O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
niedziela, 01 stycznia 2012

Sylwester minął nam w pogodnej (delikatnie mówiąc, bo w tym gronie pozbawiamy się zahamowań i jesteśmy wszyscy bezwstydnie swobodni :) atmosferze, z przyjaciółmi, dobrym jedzeniem (uwielbiam domową pizzę mojego męża), dobrym alkoholem ale też na mojej ulubionej grze towarzyskiej: TABU.

 

Lubię tę grę. Konieczność budowania skojarzeń, szukania słów kluczy, zabawne efekty (prawie notorycznie :), burze mózgów, słowne przepychanki a czasami nawet fochy, gdy partner nie zgaduje pozornie banalnego słowa, pozwalają spędzać przy tej grze godziny. Bez znudzenia.

Gra jest też o tyle fajna, że jest doskonałym sposobem na obserwacje czysto psychologiczne. Zachowań, znajomości siebie nawzajem, reakcji. To nie jest test wiedzy (chociaż momentami może jednak też...), ale bardziej test sprytu i umiejętności kojarzenia. Niektóre podpowiedzi bywają zupełnie abstrakcyjne, ale zrozumiałe dla zgadujących.

W nocy przyszedł nasz znajomy i zagrał ze mną w drużynie. Oboje się dość gimnastykowaliśmy szukając podpowiedzi, jednak mnie zupełnie rozczulało, gdy mój mąż pomagał mu, podpowiadając mi właśnie pojedynczymi słowami. Trzeba lat znajomości, żeby móc tak błyskawicznie budować skojarzenia.

Przednia zabawa. Mieszanie par (gra się raczej w parach) daje jeszcze fajniejsze efekty, bo doskonale widać, jak zmienia nam się tok myślenia, w zależności od partnera.

I doskonały sposób na wspólne spędzanie czasu. Przynajmniej nie siedzi się i nie dyskutuje o polityce (no przynajmniej nie tylko). Ciesze się, że są jeszcze ludzie, którzy jak ja lubią gry towarzyskie, od gier planszowych przez karciane, po bilarda. To mój ulubiony sposób na spędzanie czasu ze znajomymi i przyjaciółmi. 

Z tego co widzę, coraz więcej osób rezygnuje z obchodzenia Sylwestra na hucznych "balach", decydując się na wyjazd lub "domówkę". Mnie osobiście to nie dziwi. Bardzo imprezowo spędzałam Sylwestra od bodajże 17 roku życia, do mniej więcej 30tki. I niestety, ale strasznie mnie to zaczęło nudzić. Praktycznie kilka godzin zabawy, co roku w dość podobnej atmosferze (bo organizatorzy nigdy nie stawiali sobie dość wysoki wymagań, przynajmniej wg mnie). Karą były dla mnie imprezy z orkiestrą, albo z nieśmiertelną muzyką z lat 80tych. To się naprawdę może przejeść i z wielką przyjemnością wybierałam w ostatnich latach opcje bez nadęcia. A najlepiej spędza mi się ten czas w domu. Z tańcem, lub bez, bo mi i tak z reguły dużo nie trzeba, w końcu tańczę po mieszkaniu prawie codziennie. Najważniejsze było dla mnie zawsze zamykanie roku z chociaż chwilą na refleksję. Rok 2011 był dla mnie bardzo udanym rokiem. Bardzo bym chciała, żeby 2012 był co najmniej tak dobry. Bardzo, bardzo cicho sobie tego w duchu życzę. Niech będzie co najmniej tak dobry jak 2011. Oczywiście, może być lepszy. Nie będę narzekać. 

Ale jaki nie będzie, nie będę w Sylwestra robiła nic na siłę. A co będę robić, gdzie i z kim, to jak zawsze czas pokaże. W ubiegłym roku umówiliśmy się z przyjaciółmi dwa dni wcześniej. Nie można tego nazwać planowaniem. I tak jest najlepiej. Przynajmniej w tej kwestii. Czasami podejście do życia jak do "Tabu" jest po prostu najlepsze. Niech wszystko się rozgrywa na żywo, na bieżąco z lekką nutą improwizacji, aktorstwa, czasami zamierzonego przerysowania.

Oby było dobrze "po".

I tak sobie właśnie przypomniałam, że bardzo bym chciała, żeby nowy rok dał mi jak najwięcej szans na prowadzenie prezentacji. W końcu to moja nowa pasja przeniesiona z 2011, w tym też roku świeżo we mnie odkryta.  Zawodowa perełka moich osiągnięć. Wisienka na torcie lat pracy i zdobywanych doświadczeń. Dopóki dobrze nie spróbowałam, nie wiedziałam, co tracę. Ale czyż nie jest tak zawsze? Najważniejsze, jeśli chcemy nie zaśniedzieć w zasiedzeniu w jednym miejscu, to korzystać z okazji i przełamywać własne blokady. Banał. Jeden z najważniejszych.

środa, 28 grudnia 2011

Jak ja się cieszę, że zaczęłam chodzić na salsę we wrześniu, chociaż stało się to za zupełnym przypadkiem. Dziś z żalem godzę się, gdy nie mogę iść na zajęcia, bo albo gdzieś wyjeżdżam, albo muszę dłużej popracować, czy też wyskakuje coś innego. Jednak staram się rzadko na to pozwalać, bo moja ukochana salsa jest tylko raz w tygodniu i to przez jedyną godzinę. To za mało. Zdecydowanie.

Kocham ją, bo wyrywa mnie z zasiedzenia, lenistwa, bezruchu spowodowanego przede wszystkim pogodą i idącą za nim niechęcią do wynurzania się na dwór, bez konieczności.

Salsa.

Po kilku miesiącach ćwiczeń widzę zmiany. Głównie w ciele (pięknie mi się zarysowują mięśnie ;), w sposobie poruszania (niesamowicie rozluźniło mi się całe ciało, przestał mnie boleć kręgosłup, a biodra same się kręcą przy każdej okazji i bez, ramiona są niebywale elastyczniejsze, ciało zupełnie inaczej reaguje na muzykę), w samopoczuciu, bo ja to po prostu kocham.

Przy czym, mam też w tym czystą przyjemność, mimo, że z założenia zajęcia polegają na nauce układów, których nie mogę od końca ogarnąć :) Magia jednak polega na tym, że mi to zupełnie nie przeszkadza i jak gubię krok, to dołączam od momentu, który pamiętam. Czasami wychodzą z tego fajne sytuacje, przy czym widzę też, że rozczulam instruktora.

***

Dzisiejszy dialog (gdy odwiało mnie od reszty grupy)

INSTRUKTOR: a ty dokąd?

JA: bo co? :)

INSTRUKTOR: a w sumie nic

 

...

INSTRUKTOR: nie stawaj! nie stawaj, bo jak się stanie..

JA[stoję zziajana]: to się stoi :)

INSTRUKTOR: ruszaj się! myk, myk! raz!

no nie miałam wyjścia. 

jeżu.  koffam go :)


 ***

po zajęciach

JA: pomijając wszystko, ja mam z tego po prostu dziką przyjemność

INSTRUKTOR: i o to chodzi

 

dokładnie.

 

Nie chodzę na te zajęcia dla rywalizacji, ale żeby się poruszać w rytm muzyki, którą kocham, którą czuję w biodrach, która robi mi dobrze, która mnie rozluźnia. To nie konkurs, nie zawody. Robię to wyłącznie dla siebie, więc się nie raz zapominam, zamykam oczy (przez co się gubię) i z uśmiechem sunę w rytmach salsy. Salsa jest niesamowicie erotyczna (jak się już ją opanuje, wiem, bo widziałam ;), podobnie jak samba i rumba, które jednak przyjdą potem. Najpierw opanuję salsę. Na dziś cieszy mnie, że potrafię bez gubienia się wykonywać sprawnie kroki i je błyskawicznie i odruchowo zmieniać zgodnie z poleceniem. Wszystko inne w swoim czasie ;)

Och, jak mnie to podnieca. Po powrocie herbata z rumem i oby do wiosny :)

 

 

PS. Pominę przyjemność, jaką ma z tego mój mąż.

I zima mija mi jakoś bokiem. Szkoda, że parę lat wcześniej już na to nie wpadłam. No ale cóż, lepiej późno niż wcale ;)

Tagi: salsa
22:37, l.marzena , cobyeta
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 grudnia 2011

Wiem, wiem. Od lat psychologia mówi o tym, że pomagamy, bo robi to dobrze NAM. Owszem, dostrzegam ten aspekt i na pewno go nie neguję, bo pomaganie robi nam dobrze i czujemy się potem tak wspaniale, jesteśmy prawie święci i chciałoby się świecić przykładem innym opowiadając, że się komuś pomogło i to było takie zajebiste uczucie.

Nie mogę.

Długo przechodziłam obok tej opinii z przytakiwaniem, bo w końcu przecież to się też zgadza, ale ciągle mi coś nie pasowało. Ponieważ uważam nasze samopoczucie na jedną stronę medalu, ale co ważniejsze: tę mniej istotną.

Może jestem inna, może się tak głęboko samooszukuję, ale niestety, ja pomagam w absolutnie i długo pierwszorzędnie po to, żeby pomóc. Dla samego faktu, że to ten drugi człowiek czy zwierze czuje się lepiej. Ba, mąż mi co jakiś czas przypomina, że świata nie naprawię i przesadzam z empatią, ale ja nawet pomagając odchodzę z poczuciem tymczasowości i właściwie raczej "chwilówki", niż pomocy. Nasze codzienne drobne gesty są pierdzieleniem a nie pomocą, może o to chodziło psychologom? Zakres naszej pomocy jest tak nieznaczny, że słowo pomoc jest mocnym nadużyciem. Przynajmniej wg mnie. Przelew na hospicjum, czy dom dziecka, czy jakiekolwiek drobne gesty pozostaną drobnymi gestami.

Czasami przychodzi do nas (na naszą klatkę) bezdomny i zbiera jedzenie i na jedzenie. Oddaję mu wtedy wszystkie prawie zapasy jakie mam w magazynku i czuję się cholernie podle. Ostatnio powiedział "Pani mnie chyba lubi". Zapytałam "dlaczego Pan tak myśli?", na co odpowiedział "bo inni to już nawet nie otwierają". I wtedy nastąpiło coś, co tylko pogłębiło moje poczucie podłości, mianowicie, ten człowiek bardzo ale to bardzo chciał porozmawiać. Zobaczył mojego kota, który wyszedł zaciekawiony. Dał się obcemu pogłaskać. Bezdomny zaczął mi opowiadać o psie, którego miał, ale który zaginął i do dziś nie wrócił. A ja stałam przy tych drzwiach i się uśmiechałam, czując coraz większe zniecierpliwienie. Wiedziałam, że ten człowiek chciał porozmawiać. Chciał kontaktu. Poczułam cholerną ochotę, żeby go zaprosić do środka, na kawę, żeby porozmawiać, ale nie zrobiłam tego, bo nie chciałam mu dać tego, co mogłoby iść za tym. Nie chciałam dać mu przyjaźni. Nie chciałam poświęcić mu czasu. Po paru minutach w tym progu przeprosiłam go i uciekłam. Uciekłam do swojego ciepłego mieszkania, kochającego męża i poukładanego świata. Zostawiłam go za drzwiami z siatką jedzenia, drobnymi i paroma minutami rozmowy.

To się działo jakiś czas temu i powtarza się co parę miesięcy. I niech nikt mi nie pieprzy, że pomagamy dla własnego dobrego samopoczucia. Te drobne gesty, które nas nic nie kosztują, które są dla nas niczym, nie niosą namiastki oddania czegoś dla nas wartościowego, są po prostu drobnymi gestami. Żyjemy w jakimś parszywym przekonaniu, że są takie wspaniałomyślne i poprawiają świat, czyniąc nas jednocześnie lepszymi. Bulszit.

Najgorsze jest właśnie to, że pozwalamy sobie na myślenie, że są one jakimś dobrem. Nie są. Są płytkim zagłuszaniem sumienia. Patrząc temu człowiekowi w oczy zastanawiam się zawsze, jak bardzo jesteśmy egoistami zamykając drzwi z poczuciem, że zrobiliśmy "chociaż tyle". 

Nie zrobiliśmy nic. Po prostu oddaliśmy trochę jedzenia, które przy gorszych wiatrach i tak wylądowałoby przeterminowane w śmietniku, a drobne które przelewamy co jakiś czas na jakiś cel nie wystarczyłyby na porządne wyjście do restauracji. Nie róbmy z siebie takich wspaniałomyślnych i nie bądźmy aż tak bezczelni, żeby się lepiej czuć od tych drobnych gestów. Róbmy je, ale nie wynośmy siebie za to na piedestał. Nie zasługujemy. To co my robimy, to nie jest nawet altruizm.

Jak mi to uświadomiła ostatnio przyjaciółka "pomaganie innym, czy to ludziom czy zwierzętom, jest naszym cholernym obowiązkiem a nie aktem łaski wobec nich". Dokładnie tak jest.

sobota, 24 grudnia 2011

Lubię nieprzewidywalność w związku. Mimo tzw. stażu, ciągle i co jakiś czas dzieją się u nas sytuacje, które są dla mnie nowe. Czasami z mojej inicjatywy, czasami męża. To nie ma znaczenia. Ważny jest fakt.

Ostatnią moją ulubioną "zabawą" jest wspólne parkowanie. Ja siedzę za kierownicą. Podnoszę ręce do góry (jedynie zmieniam biegi) i steruję pedałami, natomiast mój mąż kręci kierownicą, mówiąc mi, co mam robić. Cudne. Wersja filmowa polegałaby na prowadzeniu samochodu w jeździe, ale na to się chyba jednak bym nie zdobyła. Samo parkowanie jest już wystarczająco fajne. Idealnie ze sobą współgramy. Z boku musi to zabawnie wyglądać, ale zapewniam, że od środka jest jeszcze lepsze, a przede wszystkim, cholernie podniecające ;) 

piątek, 23 grudnia 2011

Dziś mi przyjaciółka uświadomiła, jak bardzo trzecim wyjściem jest idea slow life. Jak bardzo pozwala mi żyć poza pogonią za czasem bądź pieniędzmi. Czasu mamy tyle, ile mamy. Pieniędzy na daną chwilę też. Nie mniej i nie więcej. Jeśli myślę o czasie, którego nie mam, bądź pieniądzach, to zaraz też bez żalu myślę sobie, że co z tego? I tak jest dobrze jak jest. Jestem niezmiernie pogodzona ze sobą, swoim życiem, dobrobytem, ograniczeniami. Mam pełną świadomość siebie i życia i to w zupełności wystarczy do najważniejszego: szczęścia.

Osiągnięcie idealnego rozłożenia proporcji wymaga dużej asertywności, ale przede wszystkim woli i działania. Nie znoszę wprost narzekać, że czegoś nie mam. Jeśli z czymś mi zaczyna być źle, to to zmieniam. Pewnie, że niektóre decyzje nie podobają się innym i niosą za sobą czasami konsekwencje w postaci pretensji, ale cóż, innym przejdzie. Zapomną, albo jeśli nie rozumieją, to się odsuną. I dobrze. Nie potrzebuję w swoim otoczeniu ludzi, którzy się obrażają, za to, że nie spełniam ich oczekiwań wobec mnie. Nie ważne, jak ważni dla mnie są, jak bardzo ich kocham, szanuję, cenię. Wymagam tego samego. Nie mam roszczeniowego stosunku do świata, bo uważam, że to co do mnie przychodzi, to albo sobie wypracowałam, albo przychodzi, bo tak ma być. Żyję w zgodzie ze sobą. I zdaję sobie sprawę jakim to jest luksusem. Gdybym była innym człowiekiem, byłabym pewnie teraz bogatsza, posiadałabym więcej dóbr, utrzymywała kontakt z większą ilością osób, bo mogłyby mi się przydać, ale.. nie odczuwam takiej potrzeby. Złota zasada buddyzmu: nie przywiązywać się. Nie ograniczać się. Zrozumienie tego daje niewysłowione poczucie wolności. Robienie tego, co się lubi, z ludźmi, których się lubi, bycie blisko tych, których się kocha i otaczanie się ludźmi, których się ma za przyjaciół oraz dobre relacje w rodzinie. Bezcenne. I przy tym idealnie osiągane to, co dla mnie najważniejsze: święty spokój. Żyjemy w takich a nie innych czasach. Poukładanie się w nich, w zgodzie z sobą, a przy tym dla dobra innych jest jedną z najcenniejszych umiejętności. Idzie mi całkiem nieźle. I tak sobie myślę każdego dnia, że cokolwiek nie nastąpi, to DZIŚ jestem po prostu szczęśliwa. Każdego dnia dziękuję Bogu za dzień, za to, że minął może i dynamicznie, intensywnie, czasami wybuchowo, emocjonująco, mocno, ale w gruncie rzeczy dobrze. Docenianie tego jest dla mnie ważne. Kiedyś nie umiałam tak żyć, żeby nie zasypiać z żalem o coś, albo do siebie. Od jakiegoś czasu jest dobrze i daje mi to siłę na kolejny dzień. Nie jest to przy tym też płytkie uczucie kreskowego optymizmu, wynikającego z bezmyślności, raczej bardzo świadome docenianie każdego dnia, po wielu przeżyciach z przeszłości, które nie dawały mi cienia nadziei na to, że będzie lepiej. Odpowiedni ludzie na mojej drodze pozwolili mi w to najpierw uwierzyć, że dużo zależy ode mnie, a po drugie, że każda porażka, czy niespełnienie jest lekcją. Wszystko co wiem, zawdzięczam szczęściu trafiania na ludzi, którzy mieli to opanowane lepiej ode mnie. Dziś znowu w myślach im dziękuję. Slow life jest najlepszą filozofią na te popieprzone czasy, gdzie zagubienie ludzi osiągnęło już chyba babilońskie apogeum. Naprawdę wyluzowanie, dystans i odnalezienie swojego tempa są dziś najlepszą metodą, żeby unikać wszelkiej autodestrukcji. Aż smutne jest, że tak wiele ludzi ma to albo za filozofię skrajnego snobizmu związanego z przerośniętym ekofanatyzmem i markowością produktów, albo wszystkim, co można kupić. Nie. Zdrowa filozofia jest bezcenna. I jest darmowa. I dostępna dla każdego. Bez względu na status. Wystarczy chcieć. Zwolnić i poszukać SWOJEGO tempa, zamiast ślepego i wyniszczającego pędu z tłumem. Tak bardzo życzę ludziom, żeby lubili swoje życie. Ale muszą tego sami chcieć. A przede wszystkim znaleźć czas, żeby nad tym pomyśleć. Najprostsze a jednak jakby z innej galaktyki. Szkoda.  Wszystkie "składniki" typu zdrowe odżywianie, ruch, joga, psychologia, są jej efektem, bardzo bardzo naturalnym, wg zasady "nie szkodzić" czyli siłą rzeczy pomagać sobie, robić sobie dobrze, a w efekcie też wszystkim w otoczeniu, bo pogodzeni ze sobą stajemy się źródłem energii dla innych. Mamy czas, siłę i energię żeby aktywnie uczestniczyć w życiu rodzinnym, w życiu przyjaciół, bez gonienia i niedoczasu. To się naprawdę daje spokojnie połączyć. Owszem, nie oznacza to, że mamy ten czas dla innych zawsze, bo ważny jest też czas dla nas, ale to już związane jest z asertywnością i potrzebą ładowania własnych akumulatorów. Daleka jestem od propagowania idei "poświęcania" dla innych. To chore. Pomaganie innym jest ważne, jak też możliwość liczenia na innych, ale wyrzućmy ze słownika słowo "poświęcenie". To jest akt dobrej woli, a nie cierpienia, które wpisane jest z automatu w poświęcenie. Nie ważne czy chodzi o pomoc w doniesieniu zakupów, telefon, zwykłą rozmowę czy oddanie nerki. To akt woli. I tego się pilnujmy. Intencje są najważniejszym motorem działania i efektów. Tylko akt woli nie spowoduje nigdy poczucia żalu, oczekiwania rekompensaty czy Bóg wie czego jeszcze. Intencje są chyba naprawdę najważniejsze. I co najlepsze - wcześniej czy później wypływają. Slow life nie ma w sobie cienia przymusu. Czy może być coś lepszego? Nie wiem. I aż głupio mi czasami, że zawsze na pytanie "co u ciebie?" odpowiadam "powolutku do przodu". I słyszę "wy to macie dobrze".

I nie rozumiem, w czym problem. Przecież to nie oznacza, że leżę i pachnę (no czasami, ale na dłuższą metę dostałabym jobla), jednak gdy mam potrzebę bądź ochotę, to po prostu sobie leżę i pachnę czytając książkę, czasami nie śpię całą noc, bo tak mi się chce, czasami pędzę za własnym ogonem jak pies szczęśliwa z tego powodu, też dlatego, że tego właśnie chcę. Wiem że żyję i że moje życie generalnie nie odbiega od życia innych. Od tego odbiega jedynie moje podejście. I jak kiedyś, po powrocie do Polski miałam problem, żeby oprzeć się przed tym wszechobecnym narzekaniem, marudzeniem, czepianiem, zrzędzeniem, tak dziś po prostu przyjmuję to co zsyła mi los, czasami delikatnie wpływając na to, na co mogę. Ale jeśli się nie daje, to też się z tym godzę, wychodząc z założenia, że to może jeszcze nie był czas i miejsce. Może kiedyś, jeśli nie przestanie być dla mnie ważne, to znowu do tego wrócę. Może jutro, może za 100 lat. Może nigdy. Och, te wielkie napinanie i determinacja. Pic na wodę. Te udawanie, że to jest ok. To podłe. Ludzie, nie widzą, że często ci, którzy realizują swoje wielkie marzenia, jednocześnie rezygnują (raczej świadomie) z czegoś innego. Wszystko oparte jest na wyborach. Brak pogodzenia z tym tworzy frustratów. Z kompleksem Boga. No smutne. Wiem. Ale jeśli tego sami nie zrozumieją, to im tego nikt nie wbije do głów. A niedocenianie tego, co mają osiągnięte na dany dzień, tylko potęguje niezadowolenie. Bzdura.
Dopijam kakao i idę poczytać. Mąż tak słodko śpi... Nic więcej mi teraz do szczęścia nie trzeba. Jak mówi mędrzec "wyluzuj". To tylko Święta... ;)

niedziela, 18 grudnia 2011

Ponieważ co roku miałam poważny dylemat wigilijny i sporo czasu traciłam na jazdę pomiędzy domami, postanowiłam w tym roku zrobić wigilię w naszym mieszkaniu. Wszystkim się pomysł spodobał, zwłaszcza, że umówiłyśmy się, że robimy jedzenie "składkowe" czyli każda z nas przygotowuje jakieś dania i spotkają się one na stole. Wszyscy są zadowoleni, bo żadna kobieta nie ma wszystkich przygotowań na głowie, a ja nie muszę jeździć i cały wieczór wszystkich będę miała w jednym miejscu. Długo na to czekałam.

I chcę zrobić bardzo tradycyjnie, z kolędami, z czasem dla wszystkich "na spokojnie" z telefonami do pozostałych najbliższych, którzy są daleko, ale teraz będziemy mogli też chwilę porozmawiać. 

Żałuję, że nie miałam takiej możliwości jeszcze 4 lata temu, ale myślę, że lepsze to, niż znowu rozbicie i wybory. I wreszcie bez dylematów i pędzenia. Moim największym wigilijnym marzeniem jest zabranie całej rodziny w jedno miejsce, gdzie wszyscy będziemy mogli zająć się sobą wzajemnie, żadna kobieta nie będzie stała całymi dniami w kuchni i siadała skonana do stołu. Coraz modniejsze są święta w hotelach (ostatnio rozmawiałam w jednym hotelu o tym i oni są tym zachwyceni - ponieważ nie wszyscy pracownicy mają rodziny albo nie są katolikami i wolą spędzać ten czas w pracy, ci co chcą mieć wolne, to mają), a goście też są zadowoleni z tego rozwiązania, właśnie przez brak konieczności "stania w kuchni". Dla mnie te wyjście też jest optymalne, bo na kilka dni mogłaby się zjechać cała rodzina z różnych kątów Europy.

No cóż. Od tego są marzenia... ;)

niedziela, 11 grudnia 2011

Segritta napisała praktyczną notkę. Mi ta notka nasuwa na myśl jeszcze jedną ważną kwestię: samoakceptację.

Autorka sama zauważa, że może jej rady nie są odkrywcze, jednak myślę, że wszystkim z nas, zdarzają się błędy w makijażu, bądź co bądź jednak nie wiemy o nim wszystkiego. Rady Segritty są o tyle cenne, że są bardzo uniwersalne i nie związane z typem urody.

No i właśnie. Makijaż. W ogóle "własny styl". To jest o tyle płynna sprawa, że znalezienie tego, z czym czujemy się dobrze, a przy tym, co nam pasuje, wcale nie jest takie naturalne i wrodzone. Wyrabianie gustu i szukanie własnego stylu nie jest czymś, co się wysysa z mlekiem matki. To jest coś, czego się ciągle uczymy, dopracowujemy, zwłaszcza, że z wiekiem się to zmienia, co jako 35latka mogę już mocno stwierdzić, bo od kiedy się tym interesuję (czyli od podstawówki?) zmieniało mi się to bardzo i w różnych kierunkach. Miałam różne fazy. Niektóre do dziś mnie bawią, bo np. od ok 20tki do  30tki bardzo długo stosowałam do każdej okazji i okoliczności styl elegancki + obcasy. Nie miałam praktycznie sportowych, bądź luźnych rzeczy. Wszystko musiało być dopracowane i dopieszczone. Nawet jak jechałam do lasu. Na szczęście dziś mnie to już po prostu bawi. To samo dotyczyło makijażu. Należałam do kobiet, których nikt nie miał prawa zobaczyć bez makijażu, no może zdarzały się wyjątki, ale czułam się wtedy nieswojo. To też minęło. Właściwie od kiedy skończyłam 30 lat czuję się naprawdę dobrze ze sobą. Ale to jest inna inność. Paradoksalnie musiałam dojrzeć do pełnej samoakceptacji. Może dotarło do mnie, że każdy rok życia zmienia mnie i moje ciało i po prostu cenię to, co mam DZIŚ, najwyżej delikatnie się rzeźbiąc tańcem, ćwiczeniami, dietą. Ale co ważne: bez napinania się. Robię to, bo mi z tym dobrze, jeśli mam ochotę na coś niezdrowego, to to po prostu robię.

Wracając do samoakceptacji i wspomnianego makijażu. Bardzo często widząc dziewczynę z przesadnym makijażem czuję, że ona siebie nie akceptuje, nie lubi, próbuje schować się za maską palety kolorów i kosmetyków. Robi mi się smutno. Dziewczyny nie rozumieją, że nigdy potem nie będą mieć tak pięknej cery jak w wieku 20 lat, nigdy nie będą mieć naturalnie pięknych rumieńców, które chowają pod pudrami i podkładem. Nigdy więcej nie będą takie, jak teraz. Owszem, zadbana skóra z wiekiem też się odwdzięcza, ale nie oszukujmy się, no jest inna. Jest mnóstwo portali z poradami kosmetycznymi, propozycjami makijażu, testami doboru pasującej kolorystyki (nigdy nie mogłam znaleźć kombinacji dla siebie, bo nie mam cech pasujących do typowych szablonów i wydaje mi się, że wiele dziewczyn jednak też będzie od tych szablonów jakimiś szczegółami odbiegać). I co? I dlatego serdecznie polecam notkę Segritty. Niech każda dziewczyna, kobieta, szuka tego, co dla niej najlepsze, a nie co modne, obecnie lansowane i topowe. Wielu stylistów radzi z resztą, żeby tak podchodzić też do mody, do trendów. Kreowanie własnego stylu, od makijażu począwszy, powinno być bardzo, bardzo pasujące do nas i do okoliczności. Żaden strój ani makijaż nie zastąpi jednak naturalnej charyzmy, jaką ma kobieta, która siebie lubi, akceptuje. Bez względu na typ urody, wagę, wiek. Każda kobieta, która lubi siebie bije tak naturalnym seksapilem, że strój i makijaż mogą je tylko podkreślić (i powinny!), ale nigdy go nie wykreują (nie mówię o fotografiach, na nich mistrzowie fachu wyciągną to co najlepsze, ale to zawsze będzie tylko uchwycony moment), chodzi mi o kobiety, z którymi mamy do czynienia w kontakcie osobistymi. Są to kobiety, którym też inne nie będą zazdrościć, będą się nimi po prostu inspirować, ponieważ kobiety lubiące i akceptujące siebie nie mają też potrzeby życia w świetle odbitym od cudzego zachwytu, raczej pozwalają się ogrzać we własnym blasku. Nie sycą się zazdrością, nie zależy im na odbieraniu poczucia pewności siebie innym, bo wiedzą, że i tak nie o to w tym chodzi. Raczej dają przykład właśnie idealnej samoakceptacji i lubienia siebie. I to naprawdę nie jest kwestia dosłownej urody. Jak się im przyjrzeć, mają tyle samo tzw. "niedoskonałości" co praktycznie każda z nas, ale magia polega na tym, że nikt nie ma czasu zwracać na te "niedoskonałości" uwagi. One są zupełnie nieistotne w całokształcie jaki składa się na takie kobiety. Każda z nas może sobie taką znaleźć i się nią inspirować. Tak wśród osób znanych, rozpoznawalnych jak i z życia codziennego, bo ich nie brakuje.

I to dotyczy też mężczyzn. Facet, który lubi siebie, zna swoją wartość jest jak magnez. I tyle. Szukanie, porównywanie się z innymi pod kątem dorównania im zawsze będzie dołujące i dlatego jest stratą czasu. Ale też tak na marginesie: jeśli ktoś nie lubi siebie, to się wyczuwa. Jeśli ktoś nie akceptuje siebie, to się wyczuwa i nasuwa się logiczne pytanie: dlaczego ktoś inny miałby mieć inaczej? No właśnie. Samoakceptacja jest naprawdę jedynie kwestią podejścia do siebie. Bez względu na wszystko. I nie każdy musi ją podzielać, ważne, żebyśmy my lubili siebie, reszta sama się poukłada.

I polecam proponowane przez Segrittę triki. Z wielu korzystam sama, ale kilka jest dla mnie nowością i chętnie spojrzę na temat z ich wykorzystaniem. W końcu jestem kobietą i kocham patrzeć jak drobiazgi podkreślają to co lubię podkreślać, bądź matują to, co mi przeszkadza. Jednak nie oszukujmy się, każdy makijaż oczu służy mi jedynie po to, żeby zatrzymywać wzrok, skupiać cudze spojrzenie w trakcie rozmowy, ponieważ niż nie jest dla mnie tak ważne w kontakcie, jak właśnie kontakt wzrokowy. Tusz do rzęs, kredka i cienie mają po prostu dodać temu "czegoś" :) I po do jest dla mnie makijaż, strój. Mają jedynie służyć mi do czucia się jeszcze fajniej, a nie przebierać i zakrywać mnie. Bo ja po prostu lubię siebie ;) (gorsze dni są też normalne, no ale bez przesady. Nie chodzi o bezkrytyczny samozachwyt, bo też dobrze robi przestraszyć się rano przed lustrem, przynajmniej wiem, że jestem człowiekiem i makijażem tego nie zmienię, ale też po co? W końcu wiem, jaka jestem i nie muszę się też obawiać reakcji ludzi po zmyciu makijażu. A to się po prostu nazywa luksus samoakceptacji. W razie czego przynajmniej mnie rozpoznają, gdy idę do sklepu na przeciwko w kitku, dresie i bez makijażu  tak samo gdy idę ubrana biznesowo. Ja to ja. Reszta to tylko okoliczności ;)