O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
wtorek, 13 marca 2012

Kominek idealnie wpasował się w moją opinię. TU jego notka.

Świetnie. Też sobie chciałam o niej popisać, ale bardziej w kontekście, że można się doskonale ubrać za małe pieniądze, bo Kasia ma świetny styl bez wydawania na to tysięcy złotych. Pokazuje, że jak się chce, to można. No ale nic. W każdym razie jeszcze jedno, zamykam uszy i oczy na krytykę Kasi T. Na krytykę każdego, kto ma czelność czuć się szczęśliwym i decydowanie, czy ma prawo, albo pewnie, że jest, bo ma to czy tamto. Jakoś ludzie nie mogą zrozumieć, że szczęśliwymi powinniśmy być po prostu.

Ktoś powie, że miliardy ludzi na świecie cierpią, są biedne, chore i pokrzywdzone. To teraz paradoksalnie: oni też są często szczęśliwi, bo po prostu są, bo potrafią i dopóki ktoś im nie powie, że nie powinni, to sobie będą. Nawet jeśli ktoś odbiera im do tego prawo, albo nawet jeśli mają świadomość tego, że czegoś tam nie mają. Znam sporo ludzi tak różnych, żeby wiedzieć, że poczucie szczęścia nie ma nic wspólnego z posiadaniem. Które jest fajne, ale nie warunkuje poczucia szczęścia. Nawet zdrowie go nie warunkuje. Mówię "nie", każdemu, kto ocenia cudze prawo do poczucia szczęścia i próbuje je ograniczyć i zakazać o nim mówić, każdemu kto jątrzy jad zawiści, odbierania ludziom prawa do zwyczajnego spokoju i cieszenia się swoim szczęściem, kto się będzie chował, żeby nie ściągać na siebie zawiści "sąsiada". No takie rzeczy to naprawdę tylko u nas są możliwe. Wszyscy miewamy gorsze dni, ale jeśli one zamieniają się w gorszą ciągłość... To przykre. Ja nic na to nie poradzę. Niby prawo do krytyki... No ale tam nie ma czego skrytykować. A czepianie się cudzego stylu życia, ocho, no to już lekka może jednak przesada? 

Ale cieszę się, że coraz więcej ludzi ma odwagę mówić o szczęściu. Kiedyś ludzie mieli naprawdę dużo mniej powodów do radości na co dzień (z nam współczesnego punktu widzenia, chociażby brak bieżącej wody, prądu, komunikacji i wszystkich wynalazków), a byli  zadowoleni nie mniej niż my możemy lub nie - dziś.  I ja się temu nie mam zamiaru poddać, chociaż też swoje przeżyłam. To mi tylko uświadamia, że naprawdę mam z czego się cieszyć dziś. Myślę, że narzekacze nie zdają sobie sprawy jak czują się ludzie, którzy bywają subiektywnie w gorszej sytuacji niż oni, a potrafią i tak nie narzekać. Być pogodnym i pogodzonym z sobą i swoim życiem. Każdy w każdym może teoretycznie budzić litość, że czegoś nie ma. Narzekacze znajdą problem każdemu. To jedno bez problemu i bezinteresownie. To powinno być karalne :)

Kiedyś psycholodzy przeprowadzili eksperyment. Sprawdzono nastrój ludzi i podzielili ich na dwie grupy: tych, którzy są szczęśliwi i tych którzy zawsze narzekają. 

Szczęśliwi okazuje się, nie przestają być szczęśliwymi ludźmi nawet w obliczu np. nagłego kalectwa. Po oswojeniu się z sytuacją po prostu zaczynają robić rzeczy na miarę swoich nowych możliwości i szukają innych sposobów na spełnianie się. Ludzie permanentnie niezadowoleni i narzekający nie zmieniają się nawet po wygranej w totka. Zrobią problem też z tego zamartwiając się o wygrane pieniądze i mnożąc problemy z nimi związane. 

Niby można powiedzieć "no to jesteśmy jacy jesteśmy". Jasne. Ale mając świadomość tego, jak to działa można się zawsze zmienić. Wystarczy zmienić patrzenie na siebie i świat. Wystarczy najpierw chcieć.

Ja kiedyś, jako nastolatka, byłam ciągle niezadowolona z siebie. Ze swojego życia. Sprawdzało się powiedzenie o przyciąganiu. Jeśli lubimy narzekać, to wszystko się będzie tak układać, żebyśmy mieli na co narzekać. Jednak jeśli zaczniemy być wdzięczni za swoje życie, jakie jest, właśnie teraz, to zawsze pojawią się kolejne drzwi, żeby było nam lepiej, dobrze. Jeśli będziemy pogodzeni ze sobą, to wszystko będzie się w miarę układać, żebyśmy mieli zawsze możliwość  pomyśleć "ja to mam fajne życie". I ja kiedyś taki punkt osiągnęłam. I wyluzowałam. I zmieniałam podejście. (PMS się nie liczy :)) Generalnie skupiam się na tym, co jest ok, co mnie cieszy, co daje radość, co dziś jest dobre i dobrze, że dziś jest. Może jutro też będzie. No bądźmy dobrej myśli. Przy takim podejściu lepiej się żyje, bo też zgodnie z badaniami (na sobie też :) stres, negatywne podejście ogranicza, percepcję, powoduje zawężenie pola widzenia, wyolbrzymienie sprawy. Każdy jak się dobrze zastanowi, to temu też po sobie przytaknie. No tylko można nad tym pracować. Tylko trzeba chcieć. Stan napięcia jest konieczny, ale obowiązkowo ma być przejściowy. Chwilowy. Do momentu zebrania myśli i przejścia dalej. No podstawy pozytywnego myślenia.

I naprawdę niech dadzą spokój Kasi T., bo to jest przykre, że nasi rodacy mają taki problem z nią  i jej spokojnym blogiem. Dziewczyna po prostu pisze bloga. Prowadzi go ładnie, bez nadęcia, bez plot, obrabiania innych, narzekania, lekko i przyjemnie. Pokazuje że można zawsze znaleźć pozytywną stronę w każdym dniu. W czymkolwiek. No i pięknie. Po to też są blogi.

Przecież ona też jest człowiekiem i żyje w tym kraju. I też miewa na pewno sytuacje mniej pozytywne, ale jej blog jest też przykładem na to, że można pisać pozytywnie i na tym się skupić. Po prostu. Bez żadnych ALE. Szukajmy pozytywnych stron życia. One się o to proszą, a ciągle ktoś każe nam patrzeć, że jednak są też te złe. No są. Wiemy o tym. No są. I będą. Ale nie dajmy sobie odebrać prawa do zwykłego zadowolenia ze swojego życia. Jak ktoś chce je oceniać, to jego sprawa, ale nie dawajmy sobie wmawiać, że nie mamy prawa się cieszyć życiem. W końcu jest nasze. Nasze małe, kochane i jedyne. Jak nic innego.

19:22, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 marca 2012

Dziwi mnie, że ta idea tak słabo przyjmuje się w Polsce. Ale właściwie, przecież tak modne jest pędzenie i chwalenie się tym, jak bardzo się nie ma czasu i się jest zajętym, zabieganym, w niedoczasie... że nie mam co się dziwić.

No i dlatego kocham styl slow.  Bo z natury jestem w odwrocie do tego ślepego trendu pędu bez zastanowienia. A przy tym, co ważne i tak realizuję się na wszystkich ważnych dla mnie polach. Gdy trzeba, działam szybko, na 3 telefonach na raz, spotkaniach, rozmowach, budowaniu relacji, rozwijaniu kontaktów na prawie całym świecie, realizuję się w każdym zakresie a przy okazji osiągam jakieś zamierzone cele, realizuję wizje. Są jednak sytuacje, gdy nie ma mowy, żebym się śpieszyła. Bez względu na towarzystwo, porę dnia czy okoliczności, mianowicie: tempo jedzenia.

Śmieszy mnie ta sprawa, bo ciągle ktoś ma z tym problem. Nierzadko słyszę "dlaczego ty tak wolno jesz?". I widzę niejednokrotnie poirytowanie. Wolę z takim ludźmi nie jadać, bo mnie to niepotrzebnie stresuje. Ale większość jednak pozostaje na zdziwieniu.

Tak. Jem wolno. Przeżuwam nawet zupę. Przełykam jedynie napoje. Ale też bez pośpiechu. Kiedyś spowodowane to było problemami ze zdrowiem, ale będącymi też skutkiem szybkiego jedzenia, z którym ktoś polecił mi zawalczyć. I udało mi się. Było to tak dawno, że nawet nie pamiętam okoliczności (chociaż moja śp. babcia całe życie powtarzała mi, żebym jadła powoli. No faktycznie! (olśnienie) przecież ona żyła dokładnie slow a ogarniała świat jak mało kto. Dopiero to do mnie dotarło). W każdym razie wolno jem. Naprawdę wolno jem :)

Ma to kilka zasadniczych zalet:

- lepsze trawienie i samopoczucie (szybkie jedzenie powoduje naprawdę wiele dolegliwości. Układ pokarmowy tego nie lubi). Ja generalnie jem dużo, ale często i w małych porcjach

- jem tylko to co jest smaczne. Bylejedzenie nie ma u mnie szans, bo ja po prostu z wyjątkową wrażliwością czuję smaki. Wyczuwam wszystko. Dlatego może nie jadam np. parówek. Mam tak wyczulony smak i zapach, że mdli mnie od nich. Mój mąż je czasami zjada i przeczekuję aż zapach wywietrzeje. Jest dla mnie nieznośny.

- wyczuwam smaki, dlatego warto mnie kulinarnie rozpieszczać ;)

- czasami jednak jem potwornie wolno, bo mi coś strasznie nie smakuje, albo np. mięso jest strasznie twarde, gumowe, suche, tak czy inaczej ciężko zjadliwe. Nie potrafię wtedy (no może i to minus) przełykać jedzenia, żeby się go jak najszybciej pozbyć. Jak już osiągnę nirwanę w asertywności, to po prostu przestanę być "grzeczna" i będę odstawiała coś, co mi nie pasuje, dopóki tego nie robię, to się czasami faktycznie męczę, bo chcę być grzeczna. Chociaż podobno wystarczy powiedzieć, że się jest na diecie, na której tego czy tamtego się nie je. Muszę to zacząć praktykować. Zapominam.

Poprawił mi się jeszcze bardziej zmysł zapachu. Od kiedy przestałam regularnie palić (jednak wróciłam, ale tylko okazyjnie), doceniłam jeszcze bardziej zapachy. Wszystkiego i wszystkie. Od jedzenia, przez rzeczy, po zapach skóry czy perfum. Uwielbiam wwąchiwać się w siebie :) Gdy wychodząc z domu czuję zapach pianki do włosów, lekki zapach pudru i perfum oraz kremu do rąk. Jedynie antyperspiranty kupuję bezzapachowe. Bez przesady.

Ale wracając do jedzenia: idea slow food, która jak wspomniałam bardzo skromnie rozwija się w naszym pędzącym narodzie, jest idealna dla mnie. Od kiedy ją odkryłam zrozumiałam jedynie, jak nazywa się to, co sama stosuję. Dziś odkryłam dokładniej stowarzyszenie "Slow food" działające w Polsce: LINK.

Idealnie rozumiem i doceniam propagowane przez nich idee.

Jedzmy wolno, smakujmy, zróbmy z jedzenia rytuał zawsze, gdy możemy (nie zawsze możemy, bo czasami np. na bankietach podawane jest takie jedzenie, że chce się o nim szybko zapomnieć), ale jednak zawsze gdy mamy na to wpływ wybieramy najlepsze dania, z najlepszych składników. W podróży wybierajmy potrawy regionalne. Po pierwsze to niepowtarzalna okazja do poznawania nowych smaków i połączeń, które możemy potem adaptować w naszej kuchni, a po drugie, mamy dużą pewność, że produkty nie pochodzą z drugiego końca świata, tylko są regionalnym specjałem. Jeśli chodzi o miejsca "fast foodowe" to wybieram je jedynie, gdy mam obok człowieka miejscowego, znającego dane miejsce. Porażki nieznanych miejsc bywają nieprzyjemnym przeżyciem.

Jedzmy wolno. To jedno z podstawowych przesłań idei slow w ogóle.  Jeśli nie masz czasu na tak podstawową czynność, to wszystko inne będzie stratą czasu. Jesteśmy tym co jemy, nie jest przecież dosłownym przesłaniem. Jeśli wybieramy tylko najlepsze produkty, dania, to mamy szanse serwować sobie najlepsze składniki do zdrowego życia. I to powinno być głównym celem całej idei slow. Jeśli będziemy ciągle na coś chorować, co wg mnie słusznie (bo wiem to po wielu latach chorowania, z którego wyszłam dzięki zmiany filozofii), zgodnie z medycyną chińską, jest skutkiem przede wszystkim zaniedbania własnego ciała w każdym zakresie, to wszystko inne będzie przysłonięte. Wie o tym każdy, kto przeleżał chociaż weekend chory na cokolwiek (poza kacem :) Szkoda życia na chorowanie, które sami sobie przeważnie ściągamy na głowę. Przez głupie zaniedbanie i lekceważenie ciała i zdrowia. Tak jak slow  life, slow food, tak też ruch. To trzon. Pewnie, że wielu zdarzeniom nie da się zapobiec, genetyka, wypadki itp. ale tam gdzie to możliwe, nie powinniśmy sobie po prostu szkodzić. Ten pędzący świat robi to idealnie. Wszelkie nerwice, depresje, ludzie niezadowoleni z siebie, z własnego życia, przyczyna nr 1 to pęd bez zastanowienia.

Wyhamować. Dobrze zjeść. Zastanowić się. Poukładać się ze sobą. To akurat nie kosztuje nic, poza tym, co faktycznie dziś jest najcenniejsze: czasem.

Poświęcanie go na ślepe pędzenie zawsze będzie się odbijało na jakiejś zaniedbanej dziedzinie życia. Czy to życiu prywatnym, czy zdrowiu, czy pracy, efektywności, kreatywności. Podstawą szczęścia jest bycie poukładanym ze sobą. Dopiero wtedy można próbować dobrze oddziaływać na świat, na otoczenie. Bez tego ani rusz i jedna "ściema".

Jedzmy wolno. Pomyślmy nad sobą. Nauczmy się własnego tempa życia. I już będziemy szczęśliwsi.

Naprawdę jak mało z czym: wystarczy chcieć. I absolutnie nie demonizuję fast foodów. Mam z nimi tak rzadko do czynienia, że raz na jakiś czas nawet chętnie do nich zaglądam, też po to, żeby długo jednak za tym nie tęsknić. Żaden fast food nie zastąpi naprawdę dobrego jedzenia, ze świeżych składników, doprawionych jedynie przyprawami i po prostu dobrze skomponowanych. Po prostu slow food, to klasa sama w sobie i na wyciągnięcie ręki. To po prostu lepsza strona życia. Jak dla mnie luksusowa, bo ludzie, którzy mają też wielkie majątki (jako ciekawostka) też cenią sobie przede wszystkim dobre jedzenie. Już dawno temu na jakiejś naprawdę ekskluzywnej kolacji, na której miałam zaszczyt być (bodajże w ambasadzie), zauważyłam, że tam nikt się nie spieszy. Kolacja trwała godziny. Bez pośpiechu. Nikt się nie spieszył. Potem obserwowałam to wiele razy. Ludzie sukcesu jedzą slow. I doskonale jest widzieć, że pomimo różnic klasowych to nas łączy. Bardzo naturalnie i po prostu. (Uśmiechnęłam się, bo dopiero teraz to sobie przypomniałam. Ale tak faktycznie jest. Ludzie wielkiego sukcesu i wielkiej klasy po prostu żyją i jedzą slow). To chyba najlepszy dowód, że da się to połączyć z każdym sukcesem życiowym, bez względu na skalę i rodzaj. I ktoś powie "oni mogą sobie na to pozwolić". No i? Wszyscy możemy. To my sami nakręcamy się z tym ciągłym "Szybciej". No moment. To co musi być szybko, to jasne, że będzie, ale jedzenie należy do kategorii czynności, którym powinno się poświęcić czas. No koniec kropka.

PS. Tak ja ja irytuję szybko jedzących, tak oni budzą mój żal. Nie potrafią dać SOBIE czasu. SOBIE. Żałują czas dla siebie. Smutne. Wiem, bo sama kiedyś jadłam szybko, żeby zająć się czymś innym. Od dawna jednak odbieram to jako smutne podejście. Po prostu. Ludzie, którzy nie potrafią delektować się swoim czasem, jedzeniem nie mają kiedy być po prostu być zwyczajnie szczęśliwi. Nie mają na to czasu, bo nie pozwalają sobie żyć tu i teraz. Jak słyszę dumne "nie mam czasu nawet zjeść", to tylko kiwam z politowaniem głową. No to jest naprawdę smutne i nie ma czym się chwalić. Tylko też z reguły jest to kwestia, w której nie porozumiem się z tymi "szybkojedzącymi", bo to jak z różnymi wyznaniami. No nie dogadamy się, bo przeważnie po prostu uważamy swoje podejście za te lepsze. Ale świat się zmienia i na szczęście często zdarza mi się trafiać też na ludzi jedzących powoli. Ja ich zawsze przebiję, ale jednak i tak tacy są i co najważniejsze: nie dziwię ich :)

Kompromisy w życiu bywają trudne. Ale te dotyczące zdrowia, komfortu psychicznego przychodzą mi coraz trudniej. Zmęczyły mnie oczekiwania świata i naginanie się do pędu. Wyszłam z tego dawno temu i dobrze mi. Jestem szczęśliwym człowiekiem, mam szczęście do ludzi, mam szczęście do przypadków i okoliczności. I wolno jem :)

 

Polecam slow food. Doceniajmy jedzenie, jedzmy to, co jest docenienia warte. To dobra podstawa do poczucia nasyconego szczęścia ;)

17:58, l.marzena
Link Komentarze (3) »

Ostatnimi dniami widać wszędzie klucze zlatujących ptaków. Uwielbiam patrzeć jak się dzielą, przegrupowują w nowe klucze, wyznacza się lider i lecą w nowych kluczach w innych kierunkach. Niesamowite to jest. Naprawdę :)

Niedawno jeszcze, jesienią, patrzyłam wzdychając, jak wylatują. Teraz patrzę jak wracają i pokazują: WIOSNA cobyeto! ;)

Pozwoliłam sobie zalinkować filmik z Youtube od lowiczak123.

czwartek, 08 marca 2012

Slow life może zdefiniować każda dziedzina. Życia, sztuki, nauki. W muzyce będzie to Tony Bennett, a szczególnie jego wystąpienia w duecie z innymi gwiazdami.

Dziś przyjaciółka porwała mnie niespodziewanie do Multikina na materiał pod tytułem "Tony Bennett - Duets II". Materiał dostępny na płycie, którą na pewno muszę dostać, ale dziś jeszcze pozachwycam się tym, co widziałam, co słyszałam. Piękna definicja doceniania tu i teraz. Pasja, bez pośpiechu. Doskonałe przeżycie. Sposób, w jaki artyści wykonują tam piosenki, muzykę po prostu nie pozostawia wyboru: trzeba się w tym zatracić, zatrzymać. Skupić na dźwiękach, brzmieniu, słowach, głosie. Oni wykonują to z taką niesamowitą dokładnością, wymuskaniem, doskonałością, że po prostu trzeba się w tym zatracić w zachwycie, bo to co się słyszy angażuje zupełnie uwagę. I bardzo dobrze. I taka powinna być sztuka. Taka jest dobra muzyka. Miny wykonawców, mimika samego Benetta jest po prostu czarująca. Mężczyzna, który kończy 85 lat i ma taki czarujący wyraz twarzy, pełen ciepła i czystego optymizmu, bez cienia tandety, sztuczności, co widać głównie w jego oczach, po prostu epatuje tym w sposób zaraźliwy. Oddziałowuje to też na występujące z nim gwiazdy. A to wszystko razem wzięte na słuchacza i widza. Piękny materiał. Nie sądziłam, że na koncercie odtwarzanym z płyty, w kinie popłyną mi łzy od słuchania i oglądania. Naprawdę warto było to przeżyć. I muszę mieć tę płytę u siebie. Żeby wprowadzać się w dowolnym momencie w ten stan. To jak odkurzenie zakamarków duszy i wspomnienie dawnych czasów, gdy taka muzyka, tacy artyści potrafią doprowadzić do łez wzruszenia. Co mnie zdziwiło: Lady Gaga. Nie sądziłam nigdy, że wzbudzi mój szacunek i podziw. W tym występie z Tonym Benettem pokazała w sobie kobietę z klasą. Lekko zwariowaną, ale w świetny sposób, taki jaki lubię. Nie zostanę jej wierną fanką, ale w tym wystąpieniu naprawdę mnie zauroczyła. Oboje.

Przeurocze:

Tony Bennet i jego twórczość - stał się dla mnie muzycznym symbolem slow life.

I bardzo chciałabym zobaczyć/ posłuchać go na żywo. Dopisuję do drzewa marzeń.

23:09, l.marzena
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 marca 2012

Grecja upada. Dali by już spokój z przeżywaniem tego. Ekonomia, gospodarka to jedno, duch narodu to drugie. Przecież ich nie "rozbiorą" za długi? Chyba. Bo niczego innego nie muszą się obawiać. Z mapy świata raczej nie zniknie. Chyba. Nie znam planów. Grecy dadzą sobie radę z UE czy bez niej. Zawsze znajdzie się jakieś wyjście. Ostatnio oglądałam znowu "300" i wyrocznia rzekła, że Sparta upadnie, że cała Grecja upadnie. Well.

Grecja upadała już kilka razy i to z wysoka. Mitologii do dziś się uczymy i bogów greckich znamy. Na filozofii do dziś się opieramy. Literatura, nauka, architektura do dziś zachwyca. Dorobek nie zginie. Grecja nie Atlantyda.

Czasami tłumaczę nieporadność gospodarczą Polski tym młodym wiekiem w niepodległości i odpowiedzialności. Kiedyś wszyscy przywykli, że jak było źle, to wina "najeźdźców" i innych. W każdym razie nie nasza. Po odzyskaniu niepodległości jest jak wejściem w dorosłość i wyprowadzeniem się "od rodziców". No nie ma mocnych. Trzeba się nauczyć gospodarowania środkami, minimum planowania wydatków, inwestycji. Za błędy odpowiada się przed sobą. W polityce Polski nie podoba mi się jedynie ta filozofia oszczędzania i cięcia kosztów, co się przekłada na jakość. Presja przetargów pod "cenę" a nie jakość (bo rzadko może iść to w parze), miewa okropne konsekwencje. Wszystkie katastrofy i większość wypadków jakie zdarzają się w naszym kraju mają swoje źródło w cięciu kosztów. A teraz planowana budowana elektrowni atomowej... przy tej filozofii najniższych kosztów naprawdę wolę o tym nawet nie myśleć. Nie no nie przy tej filozofii. Na zachodzie jak coś się robi, to w pierwszej kolejności jest bezpieczeństwo, co równa się z najwyższymi standardami jakości wykonania i systemów nadzoru. Nie wiem skąd to się bierze u nich (pomijając, że pewnie z doświadczenia), ale mam nadzieję, że kiedyś (i to niebawem) się to zmieni i u nas. Lepiej niech coś nie będzie robione wcale, niż po najniższych kosztach. Wystarczy popatrzeć na nowo budowane drogi. Cudownie, ale na krótko, bo w ledwo oddanych odcinkach już pojawiają się dziury czy jakieś wyboje. Niepojęte. Ale co tam. Widocznie taka karma. Zapobieganie zamiast "leczeniu" jeszcze widać nie osiągnęło pełnego rozwoju. W świadomości.

Poczułam wiosnę i postanowiłam (już u mnie tradycyjnie) poszukać nowych dróg na trasie praca-dom. Wiedziałam dawno o planach, widziałam że prace się posuwają, ale do wczoraj ich nie sprawdzałam. No i tu miłe zaskoczenie. Okazuje się, że nowa infrastruktura miasta jest niesamowita. Trasa szybkiego ruchu umożliwia mi przemieszczenie się praktycznie poza zakorkowanymi fragmentami miasta. Suuuunęłam z wiatrem po prawie pustej drodze, że aż miło :) Zadzwoniłam po drodze do męża i z uśmiechem oświadczyłam, że nie wiem, gdzie jestem i jest mi z tym cudownie. Co prawda te poczucie trwało jakieś 2 min, do zmiany świateł, bo zaraz potem się zorientowałam gdzie jechać dalej, ale to jest to, co lubię. Ten moment niewiedzy :) Kocham to w wiośnie, że zawsze muszę coś pozmieniać, poszukać czegoś nowego. Czasami są to bardzo duże zmiany, czasami ciekawość pcha mnie do np. właśnie szukania nowych rozwiązań, w różnych fragmentach życia. Lubię to. Lubię wyłamywać się ze schematów i szybko zabijać rodzącą się rutynę. We wszystkim. Podobno ludzie z natury bardzo chcą chodzić utartymi szlakami, poruszać się po schematach i nie znoszą wręcz zmian. Ja je kocham. Naprawdę. Jeśli tylko wniosą coś nowego, ciekawego, lepszego, otworzą jakieś nowe drzwi, za którymi nie wiadomo do końca co będzie, bo na początku jest tylko dość mocna wizja... No cudownie. Działamy. A po działaniu można spokojnie legnąć na kanapie z upieczonym udkiem kurczaka i się wyłączyć.


Tak, pieczony kurczak, marynowany w ziołach i czosnku z dobrym chlebem tostowym to jest to. Prawie jako pieczony, świeży łosoś. Życie składa się z drobiazgów. Szczegółów. Chwil. W bardzo dużej mierze zależy od nas, jak je zapamiętamy. Co z nich wyniesiemy. Na których zatrzyma się czas. Slow life uczy wyboru tego co dla nas najlepsze. Nie odrzuca smutku, zadumy, refleksji. Ba, im tym bardziej daje swoje miejsce, gdy jest na nie pora. Ale w głównej mierze slow life to pozytywna strona życia. A tego może nauczyć się każdy. Dostrzegać pozytywy może naprawdę każdy. Bo to nie kwestia statusu czy pieniędzy, tylko samego podchodzenia do tego, co już mamy. Albo po prostu, do tego co JEST. I jednym z moich postanowień wiosennych jest asertywność w selekcji tematów nad którymi myślę, którymi się zajmuję. Jedno jest pewne: skupianie się na negatywach jest ciągnące w dół, zatrzymujące, uwsteczniające. I tego po prostu unikam. Wolę faktycznie pomóc tam gdzie mogę. A jeśli nie mogę akurat nic innego, to kocham zająć się sobą. To często, wbrew pozorom, jest też najlepszym, co mogę zrobić dla świata.

Ostatnio kolega mi powiedział "Marzena, jak się dzieje źle, to najlepszym co możesz czasami zrobić to po prostu i jedynie się uśmiechnąć."

Wiem.

Czasami to najlepsze rozwiązanie. Dalsze działania będą potem. Uśmiech może być najlepszym punktem zwrotnym. W najbardziej napiętej, czy ciężkiej sytuacji. Odpowiedni uśmiech, bo to też kluczowe.

Uśmiecham się do Grecji. Dacie radę. Jeszcze będziecie losowi za to wszystko wdzięczni. Znajdziecie nowe wyjście. Niech was tylko nic nie blokuje. Dacie radę.

Atena was pewnie nie opuszcza. Wbrew pozorom.

poniedziałek, 05 marca 2012

I dobrze.

Ale dobre jest połączenie:

i zaraz obok:

cudne połączenie. Jędrusik niemożliwie oddaje kobiece nastroje ;)

Tak mnie naszło właśnie w poniedziałek.

Ale tu zupełna perełka dla mnie, bo jak o mnie:

sobota, 03 marca 2012

Własna droga, bezmierny horyzont i oczy szeroko otwarte.

Gdzieś mi wpadł w ucho wywiad z Magdą Gessler, w którym zapytano ją, czy ogląda programy Ramseya. Czyli, czy jeden człowiek sukcesu śledzi poczynania innego człowieka sukcesu z tej samej branży. Gessler odpowiedziała, że nie, bo nie chce się sugerować, nie ma czasu na to i ma własną wizję swojej ścieżki.

I dokładnie tu ją rozumiem. Ostatnio ktoś mnie zawodowo zapytał, czy śledzę poczynania konkurencji, czy ich sprawdzam, śledzę, analizuję. W niewielkim stopniu, bardziej staram się być świadoma ich działań, poznawać ew. czego nie robią, poznawać opinię klientów, niż siedzieć godzinami i ich szczegółowo sprawdzać. Szkoda mi na to czasu. To oni niech śledzą nas, jeśli z tego ma coś niby wyniknąć. Ja nie muszę. Dla mnie ważniejsze są oczekiwania klientów i przewidywania potrzeb i trendów, niż tracenie czasu na zbyt intensywnym badaniem konkurencji. Niech oni robią swoje. Ja będę robić swoje. 

Ważny szczegół, zbytnie badanie konkurencji właśnie ma tę wadę, że zmienia się u niektórych w prawie główną działalność firmy, co skutkuje, że jest się zawsze z tyłu. Uśmiechnęłabym się, ale to nie jest śmieszne, bo tak się można wykończyć. Zawsze najważniejsze jest to, co przed nami i to patrząc w górę, a nie tylko w tzw. przód. Nasze cele, marzenia są "nad" a nie "przed" nami. Porównując, badanie konkurencji ma być po prostu pilnowaniem, żeby się nie potknąć o wystający na naszej drodze korzeń, gdy szukamy swojej "ziemi", ale jak już będziemy w dobrym miejscu, to nie będą nam te korzenie przeszkadzać. Wtedy będziemy iść w górę, a nie w przód.

I to właściwie nie tylko zawodowo. To podstawa szczęśliwego życia. Zawsze będą gdzieś tam lepsi i gorsi od nas. To nie ma większego znaczenia. Ważniejsze, żebyśmy to my rozwijali się w ważnym i istotnym dla nas kierunku, jeśli będzie to "góra", to reszta pozostanie w naszym cieniu, jeśli będzie chciała nas "śledzić" i ew. niech oni depczą nam po piętach, jeśli nie znaleźli swojego miejsca, a nie odwrotnie. Nie chodźmy cudzymi ścieżkami. To tak nudne i odtwórcze. No ale poważnie, przecież szukanie nowych rozwiązań jest o wiele ciekawsze.

Najważniejsze też jest znalezienie własnego tempa. WŁASNEGO. I życie w nim. Nieważne, jak te tempo odbierają inni. Jeśli jest właściwe, to trafi też na odpowiedni grunt. Jesteśmy jak ziarno, które trzeba zasiać na żyznym gruncie. Sianie na siłę a ugorze, albo sianie w niesprzyjających warunkach zawsze będzie stratą czasu, potencjału, możliwości. Więc znajdujmy swoją glebę, zasiejmy się w niej i rośnijmy. W górę.  We własnym tempie. Zawsze w górę, bo to ważniejsze niż "do przodu" ;) Z góry o wiele lepiej widać. I każdy może mieć własną definicję "z góry". Dla jednych będzie to świetna rodzina wielodzietna, dla innych życie pełne sukcesów zawodowych, dla jeszcze innych po prostu święty spokój, dla innych duże grono znajomych, dla kogoś rozwinięcie jakiegoś talentu, dla kogoś popularność, dla kogoś innego zmiana świata na lepszy, dla niektórych mieszanka tego wszystkiego, albo zupełnie inne cele. Przecież jesteśmy tak niemożliwie różnorodni, że przewidywanie wszystkich kombinacji jest stratą czasu dla mnie, ale istotą jest znalezienie swojej kombinacji, zasianie się i pójście w górę w swoim tempie. Moje tempo jest slow, chociaż niektóre działania wykonywane są błyskawicznie, to inne mogą się ciągnąć w nieskończoność, jak chociażby leżenie na słońcu i myślenie o niczym. To wszystko się kompletnie nie wyklucza, a jedynie uzupełnia. Także kochani, nie ciągle do przodu, ale w górę. Do przodu można przejść całą Ziemię w około i nic z tego nie wyniknie. Do góry. To jest właściwy kierunek + własne tempo. I tyle. I do tego odnoszą się słowa "uskrzydlać", "podcinać skrzydła". Bo mamy patrzeć do góry, a inni nam w tym niejednokrotnie próbują przeszkodzić, ciągnąć w dół. No i to jedne, czemu musimy przeciwdziałać. Nie taplać się w usilnym zwalczaniu innych, tylko na rozwoju własnym. Rozbijanie energii na wiele, zbyt wiele działań, będzie zawsze hamujące, cofające. Szkoda na to czasu. Lepiej nadwyżki spędzać na kumulowaniu energii :)

Od tego, w którym kierunku właśnie życiowo idziemy, zależy też, na jakich ludzi trafiamy. Jeśli idziemy w przód, czyli ciągle szukamy, to znaczy, że na takich samych ludzi trafimy. To znaczy też, że większe jest prawdopodobieństwo, że będziemy próbowali zasiać się w tym samym miejscu, to ten kierunek poszukiwania, natomiast gdy już idziemy w górę, to trafiamy na ludzi, którzy są również na "danej wysokości". Dlatego siłą rzeczy albo otaczamy się całe życie tymi samymi ludźmi, albo oni się zmieniają, bo też zmieniają się "nasze współrzędne".

To wybitnie proste, ale pozwala zrozumieć, dlaczego nasze kręgi znajomych się zmieniają bądź nie. I odpowiada to na wiele pytań, które sobie w życiu zadajemy. Po prostu. Brak stania w miejscu wpisane ma w siebie zmiany otoczenia. Ale zawsze trzeba pamiętać, że tak jak my, tak krążą też inni. Zmieniają się ich współrzędne. Piękne to jest. I tak bardzo naturalne.

Tagi: slow life
13:43, l.marzena , slow life
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18