga może być początkiem fajnej przygody, albo po prostu doskonałą metodą "odczadzenia" myśli. Mimo tylu badań jedno jest pewne: nie można krótko i sensownie zdefiniować blogowania. Idźcie i blogujcie, bo po to jest ten magiczny przycisk "załóż bloga". 

Pisząc tę notkę mam na myśli blogi ludzi, którzy chcą po prostu założyć bloga. Bez planu, strategii, pomysłu, a z potrzeby chwili, emocji i ekshibicjonistycznej potrzeby pisania, opowiadania, wygadania się na piśmie, bo czasami to lepsze od wygadania się na głos. Z blogami tak jest, że to i tak czas pokazuje, co z nimi będzie. Na początku sam autor często nie wie. To często pokazuje czas. Po prostu. Najważniejsze: jeśli chcesz, to po prostu załóż bloga. I pisz. Miej swoje miejsce w sieci. I nie słuchaj kpiącego gadania o "internetowym pamiętniczku". Jeśli ktoś tak myśli, to kompletnie nie zna blogosfery i zamiast się mądrzyć, niech się najpierw rozezna. Jeśli nie chce, to jego sprawa. Nie myśl o tym i pisz. Pisz swojego bloga. Nic lepszego jeszcze nie wymyślono :)

 

PS. dedykuję ten wpis tym, którzy żyją gdzieś tam... a których imion a już na pewno nazwisk nawet nie poznałam i wzajemnie. I było nam z tym dobrze, bo po to wchodziliśmy na blogi. 

21:27, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 20 lutego 2012

Jestem średnią fanką samochodów. Dzielę je na czarne, brązowe i pozostałe oraz ładne i nieładne. No i bez kokieterii: są moim fetyszem. Uważam je za jeden z lepszych wynalazków, a niektóre stylizacje są po prostu dziełem Boga, albo Szatana. Nie wiem.

Dzielę je też oczywiście na: stylowe (klasyka z ubiegłego stulecia), normalne (no normalne, przeciętne linie, osiągi i marki) wśród nich też marki luksusowe, tyle że normalne (nie wystarczy żeby coś było luksusowe, żeby było dla mnie wyjątkowe), ale mam też orgazmogenne. Rzadko, bo rzadko, ale zdarzają się takie modele. O ile miałam w życiu okazję jechać wieloma rodzajami samochodów luksusowych od BMW, AUDI, LEXUSA, MERCEDESA i oczywiście są one też źródłem niezłych doznań (szczególnie przyspieszenie i komfort i wygoda i przestrzeń i... Mrr) o tyle jednak mam swoje koniki wśród różnych marek z różnych lat i nie da się pominąć klasycznych cabrio z lat 60 tych, po nowoczesne marki, przy których mam dreszcze na każdy ich widok. W ubiegłym roku (albo 2 lata temu?) dołączył do nich BMW X6. Szczególnie za kolor i linię i wysokość. To jest dopiero uczucie, gdy stoję w swoim wcale nie małym samochodzie na światłach i podjeżdża BMW X6. Widzę jego klamkę. No cóż...

Mój ukochany model i kolor:

Na tym zdjęciu samochód musi stać w pełnym słońcu (plus pewnie te fotomagiczne sztuczki z doświetlaniem, niepotrzebnie). Widziałam ten brąz i jest po prostu świetnym kolorem dla samochodu (na tym zdjęciu trochę nie tak wygląda jak w rzeczywistości, ale to nieistotne. To tylko zdjęcie).

Idealny kolor dla TEGO samochodu (już sam fakt, brązowy samochód.. do tej pory istniały dla mnie czarne i reszta. Od kiedy zobaczyłam brąz tego BMW X6 to są czarne, brązowe i cała reszta). Kolor doskonale pasujący do czarnych, klasycznych i nieznośnie wysokich szpilek, prawda?

Jeszcze nim nie jechałam, ale ja to wiem, że żadna limuzyna mu nie dorówna. Bo to trochę inna inność. Ten model jest po prostu moim zupełnym ideałem. Pomijam, że ja z ideałami i samochodami mam podobnie: zmieniają mi się i nudzą, ale ten model trzyma mnie już naprawdę długo. Ciekawe, jaki będzie następny... Nie, właściwie nieważne. Pozachwycam się jeszcze tym.

PS. Ostatnio jechałam ze znajomym właśnie samochodem z wyższej półki. Jechaliśmy autostradą i byłam ciekawa, co ten samochód potrafi. Czując przyspieszenie w sekundach do 250km/h zamieniam się zawsze w jedno wielkie doznanie. Kocham te uczucie. Podobne do lotu samolotem, mniej więcej ta sama półka.

Na pytanie "Boisz się?" odpowiadam z zadowolonym uśmiechem "Bałam się "przed". Teraz już na to za późno. Jest cudnie ;)"
To jest magia techniki. Sama bym się za nic nie odważyła rozwinąć takiej prędkości. Przy własnych 180km/h słyszałam śpiew niebiańskich aniołów. Piękny, ale szybciej bym nie pojechała. Wolę być w takich chwilach zachwyconym pasażerem.

No i kiedyś chciałabym być takim pasażerem w takim BMW X6.

14:26, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (6) »
środa, 15 lutego 2012

Uwielbiam czasami "nic nie robić". Jak to zauważył ktoś w jakiejś audycji radiowej, nie ma czegoś takiego jak lenistwo. To jest po prostu kumulowanie energii. Genialnie proste i oczywiste.

Caluśkie życie uwielbiam wprost odpoczywać patrząc w niebo. Od czasów dziecięcych, gdy leżałam na ogrodzie przy domu dziadków. Całymi godzinami patrzyłam na płynące chmury. Całymi godzinami patrzyłam w rozgwieżdżone nocne niebo. Mogłam jak zahipnotyzowana patrzeć na księżyc i również po nim płynące chmury.

Potem zaczęły się wyjazdy nad jeziora. Najfajniejsze chwile, gdy kładliśmy się w grupie na pomoście, kładąc sobie wzajemnie głowy na brzuchach, bądź innych miękkich częściach ciała i patrzyliśmy na spadające gwiazdy. Bezcenne chwile. Dla samego nieba i dla tych wyjazdów.

Niebo nad jeziorami, w górach, nad morzem, nad każdą otwartą przestrzenią... Niewysłowienie piękne. Pamiętam wiele wschodów i zachodów słońca. Czasami spędzanych z kimś, czasami romantycznie, czasami samotnie. Nieważne. Tak naprawdę zapamiętałam je jakby były wczoraj. Zachody i wschody słońca są dla mnie jak zapach - błyskawicznie kojarzą mi się z konkretną osobą. Nie oddadzą tego żadne zdjęcia ani słowa... ale też nie muszą. Uważam własną pamięć za dobrego doradcę. Ona wie najlepiej, co zachować.

Niebo.. Też na co dzień. Zimą najbardziej brakuje mi ładnych widoków nieba. Zbyt rzadko słońce przebija się przez chmury, zbyt rzadko zachody się różowią na tle śnieżnych krajobrazów, ale jednak... jak już do tego dochodzi jest wręcz cudownie.

Uwielbiam niego latem. Naprawdę szczerze kocham. Kumuluje moje baterie jak w tym obrazku:

 

Dokładnie tak jest. Jeśli mam możliwość popatrzeć w niebo, to każdy innych widok może poczekać. Niebo jest dla mnie bezapelacyjnie fenomenalne. Nawet jak jadę samochodem, to kocham przestrzenie, na których mogę mieć na linii horyzontu zarys nieba. Od razu mi dobrze. Lepiej.

Jestem największą fanką nieba w kosmosie :)

Samego kosmosu w końcu też. Lubię czasami podyskutować z kolegami z pracy, albo z mężem (nie wiem czemu nie z koleżankami?) na temat kosmosu (wszyscy oglądamy wszelkie programy pop-naukowe na ten temat, więc WIEMY wszystko ;)

Ja krytycznie neguję wszystkie teorie (na ile mogę), bo uważam je zgodnie z definicją za teoretyczne, czyli nieudowodnione. (Tak dyskutuję z telewizorem czasami również, jakiś problem? :) Wyliczenia matematyczne? No ja proszę jednak o poważne podejście. W końcu to kosmos. Oczywiście, natura człowieka każe wierzyć, ba, być przekonanym odnośnie nieomylności własnych teorii i w tej materii także. Przecież kiedyś dano by się pociąć za teorię, że Ziemia jest płaska ;) Dokładnie taki sam stosunek mam do wszystkich teorii naukowych nie popartych DOWODEM. Nie, wyliczenia matematyczne nie są dla mnie dowodem. Nie odnośnie kosmosu, dopóki nie potrafimy ruszyć się dobrze poza własne podwórko - Ziemię. Latamy w około jak możemy, ale nie oszukujmy się, jako dzieciak miałam większy teren do penetracji, niż mamy możliwość doświadczyć dziś Kosmos jako ludzkie istoty. Zwiedzamy sobie wszechświat jak niemowlaki w wózku... nie obrażając niemowlaków. I siedzimy i patrzymy w te niebo, w ten kosmos i tak bardzo chcemy tam dotrzeć.. Dobrze dobrze. A teraz wypij swoje kakao ;)

Kocham niebo. To ono nauczyło mnie dystansu. Ono najbardziej. Z perspektywy kosmosu to wszystko jest tak banalne, tak nieważne, tak małe i tak odległe... przynajmniej 99,99% spraw. Dobrze o tym pamiętać, a najlepiej, patrząc w niebo. I na te chmurki i ptaszki i słonko i księżyc i gwiazdki... Och, naprawdę kocham.

Patrząc na niebo dziś widzę powoli zbliżającą się wiosnę. To naprawdę widać po niebie. Wystarczy całe życie w nie patrzeć i w końcu się to zobaczy, jak zmieniają się pory roku. I jak wszystko krąży w koło, chociaż nigdy nie jest takie same, jak wcześniej. I to jest piękne. Jak niebo.

22:41, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6