O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
wtorek, 10 maja 2011

Jedną z głównych idei slow life jest hasło "mniej znaczy więcej". Co to znaczy? Znaczy to tyle, że bierzemy z życia wszystko co najważniejsze dla nas, a nie "co los przyniesie". Nie szarpiemy się sami ze sobą próbując złapać wiele srok za ogon, dokonujemy świadomych wyborów. Idea slow life ma na celu, najkrócej mówiąc, nauczyć nas żyć zgodnie z naszymi marzeniami, możliwościami i przede wszystkich bez frustracji.

Komu nie zdarza się mieć wrażenia czasu przelatującego przez palce? Kto nie jest w stanie wymienić, co robił w ciągu dnia, albo wczoraj? Kto nie wie co jadł na śniadanie i JAK to smakowało? Kto nie pamięta dokładnie o czym rozmawiał wczoraj z przyjaciółką? O czym myślał przed zaśnięciem? Co poczuł po przebudzeniu? Jaka dziś była pogoda? Gdy się przyjrzeć mechaniczności naszego życia, powierzchowności, to się można przestraszyć :)

Żyje się za bardzo od-do i z potwornymi przeskokami, licząc na to, że to się samo zmieni. Praca, dom, jakieś zajęcia, wszystko dzieje się jak w zaprogramowanej grze, ale często mimo wszystko w niedoczasie. Przelatujące dni oparte o rozmowy na temat zakupów, planów, kredytów, kafelek, projektu domu, rozmowie z doradcą podatkowym, naprawa samochodu, wybór przedszkola dla dziecka, miejsce spędzenia wakacji, praca, praca, praca, może czasami odrobina rozrywki. Spotkania towarzyskie oparte o rozmowy o interesach, cenie paliwa, zmianach w branży i u wspólnych znajomych. Czasami się zastanawiam, skąd w ludziach tyle frustracji dopiero slow life to tłumaczy (nie całkowicie, ale w dużej mierze). Ludzie często nie znoszą swojego życia. Zapychają je sprawami do załatwienia. Błogosławione "nie mam czasu", "kiedy ja to załatwię". Życie to ciągłe załatwianie. Aż człowiek padał wykończony do łóżka i równie zmęczony się budzi. Ale to można zmienić.

...

 

Parę lat temu powiedziałam sama sobie "zwolnij". Powiedział mi to organizm na wiele sposobów, w tym przez mięśnie spięte od stresu i niekończące się pasmo chorób, które jak się okazuje są często po prostu sygnałem, że już dawno przekroczyliśmy granice własnych możliwości. Życie w pośpiechu, byle jakie jedzenie, brak czasu dla siebie i swojego organizmu. Poszarpany czas, milionem spraw.

Zwolnij. Człowieku wyluzuj. Co z tego masz? Dla siebie? Nie jeden powie "Satysfakcję. Realizacja celów jest ważna i daje zadowolenie". Jasne. Tylko co to za cele? Co z tego masz dla siebie? SIEBIE. Nie materialnie. Nie dla wszystkich innych. Nie dla ego. Dla siebie. Dlaczego skoro daje Ci to satysfakcję, to ciągle lecisz do przodu podpierając się brodą? Połóż się. Odpocznij. Nie masz czasu? Jasne. Trzeba jeszcze tyle zrobić. Załatwić. Dziś te słowo kojarzy mi się często z załatwieniem, samej siebie. Gdy realizuję resztkami sił, bez cienia ochoty kolejną rzecz.

Czy przestało mi na czymkolwiek zależeć? Czy przestałam mieć plany? Marzenia? Ambicje? Czy to emocjonalna emerytura?

Absolutnie nie. Po prostu uczę się bardzo, bardzo świadomie dokonywać wyborów, co i kiedy robię. I pytam samą siebie często, co się stanie jak tego nie zrobię, a zamiast tego wybiorę coś innego? Często  okazuje się, że zmiana była dobrą decyzją. Przekonałam się niejednokrotnie, że rzeczy, sprawy, lubią się same załatwiać. Trzeba dać im szansę :) Perfekcjonizm? Wcale się nie wyklucza z ideą slow life. Ba, staje się jeszcze bardziej precyzyjny, bo możemy więcej czasu i dokładniej poświęcić jednej sprawie.

 

Slow life, oznacza też "tu i teraz". Bardzo, ale to bardzo cenię sobie tę zasadę i przyznaję, że z nią miewam najwięcej problemów. Ciężko jest się wybić z myślenia o tym co będzie za chwilę, jutro, potem, co było wcześniej. Oczywiście ta filozofia nie jest nowością. W ogóle nic w slow life nie jest tak naprawdę nowością, ale jest to za to doskonała kompilacja tego co najlepsze w różnych stylach. Slow life nic nie wyklucza. Pomaga wszystko uporządkować dodając temu jeszcze fajną filozofię. I to co w nim cenię, to też właśnie celebrowanie chwili, co mi bardzo pasuje, bo od dawien dawna np. wolno (w porównaniu z innymi) jem. Nie potrafię już łykać nieprzegryzionego jedzenia. Doskonale wyczuwam smaki, co ma swoje plusy i minusy, ale np. bardzo wielu dań nie zjem, bo po prostu stają mi na języku zabijając kubki smakowe. Od dawien dawna tak mam, ale od kiedy jem wolno, to potrafię sama sobie powiedzieć jak co smakuje. Największym plusem tego jest np. moja miłość do gotowania, która narodziła się dopiero, gdy zmieniłam sposób jedzenia. Gdy zaczęłam przykładać uwagę do tego, co jem. Pokochałam gotowanie, pokochałam czuć smak (a nie przełykać w pośpiechu). Pokochałam alchemię gotowania. Polubiłam prace domowe. Przestałam myśleć, że to stracony czas. Zrozumiałam, że nic nie sprawia mi takiej przyjemności w codzienności, jak spędzanie czasu w domu, który jest domem. Zadbanym, zamieszkanym, w którym czuje się fajną energię. I nie chodzi też o przesiadywanie całego czasu w domu, ale o to, że gdy już w nim jesteśmy, aby było nam naprawdę dobrze. Żeby się do niego chętnie wracało.

Młodość często to ignoruje. Zaniedbuje, uważając za nieważne. Wiem, bo też taka byłam. Z czasem, ze slow life, zrozumiałam, jak błędne jest to podejście. Bo to właśnie z domu wynosi się to co najlepsze. Z samodzielnie stworzonego tak samo, jak z tego rodzinnego. To jak żyjemy w swoich czterech ścianach przekłada się na wszystko inne. Slow life jest filozofią pozytywnie i zrównoważenie mądrego życia. Jeśli miałabym czegokolwiek żałować z okresu młodości, to jedynie braku tej świadomości. Bardzo młodo sama zdecydowałam o samodzielnym życiu i zamieszkałam sama (pomijając kwestie związków czy małżeństwa), ale gdybym mogła zacząć jeszcze raz, to chciałabym zdecydowanie mieć tę wiedzę, którą mam dziś. Nic to. Wszystko dalej jest przede mną ;)

 http://excluzive.pl/it/rower-to-jest-swiat/12065

Wiele osób widzi slow life jako filozofię nudną. Pozbawioną życia, działania, werwy. A nawet jeśli już się nad nią pochylą, to często przytakną, pokiwają głową i biegną dalej, bo nie mają czasu na zwolnienie.

Błąd. Albo raczej: ich wybór ;)

Można wszystko naprawdę doskonale połączyć. Slow life nie polega na zamianie we flegmatycznego niedojdę :) Właśnie potęguje potrzebę działania, tylko otwiera na nie inne możliwości. Slow life jest tym bardziej dla ludzi, którym się chce. Przede wszystkim mieć więcej radości, satysfakcji z życia. Z frustracją i niespełnieniem można dać sobie radę w najprzyjemniejszy sposób: po prostu nauczyć się brać z życia, to co najlepsze dla nas. Świat też na tym skorzysta. 

 



środa, 04 maja 2011

Lubię fazowość dnia. Powolne wybudzenie. Spokój śniadania. Przygotowania do dnia. Potem czas na robienie 4 rzeczy na raz, dziesiątki kontaktów, telefonów, rozmów. W między czasie przerwy na herbatę. Chwila na internet, fb, wiadomości, moment na plotki, żarty. Wrzucenie się całą "głową" w zadania. I potem znowu wyhamowanie. Dobrze jest wiedzieć, jakie się ma alternatywy. Dobrze jest wiedzieć kiedy z czego i na jak długo zrezygnować. A z czego w żadnym wypadku.

Sport. Ruch. Ważny element dnia. Chociaż 10-20min. Niech to będzie bieg, niech to będzie chociaż steper, albo najlepiej rower. Albo chwila jogi. Świadome rozruszanie ciała. Rozluźnienie spiętych mięśni. Dotlenienie. Czas dla siebie.

Żyję bez zegarka na ręku. Od lat. Nie traktuję telefonu jak smyczy. Żadnego urządzenia. To mój wybór. I mimo początkowych obaw, jak przy wielu zmianach, okazuje się, że doskonale da się z tym żyć. Wszystkie urządzenia są dla mnie. Nie ja dla nich. Im bardziej w to wierzę, tym bardziej się to sprawdza. I świat się od tego nie wali.

Wypracowanie sobie swojego własnego rytmu.

Co ciekawe, wiele materiałów od zarządzania czasem zaleca rozpisanie dni, tygodni, miesięcy. Co do godziny. Dokłady plan dnia. W godzinach od-do. To jest fajne, bez planowania wiele się nie osiągnie, ale rozpisywanie sobie tak życia jest prostą drogą do frustracji (jedną z wielu). Oczywiście, że wiele spraw kręci się w pewnych ramach czasowych, ale zapychanie kalendarza od chwili gdy otwieramy oczy, do momentu gdy je zamykamy jest jakimś koszmarem. To prawie jak samotresura.

Nie ma czegoś takiego jak stały rytm. Wiele zależy od dnia, nastroju, samopoczucia, pogody, wielu okoliczności niezależnych od nas. Slow life pozwala elastycznie i bezboleśnie dostosowywać się do możliwości. Bez bólu i dramatyzmu konieczności wprowadzenia korekty. Planowanie dnia zostawia duże widełki czasu niezaplanowanego, który sami decydujemy czy wykorzystamy kreatywnie czy na czysty i niesplamiony produktywnością relaks.

Slow life pozwala znajdować złoty środek pomiędzy planowaniem a zupełnym luzem i swobodą.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Od początku.

Banałem będzie napisanie, że żyjemy w czasach pędu, gonienia, niedoboru czasu, ciągłego napięcia, ADHD, poczuciu gonienia własnego ogona.

I teraz mniej banalnie: kwestia podejścia. Można bowiem podejść do sprawy na dwa sposoby.

1. Tak jest, ma być i będzie. Tak jest dobrze. Wszyscy w moim otoczeniu tak żyją i mi to też pasuje. Ja chcę nie mieć na nic czasu (lubię te zdanie, lubię poczucie niedoczasu).

I OK. W takim razie nie ma co zawracać sobie głowy slow life. Chociaż, chociaż ;)

2. Wiem, że tak jest, ale chcę to zmienić. Nie chcę ciągle czuć "niedoczasu" i oddechu niezałatwionych spraw na karku.

(czyli myśl, która przyszła mi do głowy jakiś czas temu, a którą zainspirował jakiś materiał. Niestety nie pamiętam gdzie, dlatego powstaje ten blog. Tu chcę magazynować źródła, które uważam za przydatne). Żeby to zmienić, trzeba najpierw tego chcieć.

To zupełny punkt 1.

Następnym jest znalezienie chwili na popatrzenie na swoje życie z boku. Rozpunktowanie go. Rozpisanie sobie (w głowie lub jeszcze lepiej na papierze) wszystkiego na co poświęcamy czas. I kiedy. W jaki sposób. To ważne.

Tylko w ten sposób możemy popatrzeć na wszystko z dystansu i OCENIĆ jakość wykonywanych czynności, ważność rzeczy, w które się angażujemy, celowość i nasze zaangażowanie (czy robimy coś bo chcemy, czy dajemy sobą manipulować, czy dajemy się wykorzystywać).

Wiem, że ten element jest wbrew pozorom trudny, ponieważ najtrudniej jest go w ogóle zrobić. Przecież my nie tracimy czasu, więc po co go rozpisywać ;) Tak. Jest to konieczne. I ważne - musi obejmować trochę dłuższy okres czasu. Tydzień, miesiąc. Dobrze, żeby zastosować to też wobec czasu pracy. Uwzględniając wszystkie przerywniki, wyjścia na papierosa, prywatny telefon, wejście do netu, wejście do sklepu, czytanie gazety, gazetki reklamowej, obejrzenie reklam. Każdą przerwę, każdą czynność. Chodzi o samoocenę. Tej listy nikt nie musi widzieć. Robimy ją dla siebie. Jest ona punktem wyjścia dla dalszych decyzji.

cdn...

sobota, 23 kwietnia 2011

"Moda na Slow Food i Slow Life


W dzisiejszych czasach ciągle dokądś pędzimy, zbyt dużo pracujemy, zapominamy o odpoczynku, jemy byle jak nie dbając o jakość pożywienia. Powszechnie obowiązuje zasada: „zrób to szybciej!”, nie chcąc więc wypaść z obiegu narzucamy sobie zawrotne tempo życia. W opozycji do tego pędu stanęły dwie idee Slow Food i Slow Life. Czym one są?





Idea Slow Food

Wszystko rozpoczęło się we Włoszech, w 1986 roku od protestu architekta Carlo Petriniego. Ten znawca włoskiej tradycji, kultury i kuchni, z charakterystyczną dla Włochów charyzmą sprzeciwił się uruchomieniu restauracji McDonald w bezpośrednim sąsiedztwie Hiszpańskich Schodów w Rzymie. Założył on organizację non – profit „Slow Food” (z ang. „slow” oznacza powoli, natomiast „food” jedzenie), która od początku zajęła się szeroko rozumianą ochroną, a także wspieraniem niewielkich regionalnych producentów żywności - szczególnie żywności produkowanej w sposób niespotykany w innych miejscach na świecie, tradycyjnej, zdrowej a przez to oryginalnej, ale także niestety zagrożonej zniknięciem w wyniku coraz bardziej natarczywej ekspansji tego, co na całym świecie znane jest jako fast food (z ang. „fast” oznacza szybko).

Organizacja ta w stworzonym przez siebie manifeście określiła swój cel jako: „ochrona prawa do smaku”. Jednocześnie lansuje nowy sposób bycia i jedzenia, który polega na „odkrywaniu smaków zamiast biernego ich przyjmowania”.

Wariackie tempo życia odwraca naszą uwagę od szczegółów, detali, które stanowią o prawdziwym smaku życia i jedzenia. Doszło do tego, iż ludzie zapomnieli o jednej z podstawowych wartości egzystencji, jaką jest zmysłowa przyjemność. Czyli przyjemność jaka wypływa z chwili odpoczynku, spokoju, jaką daje czas spędzony wśród rodziny oraz przyjaciół a także przyjemność ze smakowania pysznego, zdrowego jedzenia. Slow Food zakłada więc spożywanie posiłków bez pośpiechu, w spokoju i skupieniu. Podczas jedzenia należy się delektować zapachem, smakiem i ładnym wyglądem potraw.

Slow Food pragnie chronić od zapomnienia wszystkie codziennie bezpowrotnie znikające z biosfery, setki gatunków roślin i zwierząt, a także elementy światowej kultury (kuchnia regionalna). W tym celu została stworzona inicjatywa nazwana „Arką Smaku” („The Ark of Taste”).

Żywność w stylu slow food jest nisko przetworzona, wytworzona metodami tradycyjnymi z całkowitym wykluczeniem zaawansowanych technologii produkcji żywności. Nie stosuje się sztucznych dodatków, aromatów, barwników, konserwantów, polepszaczy smaku i zapachu. Przemysł spożywczy zgodny z ta ideą nie dopuszcza miksowania, ścierania, smażenia, działania wysokim ciśnieniem, natomiast pochwala tradycyjne wędzenie, duszenie, marynowanie, dojrzewanie, wyciskanie. Zwolennicy slow food podkreślają, że wytworzona w ten sposób żywność ma nie tylko unikatowy smak i zapach, ale również więcej wartości odżywczych oraz zachowane substancje biologicznie czynne, chroniące przed chorobami i wzmacniające siły obronne organizmu.

Symbolem ruchu Slow Food jest ślimak. Zwierzę z natury powolne w związku z czym całkowicie niepasujące do współczesnego świata. Ślimak to rodzaj symbolu, wyrażającego sprzeciw wobec prędkości, która stała się dla wielu ludzi obsesją.

Slow Food w Polsce

Slow Food zaprezentował się w Polsce 4 grudnia 2002 roku. Dlaczego tak późno? Najprawdopodobniej z powodu polskiej mentalności - chętnie czerpiącej z Zachodu i zapominającej o tym, co tu na miejscu jest wartościowe. Jednak już pierwszy projekt, noszący nazwę „Oscypek”, przyniósł pierwszy sukces. Projekt ten polegał na wprowadzeniu takich regulacji prawnych, które umożliwiłyby legalną sprzedaż oscypka (tradycyjnego, polskiego sera produkowanego na Podhalu) oraz jego promocję nie tylko w Polsce ale i na całym świecie.

Lista polskich produktów typu slow food cały czas się rozszerza, znajduje się na niej m.in.: żur staropolski, ciasteczka owsiane, florentynki, baby drożdżowe, chleb razowy i bułki kukiełki wypiekane w starym piecu opalanym drewnem, kiełbasa lisiecka, żywe niepasteryzowane piwo.

Slow Life

Kontynuacją Slow Food jest idea Slow Life. W 1999 roku Norweg Geir Berthelsen powołał do życia - The World Institute of Slowness, czyli Światowy Instytut Powolności. Jego hasłem stało się Slow Planet, które przeciwstawiało się powszechnej globalizacji i uniformizacji życia.

Współczesna kultura narzuca nam zadaniowy styl życia. Ludzie skupiają się na co raz wyższym podnoszeniu sobie porzeczki, wspinaniu się po drabinie awansu społecznego, gromadzeniu dóbr materialnych, jednocześnie zapominając o tym co tak naprawdę ubogaca ludzkie życie. Jeden ze znawców Slow Life powiedział: „Jedyną pewną rzeczą jest to, że wszystko się zmienia. Tempo zmian wzrasta. Jeśli nie chcesz wypaść z obiegu, lepiej przyspiesz – takie przesłanie niesie współczesny świat. Tymczasem warto pamiętać, ze nasze podstawowe potrzeby nigdy się nie zmienią. Potrzeba bycia zauważonym i docenionym. Potrzeba przynależenia do grupy, bliskości, opieki czy wreszcie odrobiny miłości! Wszystkie te potrzeby możemy realizować jedynie w niespiesznej relacji z drugim człowiekiem. Przeciwstawiając się globalnym zmianom, musimy na nowo odkryć spokój, refleksję i jedność. W ten sposób odnowimy nasze życie”.

W Slow Life nie chodzi jedynie o wolniejsze tempo życia, bowiem nie każdy jest stworzony do zaprzestania aktywnego tempa życia, spełniania się w intensywnej pracy zawodowej, niektórym bardzo taki styl odpowiada. Jeśli więc dana osoba świetnie czuje się w roli menedżera, który pracuje ponad 12 godzin dziennie a oprócz tego ma mnóstwo dodatkowych zajęć, to jest to ok, ale tylko wówczas jeśli w swoim życiu potrafi odpoczywać (nie traktuje urlopów jak konkretne zadanie, nie czuje że weekend to zło konieczne) i nie stracił kontaktu i głębokich, intensywnych relacji ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Ważne jest zatem by wszystkie wybory podejmować świadomie, by odnaleźć równowagę pomiędzy karierą, budowaniem relacji interpersonalnych, rozrywką a własną duchowością.

5 przykazań Slow Life:

1. Zwolnij - w ciągłym pędzie nie dostrzeżesz otaczającego cię piękna.
2. Pielęgnuj relacje z drugim człowiekiem – nie te płytkie, narzucone przez konwenans, lecz głębokie relacje z najbliższymi tobie ludźmi.
3. Postaw na duchowość – wzbogacaj swoje życie, kontempluj przyrodę i sztukę, celebruj posiłki, poświeć czas na swoje hobby.
4. Naucz się żyć świadomie – nie pozwól by stereotypy i przymus ciągłego podnoszenia poprzeczki przesłoniły to, co dla ciebie najcenniejsze.
5. Określ swoje priorytety – zastanów się, co jest w twoim życiu najważniejsze i skup na tym swoją energię."

 Całość tekstu pochodzi ze strony TEJ.

Pozwoliłam sobie na jej przekopiowanie, bo sama bym tak ładnie tego wszystkiego nie zdefiniowała. Mam nadzieję, że autor nie będzie miał mi tego za złe.

 

WADEMECUM ZAKUPU WĘDLIN, KIEŁBAS, PASZTETÓW

  • Wybierając wędlinę przede wszystkim kieruję się składem i o ile to możliwe pochodzeniem (nie mylić z "marką"). Oczywiście cena jest też ważna, ale decydujący powinien być skład, ponieważ wychodzę z założenia, że kupując wędlinę w której mam ok. 47% mięsa przepłacam i do tego kupuję coś niewartościowego, napompowanego wodą, składnikami chemicznymi i konserwantami, co widać doskonale po składzie właśnie. Wolę więc kupić wyrób, w którym jest przynajmniej 80% mięsa. Chociaż optymalnie jest dostać taką wędlinę lub kiełbasę, gdzie mamy po prostu mięso i przyprawy, czyli ok 95% mięsa.
  • Przeliczając wartość bardzo często można dostać wędliny doskonałe jakościowo w dobrej cenie, a nawet niejednokrotnie lepszej niż wędliny markowe. Już sam argument, że w składzie wędliny/kiełbasy mięsa jest 50% powinien przemawiać do wyobraźni, a głównie świadomości.
  • Ważną sprawą jest też ilość kupowanych wędlin. Wiele osób zwraca uwagę na cenę/kg. Wg mnie niepotrzebnie. Na dobrą sprawę warto zwrócić uwagę ile tej wędliny faktycznie się zjada. Kilka plaskerków na śniadanie? Potem może na kolację? Zależy oczywiście od ilości osób w rodzinie, ale patrząc od tej strony wiem z doświadczenia, że lepiej kupić po kilka plasterków różnych wędlin, ale dobrych, co wystarczy na kilka dni, niż pół kilo wędliny byle jakiej. Kupując wędliny na plasterki mamy nie dość, że dobrą jakość to jeszcze różnorodny smak. Ponieważ wędliny to nie tylko szynka (na wiele sposobów), ale też mięsa faszerowane, pasztety. Kto chociaż raz widział jak powstaje prawdziwy pasztet mięsny to z bólem sięgnie po coś, co ma w składzie 12% mięsa.
  • Czasami decyduję się na wędliny paczkowane, ale traktuję to jako wyjście awaryjne. Niby nie ma różnicy, ponieważ wędlina krojona w sklepie też jest dostarczana w opakowaniu i dopiero krojona wg życzenia, ale jednak ten smak folii jest wyczuwalny. Trochę pomaga wyjęcie wędliny z opakowania i przechowywanie jej w pojemniku. Jeśli jednak mam wybór, to wybieram zawsze zakup wędliny na wagę. I po kilka plastrów różnych rodzajów.
  • Oczywiście najlepsze są wędliny jak najmniej przetworzone i przetwarzane naturalnymi metodami. Osobiście zawsze kieruję się składem, producentów którym można zaufać w dużym stopniu znajdziemy TU. (chociaż też nie dawajmy się nabierać na wszystkie chwyty pt "naturalne metody", "wielowiekowe receptury". To często są też półprawdy. Oczywiście najlepiej mieć sprawdzone źródło, od jakiegoś gospodarza, ale nie każdy ma dość determinacji, żeby takich szukać. Więc metodą mniejszego zła będzie właśnie szukanie producentów uczciwych (podchodzimy z ograniczonym zaufaniem, ale nie popadajmy w paranoję).
  • Jak można się domyśleć jestem zwolenniczką produktów regionalnych, jak najmniej przetwarzanych chemicznie. Są firmy, które swoją marką gawarantują doskonałą jakość. Warto ich śledzić. Polecam w ciemno produkty z małych sklepików, często przy restauracjach, gdzie są stoiska z przetworami (zwane jako wiejskie jadło, swojskie jadło). I to nie tylko z produktami mięsnymi. Wiele razy kupowałam w takich miejscach i wędliny czy kiełbasy były wyśmienite. Nawet jeśli czasami (ze względu na rodzaj) były tłuste. Paniczny strach przed tłuszczami jest jak dla mnie tak samo niezdrowy jak jego nadużywanie. Czasami takie sklepiki są np. przy dużych halach typu Selgros czy Makro, albo nawet w sklepie osiedlowym właściel sam znajduje dobrego dostawcę. Warto podpytać i warto poszukać na własną rękę.
  • Jestem przekonana, że pogląd, iż te produkty są drogie jest wyolbrzymiony. W końcowym rozrachunku, ilość zalet jest nieprzeliczalna na cenę i może po prostu lepiej zjeść trochę mniej, albo rzadziej ale czegoś wartościowego. Przede wszystkim dla naszego zdrowia.

Owszem, jest różnica w wędlinie za 80-90zł/kg (chociaż w tej grupie są głównie mięsa długodojrzewające i trzeba być ich koneserem) jak i w tej za 40zł/kg oraz tych za 18-20zł/kg ponieważ sam koszt surowego mięsa jest często wyższy. Należy pamiętać, że w przypadku tych ostatnich ciężko nazwać wyrób ten wędliną/kiełbasą. Wystarczy najpierw przeczytać skład. A jeśli sprzedawca go nie ujawnia, to należy zmienić sprzedawcę. Nawet kupując bezpośrednio u masarza może on nam powiedzieć co jest zawarte w danym produkcie i jeśli nie używa chemii, to będzie się tym szczycił. Jednak niech nic nie zagłusza nam zdrowego rozsądku i jeśli coś wygląda dla nas podejrzanie, to prawdopodobnie mamy rację i po prostu tego nie kupujmy. Nie można dać się zwariować w żadną stronę.

Warto też śledzić doniesienia UOKiK, który wykonując badania lub reagując na zgłoszenia konsumentów uprzedza o występowaniu niezgodności. Tak, wiem, to bywa czasochłonne, ale chyba powinniśmy znajdować czas na pozyskiwanie informacji, o produktach, które mogą być dla nas szkodliwe. Krytyczne podejście może nam wyjść tylko na zdrowie a też chociaż czasami pozwala oddzielać uczciwych producentów od naciągaczy.

ŚCIĄGA

Co powinno zwracać uwagę przy zakupie wędlin?

  • Skład czyli % mięsa, jakość i rodzaj dodatków.
  • Wybieramy te, które mają skład jak najbliższy 100% mięsa, przyprawy i jak najmniej konserwantów. Unikajmy tych z dużą ilością składników z listy E.
  • Unikamy produktów, które mają w nazwie "produkt wysokowydajny - jest to mięso po prostu wysokoprzetworzone, naszprycowane dodatkami i wodą zwiększającą jego pojemność.
  • Unikajmy kiełbas, wędlin, parówek, do wytworzenia których wykorzystano MOM - mięso oddzielone mechanicznie. Pod tym skrótem zawarte jest wszystko, czego nigdy nie zjedlibyśmy świadomie (skórki, pazury, dzioby, chrząstki).
  • Prawdziwa wędlina nie ma jednolitej struktury (jak wyprasowanej żelazkiem), powinny być widoczne drobne żyłki i tłuszcz.
  • Kolor nie powinien być jednolity, miejscami wędlina powinna być lekko ciemniejsza, miejscami jaśniejsza, struktura mięsa musi być widoczna.
  • Nie bierzmy wędliny w której widoczne są drobne nakłucia, to dowód nastrzykiwania mięsa.
  • Prosząc o plasterki lepiej nie brać tych już skrojonych. Wiele razy się nacięłam na ich świeżość i musiałam wyrzucić szynkę następnego dnia. Nic się nie stanie, jak się  poprosi o skrojenie świeżych plastrów.
  • Pokrojone wędliny trzymamy max. 2-3 dni, dlatego polecam zakup małych ilości i po prostu zjadanie ich w tym czasie.

Nie żyjemy w czasach trudnodostępności produktów i jeśli nawet mamy ulubione rodzaje, które są np. ciężkodostępne, albo rzadko możemy je kupić (np. są w sklepie oddalony bardzo od miejsca zamieszkania) to i tak unikajmy zachłanności. Wg wielu badań Polacy wyrzucają mnóstwo jedzenia, którego nie zjadają. Czasy wojny i niedostatków minęły, więc możemy naprawdę zaplanować zakupy, poznać nasze potrzeby (nawet zachciewanki) i kupować tyle ile potrzebujemy. Wyjdzie to na zdrowie i ciału i kieszeni.

Dodatkowo polecam artykuł zamieszczony przez Newsweek. Autorzy dość skrupulatnie zbadali temat mitów na temat produktów. Jako konsumenci jesteśmy sami sobie winni odpowiedzialność za to co jemy i nie możemy bezrefleksyjnie dawać się nabierać, gdy możemy temu zwyczajnie zapobiegać.

piątek, 22 kwietnia 2011

Od wielu, wielu lat słyszymy, że życie powinno być szybkie, intensywne, wyciskane do ostatniej sekundy. Powinniśmy maksymalnie wykorzystywać czas. Samodyscyplina, doskonała organizacja, bycie w 40 miejscach na raz, załatwianie dziesiątek spraw jednocześnie. Ludzie, miejsca, wydarzenia. Dużo, dużo, więcej.

Slow life mówi "zatrzymaj się".

Pokochałam tę filozofię, gdy pierwszy raz o niej przeczytałam. Postanowiłam wprowadzić ją w życie. Po ponad roku wprowadzania jej wiem, że mogę ją propagować. Z czystym sumieniem. Ponieważ okazuje się, że można wszystko połączyć, bez samowykańczania się.

Trzeba tylko zwolnić i się temu lepiej przyjrzeć, a potem zrozumieć, jak doskonale poprawia to jakość życia. Filozofia ta łączy wiele technik stosowanych w biznesie: zarządzanie czasem, ustalanie priorytetów/celów, samoorganizacji i organizacji własnego życia. Po to żeby nam się żyło lepiej i naszym bliskim z nami.

Zapewniam, że wszyscy mamy na co dzień mnóstwo zadań, celów, spraw, tematów, które wymagają załatwienia. I to zupełnie nie przeszkadza w znajdowaniu czasu na to, co równie ważne: na równowagę. Slow life uczy m.in. jak selekcjonować i segregować sprawy, jak je ustawiać w priorytecie, z czego zupełnie zrezygnować, a czemu poświęcić więcej czasu.

źródło zdjęcia: TU

Jest to doskonała filozofia dla perfekcjonistów, którzy myślą, że jak z czegoś zrezygnują, odpuszczą, to zawali się świat, ale również jest to filozofia dla ludzi, którzy nie mogą się dobrze zorganizować. Slow life znaczy w największym skrócie "mniej znaczy więcej". Na pewno więcej zadowolenia z siebie i własnego życia.

Piszę o tym tu, żeby nie zapominać. To swego rodzaju notatnik kobiety żyjącej coraz skuteczniej wg filozofii slow life. Porządkuję myśli, wiedzę, doświadczenia, uwagi na marginesach i łapię oddech nad filiżanką herbaty czy kubkiem kawy. Koniecznie z imbirem ;)

Slow life to spokój, ale przede wszystkim, na absolutnym początku CIEKAWOŚĆ świata. A to mi udowodniło jedynie, że byłam wyznawczynią slow life całe życie. Tylko kiedyś miałam na to mniej czasu :)

Tagi: slow life
16:30, l.marzena , slow life
Link Komentarze (2) »
1 ... 16 , 17 , 18