O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
sobota, 18 lutego 2012

Uprzedzenia. Genialna sprawa. Często mylone ze strachem. Ma je każdy, jak każdy w innej kwestii i na inną skalę. Tak jak każdy prawie (bo ja nie i tego się będę trzymać), szufladkuje. Nieważne. Dziś mam na tapecie uprzedzenia.

Gdy miałam 14 lat zobaczyłam na talerzu w restauracji KREWETKI. Trauma. Czegoś równie paskudnego nie widziałam do tamtej pory. Nawet dobrze przygotowana ośmiornica nie odrzuciła mnie tak, jak w tamten dzień te biedne krewetki. Do dziś nie chciałam dać się namówić na ich spróbowanie. Nie było takiej opcji, miejsca, dania. Nie. Krewetki? Dziękuję. Właśnie wychodziłam. 

Aż do dziś. Mój mąż przyrządził je w taki sposób, że już zapachy w trakcie przygotowywania doprowadziły mnie do obłędu. Potem się okazało, że samych krewetek w tym daniu nie widać. Prawie. No ale nie na tyle, żeby mnie odrzuciły swoim wyglądem. Tak. W smaku są świetne. Dobrze przyrządzone i ledwo rozpoznawalne dołączą do moich ulubionych małż. Na tym z owocami morza mogę zakończyć. Kolejne uprzedzenie pokonane sposobem.

I tak miałam zawsze. Od kiedy pamiętam. Najlepszym sposobem na pokonywanie uprzedzeń jest stawienie im czoła, ALE W ODPOWIEDNI SPOSÓB. Np. pływanie. Mój ojczym próbował nauczyć mnie pływać, gdy miałam 6 lat. Wrzucił mnie do jeziora. Od tamtej pory boję się wody. Za sport ekstremalny uważam pływanie kajakiem czy rowerem wodnym. No i wybierając się na jeziora tak je właśnie traktuję. Kilka razy próbowałam się uczyć pływać i byłam uczona, ale się taki nie narodził, dzięki któremu przestaję wpadać w panikę czując wodę w nosie. Ten temat pozostaje nierozpracowany.

Inne przykłady? Poczynając od seksu i jego różnych form. Nie będę wnikać, ale do dziś Bogu dziękuję, że m(iał)am w życiu do czynienia z doskonałymi mężczyznami z talentem, wiedzą i fantazją. Bez nich pewnie sama zakopałabym się we własnych uprzedzeniach i przekonaniu, że seks to po ciemku i "na misjonarza". Późniejsze przejmowanie inicjatywy przychodziło szybciej niż myślałam.

Albo uprzedzenia do ludzi. Wyznaniowe, religijne, poglądowe. Miałam to szczęście, że jako nastolatka rok chodziłam to mieszanej klasy. Od Muzułmanów, Protestantów, Ewangelików, ateistów po kilkoro nas: katolików. To była doskonała lekcja, bo bardzo szybko nauczyłam się, że religia czy poglądy nie mówią wiele o człowieku. Można wierzyć w Boga, być praktykującym wg jakiejś religii a przy tym łajdakiem a można być niepraktykującym niczego, z jakimś własnym światopoglądem i być cudnym człowiekiem. Tego się nauczyłam jako 15 latka i całe moje szczęście. Od tamtej pory daleka jestem od szufladkowania ludzi. Znamy się na tyle, na ile się poznaliśmy i tyle w temacie. Uprzedzeń wobec ludzi pozbyłam się więc najszybciej. Zawsze najsilniej trzymam się tych związanych ze mną. Jakoś tak mi się porobiło. Ale też z dziką satysfakcją się ich pozbywam, co jest o tyle dziwne, że ja kocham mieć rację, a pozbycie się uprzedzenia jest przyznaniem, że jej nie miałam. No cóż ;)

Kolejny ulubiony przykład: prawo jazdy. Całe życie (do 30tki :) nie miałam zamiaru podchodzić do tematu, ponieważ zostałam wychowana, że prawdziwa dama daje się wozić i sama nie prowadzi samochodu (no wiem, ale tak byłam wychowana i tak to funkcjonowało. Zawsze ktoś chętnie mnie podwoził, zawoził, zabierał, tu taksówki, tam autobusy... No tak było). Aż mój mąż mnie uświadomił, że jak będę miała prawko i samochód, to nie będę od nikogo nigdy uzależniona i to mi się spodoba. Och, 2 lata walczyłam z tematem. Przed każdym egzaminem zrozpaczona dzwoniłam jeszcze po osobach zaufanych modląc się o błogosławieństwo. Jeden z rozmówców stawiał mnie zawsze do pionu "Nie martw się. I tak nie zdasz". Cholera, on chyba wiedział, że to są słowa, których mi trzeba.

Albo salsa... Pamiętam jeszcze jak dziś pierwsze zajęcia. Boże mój Ty. Wrzesień 2011. Stoję i patrzę. Próbuję załapać, o co chodzi. Po kilku krokach łapię straszną zadyszkę. Muszę zrobić przerwę. Pierwsze zajęcia, tygodnie, to była raczej ciągła przerwa. Kilka razy wychodziłam przed końcem, bo nie mogłam znieść swojej nieudolności. Ale strasznie chciałam umieć tak, jak dziewczyny chodzące od dawna, te z lepszą kondycją. Wiedziałam, że dopóki palę, to ciągle będę odpadać zanim złapię układ, bo moje płuca nie dadzą rady. Widziałam, że instruktor widzi, że ja bardzo chcę i podtrzymuje mnie na duchu i z każdymi zajęciami cieszyłam się jak dziecko z każdego postępu. Z tego, że zapamiętuję coraz więcej sekwencji, że coraz rzadziej robię przerwy. Nie raz miałam dość siebie. Odwykłam od "nieumienia". Odwykłam od wydawanych poleceń i przystosowywania się do nich. Jak instruktor w prawo, to ja w lewo, jak on przód lewa, to ja prawa i tak było długo. Do tego co rusz musiałam zrobić przerwę i się napić. Nie raz miałam dość i chciałam się poddać. Zrezygnować i zapisać się na zajęcia dla seniorów, jednak zawsze mówiłam sobie, że jeszcze spróbuję. Potem doszła do tego zumba. Doszedł sporadyczny spinning. Gdy się ma prawie 36 lat trzeba dodatkowej wiary, że wystarczy obudzić zaspałe mięśnie i odzyskać kondycję z młodości, gdy robiłam po 100 km dziennie na rowerze,  gdy parogodzinne treningi siatkówki były banałem. Moim głównym uprzedzeniem było, że może to już nie na moje lata. I na dziś wygrałam. Na ostatnich zajęciach zapamiętuję już całe układy idąc krok w krok z instruktorem i grupą. Przerwy robię nie częściej niż inni. I jestem z siebie cholernie dumna, bo też dzięki banalnym uwagom instruktora nie poddałam się na początku. I co?  35+ to może być dopiero początek przygody z salsą, zumbą i dobrą kondycją.

To samo miałam ze zdrową kuchnią. Jak chciałam zdrowo zjeść jechałam do babci, która jak nikt na świecie rozpieszczała mnie swoją kuchnią, ale nie widziałam specjalnie znaczenia w tym CO jem. Ważniejsze było, czy jest smaczne. Dopiero z rok po odejściu babci trafiłam na mojego "mentora", który pokazał mi znaczenie jedzenia. Dotarł do mnie w trakcie jednego spotkania. Chociaż nie powiedział nic, czego bym nie wiedziała, to powiedział to w taki sposób, że dotarło natychmiast. I na stałe. No lepiej późno, niż wcale.

Przekora i upór. To moje dwa drugie imiona. Dzięki nim i odpowiednim argumentom nauczyłam się w życiu i doznałam wszystkiego co najlepsze. Z dzisiejszymi doskonałymi krewetkami włącznie. I jak sobie myślę, ile jeszcze mam uprzedzeń i obaw, które czekają na odpowiedni argument, żebym się ich pozbyła... to się tylko uśmiecham, bo z tego wynika, że jeszcze kilka przeżyć przede mną. Nie tylko kulinarnych.  Czy chcę żeby się to zmieniło, czy chcę się pozbyć tych uprzedzeń? O rany. Oczywiście. Przy odpowiednim argumencie, przy odpowiedniej oprawie i motywacji koniecznie. 

Sama wiem, co to znaczy pozbawiać innych uprzedzeń, obaw. Robię to od lat. I wiem po sobie (dzięki innym) i po innych (dzięki sobie) jakie to świetne. Pozbywanie się uprzedzeń jest cudowne właśnie dlatego, że pozwala zauważyć nieskończoność rzeczy, doznań, które jeszcze, jeszcze ciągle przed nami. Bez względu na to, ile już za nami.

I to jest naprawdę doskonałe. Bo dzięki takim krewetkom, czy salsie wiem, jak bardzo jeszcze wszystko przede mną i jak kompletnie i zupełnie nie mam czasu się starzeć, bo za dużo jeszcze czeka gdzieś tam na mnie. I niech tak sobie będzie. Niech zawsze pozostanie we mnie takie przekonanie. Ono jest siłą napędową życia. Po prostu. I jak sobie myślę o tych wszystkich uprzedzeniach, które jeszcze w sobie mam. O matko. No cudnie ;)

I mam nadzieję, że zawsze znajdzie się obok ktoś, kto mnie do tego jeszcze odpowiednio zmotywuje i znajdzie argumenty odpowiednie dla mnie. To nie jest proste, ale jak się już trafi, to staję się bezwstydnie łatwa. Wystarczy klucz. Może kiedyś ktoś znajdzie ten na pływanie, albo sama znajdę na wiele rzeczy, których nie robię, bo nie... ;) To naprawdę żaden argument, ale też nieznośnie silny.

Slow life niesie w sobie szukanie nowego. Nowych smaków, doznań, myśli, wniosków. Slow life to czas na szukanie. Wszystko jest kwestią sposobu, bo na pewno nie zabraknie ciekawości i chęci poznawania tego co nowe. Oby pozbywać się przy tym uprzedzeń. W każdej jednej kategorii.

środa, 15 lutego 2012

Uwielbiam czasami "nic nie robić". Jak to zauważył ktoś w jakiejś audycji radiowej, nie ma czegoś takiego jak lenistwo. To jest po prostu kumulowanie energii. Genialnie proste i oczywiste.

Caluśkie życie uwielbiam wprost odpoczywać patrząc w niebo. Od czasów dziecięcych, gdy leżałam na ogrodzie przy domu dziadków. Całymi godzinami patrzyłam na płynące chmury. Całymi godzinami patrzyłam w rozgwieżdżone nocne niebo. Mogłam jak zahipnotyzowana patrzeć na księżyc i również po nim płynące chmury.

Potem zaczęły się wyjazdy nad jeziora. Najfajniejsze chwile, gdy kładliśmy się w grupie na pomoście, kładąc sobie wzajemnie głowy na brzuchach, bądź innych miękkich częściach ciała i patrzyliśmy na spadające gwiazdy. Bezcenne chwile. Dla samego nieba i dla tych wyjazdów.

Niebo nad jeziorami, w górach, nad morzem, nad każdą otwartą przestrzenią... Niewysłowienie piękne. Pamiętam wiele wschodów i zachodów słońca. Czasami spędzanych z kimś, czasami romantycznie, czasami samotnie. Nieważne. Tak naprawdę zapamiętałam je jakby były wczoraj. Zachody i wschody słońca są dla mnie jak zapach - błyskawicznie kojarzą mi się z konkretną osobą. Nie oddadzą tego żadne zdjęcia ani słowa... ale też nie muszą. Uważam własną pamięć za dobrego doradcę. Ona wie najlepiej, co zachować.

Niebo.. Też na co dzień. Zimą najbardziej brakuje mi ładnych widoków nieba. Zbyt rzadko słońce przebija się przez chmury, zbyt rzadko zachody się różowią na tle śnieżnych krajobrazów, ale jednak... jak już do tego dochodzi jest wręcz cudownie.

Uwielbiam niego latem. Naprawdę szczerze kocham. Kumuluje moje baterie jak w tym obrazku:

 

Dokładnie tak jest. Jeśli mam możliwość popatrzeć w niebo, to każdy innych widok może poczekać. Niebo jest dla mnie bezapelacyjnie fenomenalne. Nawet jak jadę samochodem, to kocham przestrzenie, na których mogę mieć na linii horyzontu zarys nieba. Od razu mi dobrze. Lepiej.

Jestem największą fanką nieba w kosmosie :)

Samego kosmosu w końcu też. Lubię czasami podyskutować z kolegami z pracy, albo z mężem (nie wiem czemu nie z koleżankami?) na temat kosmosu (wszyscy oglądamy wszelkie programy pop-naukowe na ten temat, więc WIEMY wszystko ;)

Ja krytycznie neguję wszystkie teorie (na ile mogę), bo uważam je zgodnie z definicją za teoretyczne, czyli nieudowodnione. (Tak dyskutuję z telewizorem czasami również, jakiś problem? :) Wyliczenia matematyczne? No ja proszę jednak o poważne podejście. W końcu to kosmos. Oczywiście, natura człowieka każe wierzyć, ba, być przekonanym odnośnie nieomylności własnych teorii i w tej materii także. Przecież kiedyś dano by się pociąć za teorię, że Ziemia jest płaska ;) Dokładnie taki sam stosunek mam do wszystkich teorii naukowych nie popartych DOWODEM. Nie, wyliczenia matematyczne nie są dla mnie dowodem. Nie odnośnie kosmosu, dopóki nie potrafimy ruszyć się dobrze poza własne podwórko - Ziemię. Latamy w około jak możemy, ale nie oszukujmy się, jako dzieciak miałam większy teren do penetracji, niż mamy możliwość doświadczyć dziś Kosmos jako ludzkie istoty. Zwiedzamy sobie wszechświat jak niemowlaki w wózku... nie obrażając niemowlaków. I siedzimy i patrzymy w te niebo, w ten kosmos i tak bardzo chcemy tam dotrzeć.. Dobrze dobrze. A teraz wypij swoje kakao ;)

Kocham niebo. To ono nauczyło mnie dystansu. Ono najbardziej. Z perspektywy kosmosu to wszystko jest tak banalne, tak nieważne, tak małe i tak odległe... przynajmniej 99,99% spraw. Dobrze o tym pamiętać, a najlepiej, patrząc w niebo. I na te chmurki i ptaszki i słonko i księżyc i gwiazdki... Och, naprawdę kocham.

Patrząc na niebo dziś widzę powoli zbliżającą się wiosnę. To naprawdę widać po niebie. Wystarczy całe życie w nie patrzeć i w końcu się to zobaczy, jak zmieniają się pory roku. I jak wszystko krąży w koło, chociaż nigdy nie jest takie same, jak wcześniej. I to jest piękne. Jak niebo.

22:41, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 lutego 2012

Zdarza mi się usiąść i zastanowić, dlaczego jest mi w czyimś towarzystwie dobrze. Ostatnio to zrozumiałam i przekłada się to na relacje z ludźmi w ogóle. Święty złoty środek został znaleziony. Są nim słowa. A raczej ich dobór, albo zupełny brak.

Czego nie lubię? Mądrzenia się. Mam zupełną alergię na głupio-mądrych ludzi. I w życiu i w tv i gdziekolwiek się z nimi spotykam. Niestety spotkanie naprawdę mądrych ludzi graniczy z cudem, co jednak nie jest niemożliwe.

Każdy chyba ma jakieś autorytety, a na pewno każdy ma je w jakiejś wybranej dziedzinie. To, że ktoś nam imponuje wiedzą z np. ekonomii, absolutnie nie oznacza, że będzie miał coś słusznego do powiedzenia na temat prawa, albo nowości muzycznych. I tu pojawia się problem, bo większości ludzi wydaje się, że posiedli wszechwiedzę i w efekcie mają coś słusznego do powiedzenia na każdy temat. Co za kompletny absurd. Można by to zignorować, gdyby tą wszechwiedzą nie starali się wpływać na wszystkich, którzy mają z nimi do czynienia. Starsze pokolenie (znane mi) cechuje mądrość życiowa, która podpowiadała im, że wiedzy należy szukać u odpowiednich źródeł, a nie u np. sąsiadów (gdy sprawa ich nie dotyczy). Idą do lekarza, gdy wiedzą, że schorzenie nie nadaje się do leczenia na domowe sposoby. Idą do radcy prawnego, gdy wiedzą, że wymagana jest gruntowna znajomość prawa i umiejętność analizy przepisów. Nie mądrzą się. Mają niesamowitą wiedzę życiową, ale objawia się ona tym, że wiedzą, kiedy jej użyć :-)

 

Efektem głupio-madrości jest pokolenie domowych lekarzy. Chyba głównie Polacy przecież znani są z tego, że są lepszymi lekarzami, od tychże. Znają się lepiej na przepisach niż prawnicy, a najlepiej to się znają na polityce. Przeciętnego Polaka można poznać po tym, że zapytany, czy też nie, powie, że zna się na wszystkim. Nie odpowie, gdzie szukać informacji, tylko że WIE.

Kocham w moim mężu to, że się nie mądrzy, nie moralizuje i nie umoralnia na siłę. Nie słyszę "musisz to, powinnaś tamto". Szybciej on usłyszy to ode mnie ;-) Ale to co mnie fascynuje najbardziej, to to, że on idealnie wie, kiedy milczeć. To jest w ogóle osobliwa cecha ludzi - nie da się zaprzeczyć* - mądrych. Budzi to we mnie szczery szacunek do niego. Często podkreślam tu podziw dla umiejętności milczenia, bo to naprawdę talent prawdziwych mistrzów. Niezależnie od tego on potrafi też mądrze mówić. Rzadko się zdarza, żeby ludzie umieli milczeć i ciekawie oraz dobrze mówić.

Osoby, które potrafią czarować słowem i jednocześnie potrafią milczeć stają się tak samo niespotykane, jak prawdziwa magia (o ile się w nią wierzy ;-). Najważniejsze, że są i niech czarują, bo to sztuka sama w sobie.

Do brzegu: Bycie głupio-mądrym powinno być wpisywane do CV. W wielu zawodach i na wielu stanowiskach jest przecież niezbędne ;-)

 

* oczywiście można zaprzeczyć, ale w tym tekście, rozpatruję osoby, przy których nie ma to sensu, bo milczenie jest wynikiem ich decyzji, co zdecydowanie nakreśla postać rzeczy.

Wiem co piszę. Sama bywam głupio-mądra, wiem z czym się zmagam. Rzadko bo rzadko, ale jednak... Z reguły chyba wszyscy wyczuwamy, kiedy ktoś ma wiedzę, a kiedy mu się tak tylko wydaje.

 

 

czwartek, 29 listopada 2007, cobyeta

12:46, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (7) »
sobota, 11 lutego 2012

Kolega poprowadził monolog:

"Marzena, czy ty lubisz gadżety?"

"Właściwie po co ja pytam, pewnie że lubisz"

 

Oczywiście, że lubię. Uwielbiam. Jak bardzo bym się tego nie wypierała*, nie zaprzeczała*, nie negowała*.

*czego nie robię

to faktycznie, jestem straszną gadżeciarą. Tyle, że niepraktykującą, bo jednak w 99% powstrzymuję się przed nabywaniem gadżetów, bo na dobrą sprawę, jestem raczej fetyszystką nowinek. Lubię testować, sprawdzać, dotykać, bawić się i... odkładać, bo rzadko jednak faktycznie chcę coś mieć. Posiąść. Nabyć.

Gadżety. Nowinki. Nowe technologie. W każdej dziedzinie. Uwielbiam wiedzieć. Nadmiar powoduje jednak zdrowy krytycyzm. Teraz tak mam z tabletem. Chcę mieć od ponad roku, ale jeszcze się nie zdecydowałam. Ciągle zmieniam zdanie co do modelu, producenta. I wychodzi mi to na dobre, bo omijając fazy poszczególnych prototypów podejmę decyzję jak już wejdzie wersja sprawdzona i stabilna i pasująca do mnie. A w między czasie uczę się, jakie tablety mają możliwości i sprawdzam, które z tych możliwości chcę dla siebie :)

Spokojnie. Zdążę. Z przymrużeniem oka -  gadżetami jak z facetem. Trzeba pooglądać i posprawdzać różne modele, zanim się zdecydujemy na jeden.

Och tak. Jestem gadżeciarą. Weteranką. Z rzeczy, naprawdę mało co mnie szczerze podnieca. Widzę w rzeczach wybitnie użytkową funkcję. Może dlatego, że tak wiele przedmiotów, które kochałam, rozpadało mi się w dłoniach (z upływu czasu). Przywiązuję się. Od telefonów, przez ubrania, po kosmetyki i książki. Rzeczy. A jednak się przywiązuję i z żalem patrzę, jak przemijają.

A propos nowinek, chociaż sama jeżdżę teraz Ford-em, to nie mam kompletnie zaufania do promowanych przez nich technologii (i nie wybiorę samochodu, który je oferuje). Już o tym kiedyś wspominałam. Usprawnienia w samochodach dzielę na dwa rodzaje:  poprawiające komfort i usypiajace czujność a tym samym mogące docelowo powodować wypadki otumanionych kierowców.

Grupa pierwsza: wszelkie cuda typu podgrzewane fotele, miliony sposobów ustawień wszystkiego we wnętrzu, nawigację, wiele opcji umiejscowionych w kierownicy (zakochana jestem w regulacji głośności radia w kierownicy i właśnie w podgrzewanych fotelach, co zimą jest nieznośnie cudnym bajerem), wszelkie elektryczne regulacje. Cudnie. Jednak w drugiej kategorii, czyli usypiającej czujność są opcje, które powodują, że kierowca może zdawać się na elektronikę, czyli mało groźne wspomagania parkowania, po wprowadzane czujniki trakcji toru jazdy, wolnego lewego pasa itp. Jeśli elektronika zawiedzie, a kierowca ufa jej bezkrytycznie, to ja nie chciałabym być w pobliżu...

Cuda techniki, które towarzyszą nam już praktycznie na każdym kroku. Cudownie. Bierzmy i czerpmy z nich, bo są dla ludzi (i nie tylko, jak patrzę na branżę zoologiczną), ale nie traćmy rozumu. To tylko rzeczy. Darzmy je pożądaniem, miłością i szacunkiem należnym... przedmiotom. 

Bezwarunkowo kocham jednak doskonałość. Doskonałą jakość, doskonały klimat, miejsca, czas, atmosferę, materiały, z których wykonywane może być praktycznie wszystko, przez sztukę - obrazy, teksty, muzykę, architekturę, odkrycia naukowe, MYŚL - to co udaje się stworzyć człowiekowi, po widoki, momenty, cuda natury, dotyk, to co dociera do nas wyłącznie dzięki zmysłom. Tak rzadko mam z nimi do czynienia, że jak już mam, to chłonę je całą sobą.  Każdą częścią swojej osoby, świadomości. Kocham doskonałość. Nie ma to nic wspólnego ze snobizmem. Snobizm jest daleko, daleko za tym. Snobizm to nie ta półka. Daleko mu do doceniania tego, co wartościowe, a często i bezcenne, ba, on stoi po dokładnie drugiej strony rzeki.

 Kocham doskonałą jakość za to, jak w gruncie rzeczy jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Nie ma dwóch dokładnie tak samo doskonałych rzeczy, momentów. To ich główna cecha. Niepowtarzalność, unikatowość. Przeważnie wynika to też z manufakturowego charakteru, natomiast w przypadku miejsc - przeważnie właśnie bez ingerencji człowieka lub z idealnym wkomponowaniem w otoczenie, uszanowaniem go.

Żródło oczywiście, jak zawsze (jeśli nie jest moje), pod zdjęciem. Bogu dzięki, że technologia pozwala mi oglądać takie zdjęcia i miejsca. Poważnie.

 

Dlatego też spokojnie jestem świadoma, że obracam się na co dzień wśród rzeczy dobrych, niezłych, wystarczających. Doskonałość zdarza się rzadko, bo jest rzadka. Zamiast gonić za kolejną rzeczą, przedmiotem, wolę uważnie żyć. Żeby nie przegapiać chwil bezcennych. Wszystkiego na raz się nie da robić ;)

Zamiast praktykującą gadżeciarą, wolę być praktykującą poławiaczką pereł doskonałości. We wszystkim. Ja mam czas. Mogę na nie poczekać, a niektóre wystarczy, jeśli będę mogła dotknąć, zobaczyć na własne oczy. Zachowam w pamięci.

poniedziałek, 06 lutego 2012

Jak już wspomniałam, od kilku lat jestem fanką kuchni wg 5 przemian. Głównie bazuję na przepisach z książek p. Anny Ciesielskiej, które kiedyś polecił mi bardzo ważny dla mnie człowiek. Do dziś jestem mu za to wdzięczna (i nie tylko). Kuchnia 5 przemian jest dobrodziejstwem opartym na filozofii 5 żywiołów. Nie widzę sensu doszukiwania się w tym "wiary", bo nikt rozsądny nie zaprzeczy, że gotowanie jest chemią. Jako proces. Właśnie dzięki Annie Ciesielskiej dokładnie "zobaczyłam" dlaczego to tak ważne. Dlaczego ważna jest kolejność dodawania poszczególnych składników i czas. Piękna sprawa. Dla niewtajemniczonych polecam tym bardziej, bo Anna Ciesielska łopatologicznie wręcz podaje przepisy. Są one dość rozpisane, ale dzięki temu łatwiej opanować podstawy. Gotowania jako takiego również.

Daleka jestem od bycia doskonałą kucharką, bo ja jednak potrzebuję weny :) ale jeśli gotuję to lubię opierać się na jej przepisach. Nie tylko i nie tylko wg 5 przemian, ale jednak głównie.

Na zimę oczywiście nic nie zrobi tak dobrze jak dobry, prawdziwy rosół.

Ja ugotowałam w ten weekend trochę inną wersję niż podana poniżej (bo jeszcze zawiera skrzydło indyka), ale ten polecam również. Przepis pochodzi z książki p. Anny Ciesielskiej.

"Rosół wołowo-drobiowy:
(zupa na 2 dni dla 4 osób)
legenda: g-gorzki, sł-słodki, o-ostry, sn-słony, k-kwaśny

g - 4l wrzącej wody, dodać:
g - 1/3 łyżeczki tymianku i/lub szczyptę kurkumy,
sł - 1/3 łyżeczki kminku,
sł - 1/2 kg wołowiny lub cielęciny z kością (np. gicz), gotować 1,5godz. a potem dodać:
sł - 4-5 średnich pokrojonych marchewek,
sł - dużą pietruszkę(przekrojoną wzdłuż),
o - 2 duże całe cebule lub por i kawałek selera,
o - 3 pokrojone ząbki czosnku,
o - 1/2 łyżeczki imbiru,
o - pieprz cayenne na czubku noża
sn - łyżeczkę soli do smaku
k - 1/2 kurczaka,
k - szczyptę bazylii, mały pęczek zielonej pietruszki, kilka liści selera i kopru związanych w pęczek,
Gotować ok. 1godz.
Wyjąć mięso i jarzyny, uzupełnić zupę wrzątkiem (g), dodać szczyptę majeranku (g), szczyptę kminku (sł), dopieprzyć do smaku pieprzem białym i czarnym (o). Można podawać z makaronem (najlepiej żytnim), ziemniakami, kaszą kuskus lub kaszką kukurydzianą. Jeśli chcemy aby rosół był silnie rozgrzewający - gotujemy go tylko na wołowinie, cielęcinie lub baranienie."


To oczywiste, że rosół musi się długo i porządnie wygotować. Musi być tłusty, ale tłuszczem dobrego mięsa, musi porządnie rozgrzać, dodać siły i energii. Takie minimum dla rosołu wołowo-drobiowego to 3godz. I każdy, kto uważa inaczej, albo uznaje rosół tylko na kurczaku, popiera po prostu nowoczesną kuchnię "kostek rosołowych". OK. Co kto lubi. Ja jednak podchodząc do rosołu chcę wiedzieć, że na talerzu mam prawdziwy, porządny rosół.

I tak mam w tym wypadku. Wiedziałam, że nic mnie tak nie postawi na nogi, jak miska rosołu.

Do tego zrobiłam pyszny gulasz:

"GULASZ Z INDYKA - WG 5 PRZEMIAN
[źródło: "Filozofia życia", Anna Ciesielska]

1 kg piersi indyka kroimy w gruba kostkę i zalewamy tradycyjną zalewą (przepis poniżej), w tym czasie przygotowujemy warzywa: 3 papryki (najlepiej w różnych kolorach) kroimy w paseczki 1 cm, 3 cebule w półplasterki, obieramy 5 ząbków czosnku, podduszamy na łyżce oleju 2 obrane dojrzałe pomidory, a następnie na rozgrzanym oleju podsmażamy:
sł) pokrojoną paprykę i przekładamy do rondla, w którym będziemy dusić całą potrawę
o) również do rondla dajemy cebulę z przeciśniętym przez praskę czosnkiem, mięso, dodajemy 1 łyżeczkę imbiru, 1 łyżeczkę kolendry, 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne, dosmakowujemy:
sn) solą, dodajemy
k) podduszone wcześniej pomidory i 1/2 łyżeczki bazylii
g) wlewamy do patelni, w której się dusiły pomidory, ok. 1 l wody i zagotowujemy, przelewamy do rondla z potrawą, dodajemy 1/2 łyżeczki kurkumy i dusimy min. 10 min., po czym dodajemy
sł) puszkę groszku wraz z zalewą, 1 łyżeczkę kminku mielonego i zagęszczamy mąką ziemniaczaną (rozpuszczona w odrobinie zimnej wody) oraz dosmakowujemy pieprzem.

Potrawa powinna być dość ostra. Podsumowując: potrzebny jest do niej spory rondel i jakaś głęboka patelnia. Wody daje jakieś 3/4 l, wtedy mąki ziemniaczanej 5-6 łyżeczek w pół szkl.zimnej wody. Proporcje oczywiście można dobrać wedle własnego uznania.

Zalewa
(na ok. 40 dkg mięsa do duszenia, gulaszy) - więc w tym przyp. x 2lub 3:
kopiata łyżeczka mąki ziemniaczanej, 1 łyżeczka imbiru, plaska lyżeczka vegety, 1/2 łyżeczki soli, trochę wody - jakieś 3/4 szklanki."

Podane z makaronem z mąki durum. Pycha.

Pozwalam sobie przekopiować te przepisy, ale gorąco polecam książki p. Anny Ciesielskiej. Ja się nimi posiłkuję od kilku lat i mogę powiedzieć, że od kiedy głównymi potrawami w naszej kuchni są potrawy wg 5 przemian, pozbyłam się wielu chorób układu pokarmowego z wrzodami żołądka włącznie. Dbanie o siebie, dobre i zdrowe jedzenie jest podstawą szczęścia. Tylko do tego też trzeba dojrzeć, żeby to zrozumieć. Gdy tłumaczyła mi to moja kochana, śp. babcia, bagatelizowałam to, jedząc z apetytem jej dania.

Warto to docenić jak najszybciej. A przy tym jedzenie jest po prostu doskonale doprawione, smaczne i zdrowe. Nigdy żadne półprodukty ani dania gotowe tego nie zastąpią. Owszem, sama nie raz się posiłkuję np. gotowymi pierożkami od Benedyktynów, ale to się rzadko zdarza. Naprawdę wolę zrobić coś sama, ba, niejednokrotnie mój mąż sam coś pichci, bo kuchnia 5 przemian przemówiła też do niego. Poważnie :) Bez mojego "marudzenia".

Jeśli w 1 weekend znika u mnie główka czosnku, to wiem, że się dobrze gotowało :)

PS. Obowiązkowo na te mrozy herbata imbirowa. Przygotowanie jest banalne: do gotującej się w garnuszku wody wkrajamy kilka plasterów świeżego korzenia imbiru (można dać 2-3 łyżeczki suszonego, ale to już nie to samo). Zagotować jakieś 3min. Pijemy samą lub z łyżeczką miodu. Herbatka ze świeżego korzenia imbiru ma dodatkowo cudnie lemonkowy posmak i zapach. I naprawdę nic nie rozgrzewa lepiej (no może jeszcze wspomniany kiedyś grog, czyli nasza herbata z rumem, ale po niej już np. nie wsiądziemy za kierownicę).

Herbata z imbiru jest hitem zimy.

(źródło zdjęcia - po kliknięciu na nie)

Gdy już nakarmiłam męża, siebie i naszego przyjaciela, który do nas zagościł, poszłam spokojnie spać. To był długi, leczniczy sen. Niedziela przespana, ale obudziłam się jak nowo narodzona.

 

Rozgrzewajmy się na potęgę. Oby do wiosny.

niedziela, 29 stycznia 2012

Dziś postanowiliśmy rodzinnie odświeżyć sobie film "V jak Vendetta".

 Oczywiście każdy marzy teraz o masce Fawkesa. Ja też, ale może nie o samej masce ile o gadżetach z nią. Długopisy, breloczek, kubek, mała broszka do wpięcia gdziekolwiek, pościel... Och, miałabym chętnie maskę na przedmiotach koło mnie. Symbolika. Kocham symbole.

 

 

I tak przeszło mi to przez głowę i pomyślałam od razu, jaka to ironia losu - nie znam nawet właściciela praw do wykorzystywania tej maski, ba, jeśli już bym miała kupować te gadżety, musiałyby być oryginalne, bo mam alergię na podróbki. I zaczyna się szukanie... i ad acta. A znając życie ktoś zrobi z tego złoty interes. I dobrze, ale niech to będzie autor maski... Prawdopodobnie autorem jest David Lloyd - autor rysunków komiksu, na podstawie którego powstał film, ale nie umniejszałabym też Allanowi Moorowi - autorowi scenariusza. Ale czy w ogóle ktoś to z nimi ustali? Nie wiem. Powinien na pewno, tak by wskazywała uczciwość.

Tylko jak to się będzie miało do idei o którą dziś się walczy, która stoi za tą maską? Nijak. Żyjemy w skrajnie konsumenckim świecie. Czuję się za mała, żeby się nad tym nawet dalej zastanawiać (inaczej - zastanawiałam się nad tym dość długo, ale nie doszłam do sensowych wniosków). 

V jak Vendetta, piękna scena, w której tłum w maskach wychodzi na ulicę. Piękne słowa i cytaty Fawkesa (ale nie tylko. Film naszpikowany jest świetnymi cytatami). Jak chociażby ten: "Pamiętam, jak słowa zaczynały zmieniać znaczenie. Pamiętam, jak „inni” stawał się synonimem groźnego. "

Wzniosłe, i skierowane do i dla innych. Dla ich dobra. W film wpisany jest niewyobrażalny i klasyczny romantyzm (walka z niesprawiedliwością, tyranią) i jednocześnie wpisana w tenże nieszczęśliwa miłość głównych bohaterów. Gdzieś w tle słyszę cichy chichot historii..

To co dziś widzimy wśród młodzieży, to co kotłuje się pod skorupą, w młodej krwi, opisała ciekawie Segritta. Ja to nazwałam cyberromantyzmem którego krótka definicja wg mnie byłaby prosta - prawdziwe i żywe, a przy tym skrajne emocje, które rodzą się za pośrednictwem internetu. To, czy i w jakiej formie wyjdą poza, to już zupełnie inna sprawa. W dobie internetu wszystkie emocje mogą narodzić się w cyberprzestrzeni i tak to odczuwam, bo dla mnie jest to nowe zjawisko (i znam wiele osób, dla których dalej byłoby to niemożliwe). Ja jestem starej daty romantyczką... chociaż. Na pewno potrafię to zrozumieć. 

Ta kwestia też jest trudna, bo wcześniej świat się z takim stanem jeszcze nie zmagał. Pierwszy raz młodzież chce wolności w "sieci". Pierwszy raz nie chodzi o terytoria, tylko o ziemie niczyje, które co niektórzy chcą zawładnąć, "sprecyzować", dookreślić, ale z oczywistych względów nie mogą... Tak. To jest naprawdę pierwszy raz walka o wolność w przestrzeni, w eterze, który dosłownie i w przenośni daleko jest od tej podzielonej ziemi, a jednocześnie tak bardzo jest nas wszystkich. Każdy może wejść i wziąć sobie kawałek i zrobić z nim co dusza zapragnie. Ta walka o wolność w internecie kojarzy mi się bardzo z historiami, które opowiada mój dziadek o nas, jak dzieciakach. Podobno jako knypki, ja i moi bracia, często się kłóciliśmy, walczyliśmy, biliśmy, płakaliśmy, ale jak ktoś próbował się w to wtrącać, czy nas godzić albo rozdzielać, to wszyscy stawaliśmy okoniem i nie pozwalaliśmy się wtrącać. Każdy musiał umieć sam znaleźć sobie sposób na "wolność" na tej braterskiej ziemi. I udawało się nam. Teraz patrząc na internautów widzę właśnie silną analogię: oni między sobą mogą się zgadzać, nie zgadzać, popierać, wyśmiewać, pochlebiać, wspierać, wzgardzać,  kochać mogą wszystko... ale nikt nie ma prawa  narzucać im z zewnątrz, co i jak mają robić. Jeśli ktoś nie spędził trochę czas w internecie, nie poznał lepiej bądź gorzej tworzących się społeczności, grup, naturalnego doboru liderów, przywódców, kozłów ofiarnych, autorytetów, jeśli ktoś się temu nigdy nie przyjrzał od środka... to tego nie zrozumie, dlatego nie dziwię się, że ta młodzież tak bardzo walczy o ten swój świat. I bardzo dobrze. To jak nowy kanał przepływu myśli. Ja się urodziłam jakieś 10 lat za późno, żeby to tak czuć, bo spokojnie mogę żyć bez internetu, ale jednak, jak mogę, wolę żyć "z" (chociażby w telefonie) i to też o czymś dla mnie świadczy.

Swoją drogą, jest dla mnie socjologicznie ciekawe odcinanie "internautów". Byłam przekonana, że internautą jest każdy, kto korzysta z możliwości jakie daje internet. Od poczty począwszy, po aktualizację gps w telefonie. Nie trzeba przecież surfować po sieci, żeby być internautą, ale co ciekawsze, przecież każdy kto się w mediach wypowiada o "internautach" korzysta z internetu. Dlatego lekko się uśmiecham słysząc w telewizji wypowiedzi o "internautach". Ludzie, którzy używają tego słowa jako synonimu "inni" też nimi są... Wszyscy jesteśmy. W tym jednym nie ma podziałów. Masz internet, korzystasz z niego w jakikolwiek sposób? Jesteś internautą. Koniec kropka.

Czy jednak we wszystkich siedzi potrzeba zmiany, romantyczne porywy, chęć walki o słuszne idee i sprawy? Zapewne nie. 

Przy okazji - jestem jedną z fanek Natalie Portman. Jest ona dla mnie jedną z najlepszych aktorek młodego pokolenia. Podwójnie cenię ją i szanuję za dobór ról. Potrafi być taka, jaka powinna być aktorka, ale też każda kobieta - zmienna. Za każdym razem idealnie dopasowana do roli.

Film wzrusza. Codzienność też potrafi budzić wiele emocji, ale najważniejsze pozostanie.. co z nich w nas zostaje, jak je zapamiętamy i do czego nas zainspirują, zmotywują, pchną.

I na koniec, puszczając oko, słowa V "Rewolucja bez tańca jest niewarta zachodu.". 

wtorek, 24 stycznia 2012

Śniadanie. Kiedyś, dawno temu, zanim zaczęłam żyć slow, śniadanie było jedną z większych strat czasu. No kto by rano coś robił? Kawa, papieros, ew. jakiś banan w biegu i potem dopiero "coś" w ciągu dnia.

M-a-s-a-k-r-a.

Od jakiegoś roku nie wyobrażam sobie dnia bez śniadania. Mogę nie zjeść każdego innego posiłku (czego też staram się nie praktykować), ale śniadanie musi być.

http://www.cbsnews.com/i/tim/2011/01/17/breakfast-000014036366XSmal_620x350.jpg

źródło zdjęcia TU

Wiadomo. Podstawa to jajecznica bądź jajka we wszelkich formach. Jednak od kiedy mój mąż jest na diecie ustalonej przez jego trenera (dobra, jest na tej diecie z przymrużeniem oka, ale i tak wiele pozycji udało się przemycić, bo są pożywne i przy tym smaczne). Więc... jedną z takich pozycji jest:

omlet = płatki owsiane + banan + jajka.

Wiem jak to brzmi. Wiem jak to wygląda. ALE WIEM TEŻ, JAK SMAKUJE. I jest absolutnie rewelacyjnie przepyszne. Mój mąż jest mistrzem śniadań, bo ja rano niezmiennie jestem nieprzytomna i rozpieszcza mnie tym wyrafinowanym daniem ;)

Przepis? Proszę: zalewamy płatki owsiane (najlepiej górskie, a już na pewno żadnych błyskawicznych) wrzątkiem, na jakieś 10min (ilość - no "na oko", czyli ile zjemy). Po tym czasie dodajemy 2-3 jajka. Mieszamy. Wkrajamy banana. Mieszamy. I myk na patelnię (najlepszy jest oczywiście olej kokosowy). I potem na drugą stronę. 

Voilà.

To jest przepis bardzo słodki. Nie każdy lubi z rana na słodko, ja jednak kocham. 

Jak mąż wyjeżdża, to oczywiście robię to sobie sama, ale no wiadomo, to już nie ten smak ;)

I po takim śniadaniu naprawdę lepiej się myśli, funkcjonuje, działa. Po prostu chce się żyć, że och.

Ale właśnie dziś też trafiłam na kilka innych ciekawych przepisów na portalu dla sportowców. TU. Na pewno je wypróbuję.

Naprawdę, wprowadzenie nawyku zjadania śniadania powoduje, że jeśli muszę wyjść bez śniadania, to jestem wręcz nieszczęśliwa. Bardzo, bardzo rzadko do tego dopuszczam. Śniadanie to podstawa mojego dobrego samopoczucia. Zjadane bez pośpiechu, z możliwością delektowania się (tak, mówię o śniadaniu). Potem jeszcze pyszna kawa... i już naprawdę zupełnie inaczej układa się dzień.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18