O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
niedziela, 31 lipca 2011

Będąc na wyjeździe miałam okazję przypomnieć sobie jak bardzo i za co lubię tosty. Parę dni po powrocie mąż zrobił mi niespodziankę i zaskoczył nowiutkim tosterem. Tosty mogę jeść i rano i wieczorem, zamiast ciężkiej kolacji. Rano kombinacje jajeczne, z serkami, twarożkami, wędliną, wieczorem, dobieram bardziej ostre składniki. Oszalałam na punkcie najprostszej z możliwych kombinacji: tost + bruschetta, np. ta z suszonych pomidorów

Do tego kilka ciekawych przepisów na tosty można znaleźć TU. 

Dla mnie jest to o tyle proste, że w zupełności wystarczą mi 2 kromki. Nie ma mowy o przejedzeniu, bo ja tego generalnie nie znam. Mam wewnętrzny czytnik poziomu nasycenia i go po prostu słucham :)

Z pieczywem sprawa jest dość zagmatwana, ponieważ z jednej strony jesteśmy wprost bombardowani informacjami, że "białe" pieczywo jest złe, bezwartościowe i jest źródłem pustych kalorii, natomiast powinno się jeść wyłącznie pieczywo "ciemne", albo najlepiej "chrupkie". Osobiście widzę w tym dużo marketingu i przesady i zależy po prostu, gdzie się ucho przyłoży, niestety dla przeciętnego zjadacza nomen omen chleba, chleb ciemny będzie zdowy i koniec. Nie będzie on wnikał w jego skład.

Jakiś czas temu sprawdziłam dokładniej temat i porozmawiałam z paniami w piekarniach, dowiedziałam się przy tym, że chleby "ciemne" w dużej mierze wypiekane są i tak z mąki pszennej, z minimalną ilością mąki razowej, a za to z dużą dawką barwników. To samo dotyczy pieczywa w sklepach, gdzie jest wypiekany na miejscu. Zwracam szczególną uwagę na dość dużą ilość konserwantów w tych "świeżo wypiekanych" pieczywach. Po prostu płacimy na wrażenie "świeżości" i za to, że jest ono jeszcze ciepłe. Nie ma sensu przepłacać. Co z tym zrobić? Niewiele da się tak naprawdę.

Pieczywo chrupie? Jeśli ktoś nie jest w stanie jeść pieczywa chrupkiego (ja należę do tych ludzi. Już wolę zjeść coś bez pieczywa niż z tą tekturką :), to nie będzie tego nawet poważniej rozważał. 

Osobiście sięgam po chleby pełnoziarniste lub graham, żeby poza kalorycznością zapewnić sobie chociaż trochę witamin i mikroelementów. 

Jeśli chodzi o tosty, tak samo. Sięgam po pełnoziarniste, chociaż jestem kompletnie świadoma poziomu przetworzenia, to mi wystarczy do przyjemności, bo zdrowia się po tym pieczywie nie spodziewam za wiele :)

Marzenie, czyli chleb jak najbardziej naturalny i pełnoziarnisty albo graham czy razowy jest trudnodostępny, ale faktycznie bochenek chleba jest u mnie na prawie tydzień, więc szukam go niestrudzenie. Poza tym staram się w okolicznej piekarni wybierać pieczywo właśnie z mąki pełnoziarnistej, czasami z dodatkiem mąki orkiszowej (UWAGA, bo "chleb orkiszowy" oznacza, że jest mieszanką mąk, gdzie orkiszowej i tak jest najmniej. To samo jest z chlebami "żytnimi"). Wystarczy również szukać pieczywa z mąki jak najmniej przetworzonej, bogatej w mikroelementy i błonnik i od razu kanapki nabiorą innego smaku (są to mąki o najwyższym typie - więcej TU. Na co warto zwracać uwagę kupując mąkę na własne potrzeby).

Złota zasada pozostaje niezmienna: nie przesadzać i mieć dietę przede wszystkim różnorodną. Trzymając się tej zasady nie ma szansy na przesadę w którąkolwiek stronę. Nie warto natomiast czarować się, że każdy "ciemny" chleb jest zdrowy i pożywny, bo to nie jest zwyczajnie neutrealna prawda. Skład pieczywa jest tak samo ważny i wymagający weryfikacji. Oczywiście unikajmy za długiej listy składników. Na litość Pańską, to chleb... jak widzę ponad 20 składników to mnie dreszcz przerażenia przechodzi.

Aha! Jeszcze jedna zasada sprawdzania jakości chleba: dobry chcleb czerstwieje, przeładowany "chemią" pleśnieje. Długi termin przydatności wcale nie jest wadą "z założenia". Chleby naturalne mają bardzo długi termin przydatności, ale to też nie jest wytłumaczenie, dla chlebów tostowych czy innych, które miewają ponad miesięczny termin i powstają w wyniku wprost magii :)

 

Tradycyjnie ściąga:

ŚCIĄGA:

Pieczywa, mąki

 

- sprawdzajmy skład. Pytajmy o rodzaj mąki, jeśli nie jest widoczny – np. w piekarniach. Wybierajmy pieczywo z mąki pełnoziarnistej. Najlepiej razowej lub graham. Jeśli wolimy pieczywo pszenne, to unikajmy tego wysoko przetworzonego, z długą ilością składników (szczególnie przy pieczywie paczkowanym).

 

- Dobry chleb czerstwieje, marny jakościowo pleśnieje. Termin przydatności jest sprawą drugorzędną i nie świadczy bezpośrednio o jakości pieczywa. Ważniejsze jest, w jaki sposób odchodzi od przydatności do spożycia czyli właśnie czy czerstwieje, czy pleśnieje. Jeśli nie dzieje się nic, to go po prostu zjadamy.

 

-  Pieczywo tostowe z założenia jest wysoko przetworzone (żeby zachowywało się tak a nie inaczej po tostowaniu), ale i tak warto wybierać dobre firmy i tosty z mąki pełnoziarnistej

 

- Uwaga na pieczywo ciemne: sprawdzaj, czy skład przypadkiem nie jest jedynie wzbogacony dodatkiem mąki razowej. Wielu producentów i piekarni niestety nazywając chleb np. „razowy”, „orkiszowy”, „żytni” w rzeczywistości opiera się na mące pszennej ze znikomym dodatkiem mąki z nazwy, a przy tym stosuje dodatkowo barwniki (głównie karmel).

 

- ciepłe pieczywo w sieciach jest niestety nafaszerowane konserwantami, stabilizatorami i barwnikami. Zupełnie niepotrzebnie, ponieważ na pieczywo składają się tak naprawdę: mąka, woda, sól, zakwas. Wszystko ponad to powinno powstrzymać nas przed zakupem, jeśli akurat chcemy coś „prawdziwego”. To że bułka jest ciepła, czy też chleb, to niestety nie jest jeszcze żaden dowód dobrej jakości. A cena – co ważne- nie odbiega od pieczywa najwyższej jakości.

 

 Różnica zawsze polega na jednym: na naszym wyborze. Jeśli nie jesteśmy świadomi tego co kupujemy, po prostu przepłacamy za wrażenie i nie do końca ten produkt, którego się spodziewamy. Wybierając pieczywo róbmy to świadomie.

 

- PS. Najlepsze są mąki o najwyższym typie. (Bez względu na rodzaj ziarna). Czy to do wypieku ciast, czy pieczywa.   Warto o tym doczytać.

 



PS. Ciekawy artykuł znalazłam TU, chociaż nie do końca można się z nim zgodzić, to na pewno warto poczytać. Dla mnie jako Gdańszczanki, godne uwagi są komentarze i kilka lokalizacji piekarni, które na pewno będę chciała "namierzyć". Tosty są moją ukochaną fanaberią, ale zwykły chleb ma być jak najlepszy, nawet, jeśli zjadam go rzadko. Bo jestem tego warta ;)

Najlepiej po prostu ograniczać pieczywo. Jakie by nie było. Niezbyt sensowne jest pozwalanie, żeby było podstawą wszystkich posiłków i to już jest podstawowy krok do unikania dylematów "który lepszy". 

 

niedziela, 24 lipca 2011

Kocham komedie romantyczne. Naprawdę. Uwielbiam się powzruszać przy filmie o miłości, romansach, najlepiej z jakimś tragicznym wątkiem (ale niekoniecznie). Relaksuje mnie to, wprowadza w miły nastrój. (Nie lubię przedawkować, bo robi się mdło, ale co jakiś czas? Bardzo chętnie). No i trafiłam sobie na "Miłość i inne używki". Fabuła fajna, para miła i pyskata w sposób, jaki lubię, wątek dramatyczny jest, momentami jest zabawnie, wszystko cacy, ale nie mogę strawić, że film jest jedną wielką reklamą Viagry i jeszcze bardziej jej producenta - koncernu PFIZER.

Ja rozumiem i toleruję product placement, naprawdę zdaję sobie sprawę, że finansowanie sztuki przez koncerny jest normalne, ale jeśli powstaje fabularna reklama, to jest to już niestrawne. Nawet dla mnie.

sobota, 23 lipca 2011

Od najmłodszych lat byłam fanką sportu. Siatkówka była moją królową, razem z biegami i jazdą na rowerze, ale właściwie lubiłam większość dyscyplin. Bez względu na to, czy zespołowe, czy indywidualne. Po prostu kochałam sport. Z wiekiem miałam dla niego coraz mniej czasu, ale miłość na dnie serca pozostała i czasami lubię sobie popatrzeć, ponieważ jednym z największych atutów uprawiania sportu jest pięknie wyrzeźbione ciało. Nie każda dyscyplina daje taki efekt, a wyczynowe uprawianie sportu powoduje przeważnie przerost mięśni, ale niektóre sportsmenki mają ciała, na które mogę patrzeć długo, bo praca mięśni jest fascynująca sama w sobie. Mnie to kręci szczególnie u:.

tenisistek

 

gimnastyczek artystycznych

 

i siatkarek

 

 

oraz pływaczek, kobiet wykonujących skoki do wody

 

Świetnie wyrzeźbione figury. Ważne w tym jest to, że jest to efekt ćwiczenia, traningów i po prostu dużej ilości ruchu w życiu. Nigdy nie miałam dość determinacji, żeby przejść w sport wyczynowo, ponieważ wymaga to faktycznie dużo samozaparcia, podporządkowania i wyrzenień, ale wiem doskonale, że wystarczy nie unikać ruchu, parę razy w tygodniu pochodzić na spacery, pobiegać, przejść się po lesie, pojeździć na rowerze, porobić coś, co wprawia mieśnie w ruch, powodując ich przyjemne obolenie :) i ciało chętnie się temu poddaje. A wyrzeźbiona sportem figura wygląda po prostu apetycznie. I męska i kobieca. Lubię na nie patrzeć.

*nie podoba mi się przesada np. kulturystek, ale one też nie robią tego dla mnie, tylko dla siebie i fanów tej dyscypliny. Ważne jest to, że gdy się uprawia sporty to nie wie się, jak wygląda cellulit, rozstępy czy obwisła skóra albo oponki tłuszczu. I to jest najlepsza i najskuteczniejsza metoda na unikanie ich. Dieta też, ale bez ruchu ciało nie ma po prostu skąd nabrać rzeźby. Czytanie o kaloriach nie wyrobi ani jednego mięśnia i teksty "nie jem tego, czy tamtego, bo jestem na diecie" po prostu mnie bawią. Zjedz to kobieto, ale potem się poruszaj. I nie po to, żeby to spalić, tylko żeby się poruszać. A na marginesie, mało co jest tak seksowne, jak sama praca mięśni. Tylko jeszcze trzeba je mieć. Ciało wyrzeźbione ruchem (zupełnie niekoniecznie wyczynowym) jest po prostu seksowne, zdrowe, fajne i dla oka i w dotyku. Męskie też. Bezdyskusyjnie. I tłumaczenie się brakiem czasu, jest jedynie wytłumaczeniem dla lenistwa. Ale co kto lubi i co się komu podoba. Popieram również tych, którzy wykorzystują do tego seks, chociaż przy wysportowanym ciele jest to kumulacja doznań, a nie ćwiczenia fizyczne, którymi seks z założenia raczej chyba nie powinien być :)

czwartek, 21 lipca 2011

     

      

 

Kocham De Mono. Muzyka mojego okresu wczesnolicealnego. Dziś lubię posłuchać ich w samochodzie i śpiewać razem z nimi np:

"A kiedy przyjdzie na ciebie czas 
A przyjdzie czas na ciebie
Porwie cię wtedy wysoko tak
Do góry cię uniesie
A kiedy przyjdzie na ciebie czas
A przyjdzie czas na ciebie
Porwie cię wtedy do góry tak
Wysoko cię uniesie
Lecz nagle możesz zacząć spadać w dół
To już nie to samo"

Jeden z moich ulubionych zespołów z dawnych lat. Lubię. Nie są jakoś szalenie i porywczo oryginalni, melodia nie jest złożona, a i tak ich niezmiernie lubię. Czasami prostota jest największym rarytasem.

Nie wiem, jak ludzie to robią, że potrafią jednym słowem określić, jakiej muzyki słuchają. Ja właściwie lubię wszystko, w zależności od chwili, okoliczności, miejsca, czasu, towarzystwa, nastroju, pogody, poziomu hormonów, pory dnia/ nocy, poziomu wypoczęcia/zmęczenia. Praktycznie każda muzyka jest dobra, w zależności od okoliczności. Gdybym miała wyjechać na bezludną wyspę, na wiele miesięcy i miała sobie zrobić składankę, to byłoby na niej wszystko. Dokładnie każdy jeden gatunek. Od poważnej, przez pop, rap, r&b, jazz, rock, bollywoodzkie melodie, ścieżkę do tai chi, metal, techno, muzykę peruwiańską, chillout, pewnie też coś z buddha baru, blues, opery, poezję śpiewaną, ścieżki z kilku filmów, poprzez disco polo, italo disco, wszystko, najzwyczajniej w świecie. Nie lubię wybierać, jeśli nie muszę. (Gdy muszę też nie przepadam :). A to jest jedna z sytuacji, kiedy spokojnie można powiedzieć "biorę wszystko". 

sobota, 16 lipca 2011

Wiadomo, że trawa sąsiada jest bardziej zielona, ale nie ma co się oszukiwać, że drogi w Polsce są koszmarem kierowcy. Jeśli są już porządne, to są często płatne i krótkie. Niestety, co jak co, ale o porządnej infrastrukturze możemy dalej z utęsknieniem marzyć.

Kocham bezgranicznie same autostrady [szczególnie fragmenty bez ograniczenia prędkości, gdy można poczuć, co znaczy szybsza jazda, bez szczególnego poczucia ryzyka, które prawie zawsze towarzyszy na naszych drogach].

Pomijając dopuszczalną prędkość, największym atutem ruchu drogowego w Niemczech jest sama kultura jazdy. Kocham tamtejszą płynność, z jaką się poruszają samochody, nie ważne czy w mieście, czy poza nim. Gdzie każdy lewoskręt jest osobno wydzielony i ma własną sygnalizację, gdzie rowerzyści mają praktycznie wszędzie wydzielony własny pas, gdzie bezdyskusyjnie praktycznie każdy stosuje się do zasady "suwaka" opisanej przez Segrittę. Owszem, w Niemczech również zdarzają się wyjątki, ale raczej nie są tak nagminne, jak u nas: blokowanie lewego pasa, wyprzedzanie z prawej strony, bezsensowne używanie klaksonu z byle powodu, wymuszanie pierszeństwa, zajeżdżanie drogi i łamanie wszelkich przepisów, jakie tylko można sobie przypomnieć. W Niemczech nie spotkałam się z komentarzem "jeździć jak baba", którym w Polsce określa się każdego kiepskiego kierowcę. Ten stereotyp tam po prostu nie funkcjonuje, za to kobiety kierowcy traktowane są niezwykle dżentelmeńsko, gdy wiele razy ktoś mnie wpuścił, uśmiechając się i jeszcze kiwając na odjeździe (chociaż muszę przyznać, że w Polsce też się to zdarza i jeśli ktoś zachowuje się jak tzw burak, to raczej w stosunku do innych kierowców, a nie kierowców kobiet, jako takich). I tu, kolejną sprawą, którą pokochałam z założenia, są parkingi dla kobiet. Dokładnie. Tak jak wydzielone są miejsca dla inwalidów (i nikt poza nimi ich nie zajmuje), tak samo wydzielone są miejsca dla kobiet. Zlokalizowane są blisko wyjść/ wyjazdów. Piękna sprawa, którą odbieram jako ukłon w stronę kobiet.

W Niemczech rowerzyści i piesi również są zdyscyplinowani i nie trzeba obawiać się pojawienia ich w niespodziewanych miejscach. [Czego nie można powiedzieć o Holandii, gdzie znowu z założenia rowerzyści mają pierwszeństwo i należy spodziewać się ich wszędzie i z każdej strony, ale wiedząc o tym, po prostu przyjmuje się to jako oczywistość]. Do tego w Niemczech dopuszczalne jest 0,5‰ alkoholu we  krwi, co mnie nie dziwi, ponieważ jakość dróg i oznaczenia po prostu zdecydowanie minimalizują występowanie wypadków i ta ilość alkoholu raczej nie ma prawa sama w sobie powodować niekoordynacyji powodującej wypadki, a pozwala wypić lampkę wina do kolacji na mieście.

Czy jestem fanką Niemiec? W zakresie organizacji dróg, autostrad, rozplanowania ruchu w mieście, ba, synchronizacji świateł, płynności ruchu i całej logistyki, wydzielonych pasów dla autobusów, pieszych, rowerzystów, zakaz poruszania się po drogach maszyn ciężkich (które muszą być transportowane, aby nie blokować ruchu) i całej kultury jazdy, to tak, bardzo. Bardzo im tego zazdroszczę i chciałabym, żeby w Polsce w końcu zakończyć etap uczenia się na błędach i normalnego planowania dróg (perspektywicznie), budowania dróg dobrej jakości i bezpłatnych, bo w końcu wszyscy na to płacimy w akcyzie i pozostałych opłatach, z nadzieją, że kiedyś nam się to zwróci. Jest to jedno z moich marzeń: przejechać przez Polskę, Polskie miasta i pomyśleć sobie "tak to ma wyglądać". I niestety tego marzenia nie porzucę, bo poznając smak czegoś naprawdę dopracowanego nie potrafię sobie wmawiać, że to co się dzieje u nas, jest w jakikolwiek sposób akceptowalne i wytłumaczalne. Dlatego mam nadzieję, że w czasem będzie tych zmian coraz więcej i na lepsze, bo w Polsce jeszcze długo nie będzie miał racji bytu argument, że "lepsze jest wrogiem dobrego" ;) Patrząc jednak na zmiany, na powstające obwodnice i drogi można mieć sporo wiary, że kiedyś się to spełni.

Szerokiej drogi... :)

 

Trochę o przepisach można sobie przypomnieć TU

wtorek, 05 lipca 2011

W najnowszym numerze magazynu COACHING przeczytałam o sofie antystresowej, która jest autorskim projektem Tobiasa Fraenzela.

Więcej o sofie TU.

Więcej o samym projektancie i o jego projektach TU.

 

Zakochałam się w tym projekcie od pierwszego wejrzenia. Nie dość, że praktyczne rozwiązanie do mieszkania, to jeszcze pozwala się szybko wyżyć, zmęczyć i zmachać, albo po prostu pomęczyć ze śmiechem, gdy tylko przyjdzie nam to ochota. Dla mnie - genialne. Ciekawa tylko, czy i gdzie, będzie ją można kupić.

niedziela, 03 lipca 2011

Podobno każdy człowiek ma stałą liczbę uzależnień. Bardzo mnie to zastanawia i od jakiegoś czasu obserwuję to u siebie, żeby w ogóle zdefiniować własne uzależnienia i ilość ilość. Ciekawa jestem wyniku, (chociaż wątpię w jego objektywną wartość), bo właściwie byłam już uzależniona od chyba wszystkiego (może poza narkotykami, które na mnie po prostu nie robią większego wrażenia) i faktycznie jedynie obiekty podlegają wymianie, przez co ciężko mi zdefiniować ich stałą ilość. Dla mnie to zwyczajnie cecha kobieca. Zmienność. Jednak jak dojść do tego, jakiej ilości uzależnień się poddajemy? Nie mam pojęcia. 

Wg definicji TU:

"Uzależnienie– nabyta silna potrzeba wykonywania jakiejś czynności lub zażywania jakiejś substancji. W praktyce określenie to ma kilka znaczeń.

W języku potocznym termin "uzależnienie" jest stosowany głównie do osób, które nadużywają narkotyków (narkomania), leków (lekomania), alkoholu (alkoholizm), czy papierosów. W szerszym kontekście może odnosić się do wielu innych zachowań, np. gier hazardowych, oglądania telewizji, internetu, czy seksu. Są to uzależnienia często mniej znane i opisane, nie zawsze nawet określane w oficjalnych klasyfikacjach chorób, ICD-10 i DSM IV, jako zaburzenie. Dlatego współczesna psychologia traktuje pojęcie uzależnienia szeroko i zakłada, że obejmuje ono także (...) inne wypadki, kiedy ludzie czują się zmuszeni angażować się w ryzykowne, "wymykające się spod kontroli" zachowania (...)[1] "



Ważny drobiazg, że rozróżniamy uzależnienia fizjologiczne i chemiczne oraz społeczne.  Przy czym są one przecież ze sobą ścieśle powiazane, chociaż w różnych kombinacjach i nasileniu.

Niemniej, jeśli jest to prawda, to nasze życie zdeterminowane jest praktycznie przez nasze zainteresowania, pasje i właśnie uzależnienia. Cała reszta to jeszcze obowiązki i czyste, niczym nieskażone lenistwo, tylko właśnie nie wiem, czy te dwie działki też nie mogą wejść w sferę uzależnienia? Ile osób staje się nerwowa, drażliwa, agresywna, gdy nie może pracować (pracoholizm) a ile ma dokładnie to samo, gdy MUSI coś zrobić i oderwać się od nicnierobienia? :>

Ciekawi mnie tylko, czy ktokolwiek może o sobie powiedzieć (albo mogą to o nim powiedzieć lekarze ;), że od niczego nie jest uzależniony?

Jeśli nie, to byłoby to dla nas chociaż trochę pocieszające, w końcu każdy z nas tak bardzo lubi mówić, że robi, to co robi, BO LUBI ;)

Od jakiegoś czasu uczę siebie, że NIE PALĘ, bo lubię. Bo tak mi lepiej... Ale przy moim charakterze, nie jest to takie proste, bo jestem przekorna. Niemniej, nie ma już odwrotu. Nie znam ani jednego powodu, dla którego palenie jest fajne. I jestem szczęśliwa z każdej przerwy pomiędzy jednym papierosem a drugim. Jeszcze pozbyć się tych chwil, gdy palę... a jest ich już żałośnie mało. Niebawem nie będzie żadnej. Co mnie już dziś okrutnie cieszy. Niestety, muszę się nauczyć żyć bez papierosa, bo zapomniałam już, jak to było... Nauczę się i będzie mi z tym cudownie dobrze. Natarczywość nałogu jest jak niechciany adorator, któremu ulega się na spotkanie "dla świętego spokoju". W końcu wszystko da się zakończyć. I jeszcze muszę znaleźć inne uzależnienie w miejsce palenia, zgodnie z teorią z początku notki :)

Mój cel: bez samooszukiwania powiedzieć o sobie "jestem niepaląca" i nie tęsknić za papierosem jako takim. Jestem przekonana, że każdą chwilę, w której paliłam/palę coraz rzadziej, da się przeżyć bez dymu i smrodu. Przy czym ważne, żeby mi to nie przeszkadzało u innych. Znajomi już dziś żartując, żegnają się ze mną. Tak, oni też nie znają mnie jako niepalącej. Jak śpiewa HEY "Kawa, papieros, ja" to było o mnie. Oswajam się z nową sobą. Dziwne uczucie, ale podoba mi się. W końcu lubię zmiany, a szczególnie te, które sama inicjuję.