O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
piątek, 30 września 2011

Jedząc pierogi ruskie zastanawiam się, jak to będzie. W tej chwili Unia Europejska jest jak stare, stereotypowe małżeństwo. Ma za sobą fazę zachwytu, zapału. Zaczęły się rutyna i doszły problemy. Ciągle nowe. Jak nie kryzys ekonomiczny, to spada któraś strona popada w problemy ze sobą. Bez wsparcia pewnie się wysypie i odejdzie, albo zostanie porzucona. Cały związek chwieje się w posadach i jest bliski rozpadu. Na tę chwilę niektóre państwa cicho marzą, żeby to się już rozpadło i wróciło do czasów kawalerskich, inne mówią o rozsądku i nie marnowaniu tego co było, co zostało osiągnięte. Namawiają do walczenia o ten związek.Oczywiście w tle jest kasa. I do duża. I olbrzymie zaangażowanie i włożona praca. I powstała już lekko więź, chociaż miłości nie ma w tym za grosz... 

I co będzie? Co wygra i na jak długo? Czy to tylko kryzys czy początek końca? Pożyjemy, zobaczymy.

Unia miała być drugą Ameryką (USA). Tyle że zauważam delikatną różnicę: Amerykanie widzą siebie jako jedność. Stany są jak nasze polskie województwa (u których z jednością też różnie bywa, ale jednak jakaś spójność istnieje). Unia powstała z rozsądku i chęci wzbogacenia. Wszyscy mieli na tym korzystać, tylko jak wiemy, małżeństwa z rozsądku, ale przy tak różnym statusie społecznym osób wchodzących w nie, mogą ale nie muszą się udać. Europejczycy przede wszystkim przeważnie czują się obywatelami swojego kraju. I koniec. Nie słyszałam, żeby na pytanie "Skąd jesteś" ktoś odpowiadał w pierwszej kolejności "Z Unii". Do zmiany tego (mentalnie) trzeba chęci i czasu. Pierwszego wszyscy mają mało, bo też nikt tak naprawdę nad tym nie pracuje, a drugiego upłynęło trochę za mało, jak na pierwsze tak poważne kryzysy. I co?  Zobaczymy.

Stygną mi pierogi.

Są dni, chwile, gdy wszystko się nawarstwia, narasta ilość spraw, rzeczy, tematów, każdy z innej parafii, a człowiek czuje, jak rośnie ciśnienie, zaczyna się gotować i zaraz eksploduje...

w takich chwilach odkładam wszystko i wychodzę. Przewietrzam myśli. porozmawiać z kolegami o rzeczach niezwiązanych z moimi sprawami. Patrzę na wszystko z dystansu, szybko układam plan działania i kolejność (oraz ważność i pilność), uśmiecham się robiąc w myślach (uf, no to jedziesz mała) i z rozpędem działam czyszcząc sprawy jedna po drugiej nie rozczulając się już dalej nad sobą.

Bez tych chwil dystansu chyba bym czasami oszalała. To ważne, żeby nie pozwolić emocjom zdominować działania, bo mało co tak spowalnia i zaciemnia widok, jak one.

Potem można spokojnie odsapnąć :)

czwartek, 29 września 2011

Film, który niesłusznie przeszedł bez większego echa.

O czym marzy każdy? (Nie mówię o rzeczach materialnych). Nie, też nie wiem, o czym marzy każdy, ale wiem, o czym marzę czasami ja. Wygrana w totka? Oh, banał.. Jednym z marzeń jest wiedza, błyskawiczne kojarzenie (bez tego zastanawiania, szukania w pamięci bądź w zewnętrznych źródłach), bezwstydnie doskonała pamięć pozwalająca w ułamkach sekund łączyć fakty, wyciągać wnioski. Doskonały umysł. Cała reszta jest jakby drugorzędna. Marzenia. Są osiągalne i nie. To jest właśnie te drugie Mimo, że jestem z siebie względnie zadowolona, to wiem doskonale, o ile lepiej mogłoby być. Ale to gdybanie. Jestem jaka jestem i pomagam sobie lecytyną ;) Właściwie jeśli czegokolwiek zazdroszczę ludziom (nie, to nie zawiść, to raczej olbrzymi podziw), tym nielicznym, to taki umysł. Zdarzają się tacy ludzie, ale wszyscy wiemy, jak niezmiernie rzadko. To jest ten nieosiągalny rodzaj wyjątkowości, którego się nie wyćwiczy, nie zdobędzie. Albo się z tym rodzi, albo nie. Bezgranicznie uczciwe. Chyba że...

"Jestem Bogiem". Film, który nie kończy się tak, jak by sobie można było wyobrazić. Nie ma banału, umoralniania. Jest natomiast narkotyk o działaniu dającym doskonały umysł. Umysł, dzięki któremu można rządzić światem, finansami, przemysłem, polityką. Gdzie te dziedziny stają się dziecinną grą, a proces uczenia właściwie przebiega tak błyskawicznie, że jest niezauważalny. Prawie jakby go nie było. Natychmiastowa wiedza i zrozumienie. Wiedza jest władzą i to jest uniwersalna prawda, chociaż z drugiej, ważniejszej dla mnie strony, to wiedza daje bezgraniczne poczucie wolności. Żadne dobra materialne. Wiedza, zrozumienie.

Film. Zwiastun jak zwiastun. Może zachęcić. Zapomniałam o tym filmie. Przypomniał mi się przy okazji rozmowy o doskonałej pamięci, braku konieczności sprawdzania źródła, szukania informacji na zewnątrz. Rozmowy o wiedzy absolutnej. No prawie... 

Polecam, jak już będzie znowu dostępny. Doskonały pobudzacz głodu posiadania doskonałego umysłu. Wszystko staje się przy tym banałem. Prawie wszystko. Miłość jest poza tą grą. I co mi się dodatkowo spodobało w filmie: postać dziewczyny głównego bohatera, blondynki, która ma na tyle świadomości, że pozostaje z akceptacją swojego poziomu. To ona w inny sposób pokazuje, na czym polega też mądrość i nie uleganie złudzeniu.

Ale gdyby nie było skutków ubocznych, kto by nie sięgnął? Kto by sięgnął? Prawie jak Matrix...

 

Polecam szczególnie marzycielom. Nawzdychać się z zadumą i wrócić do rzeczywistości.

Trochę więcej o filmie: TU

środa, 28 września 2011

http://www.ted.com/talks/lang/pol/marco_tempest_the_magic_of_truth_and_lies_on_ipods.html

Ciekawie się ogląda i ciekawie słucha. Właściwie nie ma nic wspólnego z magią i urokiem dawnych iluzjonistów/magów, ale cóż. Jakie czasy, takie czary ;) Spodobało mi się to. Mimo wszystko jest na swój sposób oryginalne.

niedziela, 25 września 2011

Korzystając z ostatnich ładnych dni tego roku (gadanie, bo pewnie będzie ich jeszcze dużo, ale nie zawsze jest czas, żeby spędzać je na świeżym powietrzu), pojechałam z mężem do Faktorii w Pruszczu Gdańskim. Słyszałam o tym obiekcie sporo, czytałam trochę, ale jakoś nie było okazji się wybrać. No to trzeba było się wybrać bez okazji ;)

 Pogoda była naprawdę piękna. 

 

Całość niezmiernie pachnie jeszcze nowością, niepasującą aż do tego miejsca, ale cóż, za kilka lat pewnie już nie będzie wyczuwalna. Przygotowanie i aranżacja terenu są zrobione naprawdę na dobrym poziomie. Chaty zaaranżowane na tamte czasy, dodatkowo siedzący w nich pracownicy (w strojach) z epoki, odpowiedzą na każde pytanie. Ja jestem zachwycona wprowadzaną w coraz większej ilości muzeów i tego typu obiektów - narzędzi multimedialnych. Filmy, animacje, dotykowe monitory z przewodnikiem... Cudowne dopasowanie do naszych czasów i wykorzystanie technologii.

 

Przed samą faktorią miasto zorganizowało plac dla deskorolkowców/ rowerzystów. Chłopacy wyprawiają cuda :)

 Szkoda, że zaraz zaczną się szarugi, deszcze i nieprzyjemnie zimne wiatry, dlatego trzeba wykorzystać ten czas najfajniej jak się da, żeby było co wspominać przez zimowe miesiące i planować wypady na wiosnę, przy ciepłej herbacie z miodem. Jak ktoś będzie w okolicy Trójmiasta, niech koniecznie wybierze się do Pruszcza. Warto :)

 

Lubię wiosnę i lato, bo zawsze zawiewa do Gdańska i do nas kogoś, kto jest ciekawy miasta. Niestety większość tęskni za Molo w Sopocie, Długą w Gdańsku i jakąś plażą. Właściwie ich rozumiem, bo jak jadę gdzieś pierwszy raz, to też chcę zobaczyć najpierw miejsca kultowe. Chociaż z daleka, albo przejeżdżając samochodem. W Trójmieście jest mnóstwo miejsc, których sama do dziś jeszcze nie widziałam, a wiem, że są tego warte. Od lat np. wybieraliśmy się do restaurowanej Twierdzy Wisnoujście w Gdańsku, ale zawsze jak tam jechaliśmy było zamknięte. W sierpniu odwiedził nas kolega, a że i tak się tam wybieraliśmy, to zabraliśmy go ze sobą. Miejsce na pierwszy rzut oka robi bardzo niepozorne wrażenie. I na szczęście, zwiedzanie możliwe jest tylko z przewodnikiem, który ciekawie opowiada jego historię (oraz kilku innych obiektów, które dopisałam do listy "chcę tam być"). 

Kocham w ogóle zwiedzać Gdańsk jak turysta. Lubię przechodząc uliczkami czy będąc w różnych miejscach zadawać pytania typowe dla turystów. Czasami znajomi się śmieją, że jestem bardziej turystyczna niż przyjezdni, ale nic na to nie poradzę, że jak jest to dla mnie nowe, to lubię się tym egzaltować, dopytać, wiedzieć (inna sprawa, że niedługo i tak zapomnę, ale dzięki temu mogę wracać w jedno miejsce kilka razy i znowu dopytywać :)

Dzięki przewodnikowi z twierdzy dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy, których tu jednak nie zdradzę. Niech każdy sam będąc w Gdańsku się tam wybierze. Miejsce jest prześlicznie położone i z samego szczytu baszty rozpościerają się piękne widoki. Jest to oczywiście jedno z wielu, wielu miejsc, których w samym Gdańsku nie da się zwiedzić w jeden weekend. Jak napisałam, jako Gdańszczanka nie widziałam jeszcze wszystkiego, a listę "byłam" mam dość długą. I za to kocham te miasto. Nieograniczone możliwości spędzania czasu. Bądź nowocześnie, bądź w oparach historii.

sobota, 24 września 2011

Jedzenie jako lek. Właściwie to jest filozofia stara jak świat i jest to inne spojrzenie na odwieczną prawdę, że jedzenie ma wpływ na nasze zdrowie. Tak, to absolutnie nic nowego, chociaż nowością są produkty witaminizowane, wzbogacone w tłuszcze omega-3, probiotyki, kultury bakterii, zdrowe margaryny, jeszcze zdrowsze jogurty, dodatkowy błonnik... Wszystko dodane do żywności można sobie zaserwować bez ograniczeń i będzie nam po tym lepiej. I kosztują sporo więcej niż ich niewzbogacone odpowiedniki. 

STOP. Po pierwsze, naukowcy są zgodni: przedawkowanie wszystkiego może być dla nas szkodliwe (tak, wiem, to również oczywiste), ale nie zapominajmy, że jedząc różnorodnie i tak dostarczamy organizmowi witamin, minerałów i mikroelementów. Sięgając po dodatkowe z produktów witaminizowanych nie wiemy, czy nie przekraczamy dziennych zalecanych dawek (ja bym tego nie potrafiła określić). Po drugie, jak się okazuje, tylko 5-10% artykułów reklamowanych jako funkcjonalne ma prawo się takimi nazywać (i teraz zgaduj człowieku, które?). Dyskusje toczą się w różnych miejscach, ponieważ produkty te są  faktycznie kusząco "prozdrowotne" i momentami człowiek ma prawie wyrzuty sumienia, że o siebie nie zadba i nie bierze właśnie tych z dodatkami. Nie, nie, nie. Temu się ładnie nie dajemy ogłupić.

Lepiej zostawić to w spokoju, a trzymać się zdrowej diety, bez zbędnego przepłacania. Jedząc odpowiednie produkty, bez nadmiaru chemii, nieprzetworzone, świeże i/lub przygotowane samodzielnie w domu, dostarczymy organizmowi wszystkiego, co jest mu potrzebne i w dawkach oraz formie, jaka jest dla niego najlepsza. A na pewno nie przedawkujemy i nie przepłacimy. 

Jest to jedna z nowych gałęzi przemysłu spożywczego, która jest grą na naiwności i ja produktom funkcjonalnym mówię "dziękuję, nie."

Często trafia się na artykuły o tym. Artykuły, które naszprycowane są reklamą produktów funkcjonalnych. I ok. Nie dajmy się zwariować. Wzbogacone, prozdrowotne produkty nie mogą zastąpić zdrowej diety.

 

Ale, nauka poszła o krok dalej: naukowcy pracują nad żywnością funkcjonalną, której celem na być np. zwalczanie zmarszczek i to się już na pewno otrze o GMO, którego unikam jak ognia, z jednej przyczyny: nieznane są skutki spożywania jedzenia modyfikowanego genetycznie. I ignoruję informacje, że to jest zupełnie bezpieczne, bo tego po prostu nie wiadomo. A ja nie lubię być królikiem eksperymentalnym. Więc GMO dziękuję. Jedzeniu funkcjonanemu również i nie przestanę na przeziębienie posiłkować się rosołem wołowo-drobiowym, gotowanym z 3 godziny. Albo szklanką mleka z czosnkiem i masłem i miodem (wiem, wiem, zapach bezbłędny). Ale nie sięgnę po nowości - zjedz jogurt, będziesz 10 lat młodszy, czy też odporniejszy. Jak tego nie zjem, to pewnie mam większe szanse ;)

 

 

Materiał (w j. niemiecki), który dobrze przedstawia temat.

 
1 , 2 , 3