O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
środa, 29 czerwca 2011

Lubię być kobietą. Właściwie kocham być kobietą. Nie potrafiłabym być mężczyzną. Byłabym strasznie nienaturalny facetem. W byciu kobietą kocham przede wszystkim wszystkie możliwości, jakie przede mną stoją. Cały arsenał narzędzi, którymi operuję prawie bezwiednie ale bezczelnie skutecznie. Jak chcę porządzić światem ubieram krótką spódniczkę, szpilki, zakładam bransoletkę, przesadzam z tuszem do rzęs i to wszystko. Cała reszta dzieje się automatycznie. Gdy nie chce mi się w żaden sposób wpływać na otoczenie, to nie robię nic. Nie wykonuję ani jednego gestu. I mam spokój. Zupełnie świadomie z tego rezygnując, ba, dając innym kobietom pole do popisu. Mamy moc. Mężczyzna musi bardzo, ale to bardzo się napracować i to głównie głową. Nie są w stanie ująć nas samym wyglądem. Zaintrygować pustką obrazka. Dla wielu z nas najbardziej seksowny i pociągający jest mózg. Opakowanie jest ważne, ale drugorzędnie. Koniecznie, ale jednak drugorzędnie. Nigdy nie wstarczy. Natomiast nam, kobietom naprawdę nie raz wystarczy właśnie odpowiedni wygląd, UŚMIECH, gest głową, mimika, żeby zrobiło się wszystkim raźniej. Słowami dopełniamy całości. Czasami też samym głosem. Zauważyłam nie raz, że mężczyźni bardzo łatwo gubią wątek, gdy się ich rozkojarzy chociażby tembrem głosu. To pocieszne, ale głosem można zrobić z wieloma wiele. Jak i mową ciała. Wzrokiem, za którym pójdą na zatracenie. Nie nadużywam tego, jedynie, gdy mam akurat na to dzień, tak samo jak spódniczki i szpilek. To trochę nie fair w stosunku do facetów, no ale uśmiechem nie zrobimy krzywdy nikomu, a co najwyżej poprawimy im nastrój w nieciekawy dzień. Sobie ich odzwajemnionym uśmiechem też :)  (Nigdy nie rozumiałam, czemu uśmiech odbierany jest przez niektórych jak flirt. Toż to po prostu uśmiech a nie zaproszenie do tańca godowego... :)

I sama uwielbiam, gdy się do mnie uśmiechają. To jeden z moich fetyszy. Oby był naturalny i niewymuszony. Jestem kolekcjonerką uśmiechów, śmiechu, żartów sytuacyjnych. Gdy życie puszcza do mnie oko. Wszystkiego, co nam wszystkim wzajemnie daje plusy do nastroju. Życie jest za krótkie, żeby się nie uśmiechać, nie rozmawiać (w sposób konstruktywny, dający energii, inspirujący), nie uprzyjemniać sobie wspólnie spędzanego czasu. Tego, co nam psuje nastrój jest wystarczająco dużo. Nie można pozwalać na przewagę. Dlatego uśmiechem najprościej to niwelować. Banalnie prawdziwe. A jeśli ktoś ma problem z tym również, to cóż, to już jego problem. Malkontentom mówię, "nie". Nie poddaję się idiotycznym, zaściankowym marudom. A co dziwne, to są przeważnie ludzie, którzy wracając z urlopu zagranią egzaltują się otwartością ludzi, łatwością nawiązywania kontaktów, wymianą pozdrowień, uśmiechów mijanym ludziom, sąsiadom ze stolika obok, z leżaka obok na plaży i z sąsiedniego stolika przy hotelowym śniadaniu. Oh jacy wszyscy są otwarci i naturalni... a jak wracają do domów, to wracają również do swego narzekania na ludzi wokół. Ale sami się nie uśmiechną do nich, bo przecież po co. Eh ;)

Nic tylko  odziać się w kobiecość i z nutą infantylności pokazać im na czym polega cieszenie się chwilą, niekoniecznie na urlopie w Grecji. Mężczyźni w gruncie rzeczy też często za tym tęsknią. Tylko tak samo łatwo zapominają w swoim zabieganiu. Uzyskanie odwzajemnionego uśmiechu, rozpogodzenie ich twarzy bywa bezcenne. Dla nas. Dla nich też. Co by nie mówić, ale to akurat my, kobiety mamy dar rozpogodzania otoczenia. Niewiele z nas go wykorzystuje. A szkoda. (Pewnie ta moda na bycie poważnie poważną determinuje tą posępność, no to powodzenia z takim podejściem. Tylko od tego robią się paskudne zmarszczki. Wystarczy popatrzeć na kobiety pogodne, naturalnie kobiece i zadowolone z siebie... One wyglądają jakby zapomniały się zestarzeć. Ale to dzięki podejściu i uśmiechowi, mają tak piękne twarze. Nie dzięki sztucznej charakteryzacji). I potrafią być bezwsydnie kobiecie, kokieteryjne, uwodzicielskie i apetyczne. Bez względu na wiek. Nie widzę powodu, dlaczego się im zazdrości (pomijam zawiść), skoro KAŻDA kobieta może taka być. I to w każdym wieku. Wykorzystując to, co ma najfajniejszego. Ładny dekolt, piękny uśmiech, oczy, włosy, plecy, nogi, talię. Chowanie tego w imię nowoczesności jest wprost zbrodnią przeciw kobiecości. Bezkarną. Niestety.

Kwestionariusz Prousta, czyli pytania, które w XIX wieku krążyły wśród bywalców europejskich salonów. Polecam na wieczorny "chill out" jako zabawę ze sobą, ale też dla znajomych. 

Pytania: http://www.limetka.pl/kwestionariusz_prousta

 

Jak się nazywasz? LMarzena
Główna cecha mojego charakteru: spokój

 

Cechy, których szukam u mężczyzny: optymizm, realizm, poczucie humoru, otwartość umysłu, ciekawość świata i ludzi, empatia

 

Cechy, których szukam u kobiety: empatia, brak małostkowoci, poczucie humoru, otwarty umysł

 

Co cenię najbardziej u przyjaciół: lojalność, wyrozumiałość, wspólnie spędzany czas

 

Moja główna wada: upór

 

Moje ulubione zajęcie: czytanie (wszystkiego), spacery, przerysowana egzaltacja światem

 

Moje marzenie o szczęściu: po prostu je czuć, bo te jest osiągalne w każdej chwili

 

Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: przemijanie, ale w wymiarze całokształtu życia

 

Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: brak nadziei

 

Kim (lub czym) chciałabym być, gdybym nie była tym, kim jestem: nie ma takiej opcji

 

Kiedy kłamię: z założenia nie kłamię. jak już, to fantazjuję :)

 

Słowa, których nadużywam: no i? poważnie? wyjdź

 

Ulubieni bohaterowie literaccy: w każdej książce takiego znajduję...

 

Ulubieni bohaterowie życia codziennego: moja ś.p. babcia, mój mąż

 

Czego nie cierpie ponad wszystko: lenistwa blokującego zmiany

 

Moja dewiza: nie ma rzeczy niemożliwych

 

Dar natury, który chciałabym posiadać: talent wyrażania się poprzez sztukę. obojętnie jaką techniką

 

Jak chciałabym umrzeć: nieświadomie

 

Obecny stan mojego umysłu: błogi spokój i otwartość

 

Błędy, które najłatwiej wybaczam: niezamierzone i za którymi idzie "przepraszam"




 

Lubię czasami czytać innych, a teraz zabawiłam się ze sobą :)

 

Im bardziej szukam materiałów na temat slow life, tym bardziej widzę, że o ile temat jest ciągle "szturchany" o tyle ciągle ze średnim powodzeniem. Nie znajduję wielu książek, a to dla mnie ważne źródło informacji, ważne również opiniotwórczo. Trudno. Będę sklecać dalej znajdowane linki i materiały. 

Kolejny TU.

Smuci mnie trochę, że nie można znaleźć czegoś na styl "kompendium wiedzy o slow life" ale z drugiej strony, może i dobrze. Może dzięki temu każdy może sobie dobierać to, co dla niego istotne, pomocne, ważne. Każdy może zwolnić tam, gdzie mu jest to potrzebne. W wybranej przez siebie dziedzinie. W końcu na tym polega slow life, żeby dostosować jakość życia pod siebie, a nie swoje życie pod presję otoczenia, mody, mediów.

Tak mi się przypomniała właśnie nagonka na skądinąd popularną książkę "Jedz, módl się, kochaj" Elizabeth Gilbert. Pamiętam, że przeczytałam ją pierwszy raz, gdy się ukazała, więc kilka lat temu. Dopiero później, z różnych źródeł, dowiedziałam się jak zła jest to książka :)

No cóż. Ja lubię wyrabiać sobie zdanie o książkach (i nie tylko) na podstawie własnych odczuć, przemyśleń. Nie lubię ulegać wpływom cudzego widzimisię. Dla mnie osobiście książka ta była bardzo kojąca, naładowała mnie pozytywną energią. Lubię podchodzić do książek bardzo selektywnie w odbiorze. Gdy czytałam o perypetiach głównej bohaterki, o jej przezyciach, decyzjach, zastanawiałam się, jak to się ma do mnie. A miało się bardzo. Każdemu z nas zdarza się tkwić (dłużej lub krócej) w niechcianych przez nas układach, konstelacjach towarzystkich czy odbierających energię okolicznościach, jak chociażby środowisko pracy. Książka Gilbert bardzo pozytywnie na mnie wpłynęła. Nie dlatego, że wzięłam plecak, kartę kredytową i ruszyłam na drugi koniec świata poznawać kultury od których od dawna marzę, ale że na początek dojrzewała we mnie myśl o możliwości i konieczności zmian. Niby oczywiste... A absolutnie tak nie jest. Wielu z nas tkwi w nieskończoność w chorych układach przede wszystkim z braku motywacji do urwania ich. Do zakończenia. Ze strachu wynikającego z braku alternatywy. Co jest potworne samo w sobie jak tkwienie w nałogu chociażby palenia (z którym od jakiegoś czasu również kończę). Nikt nie mówi, że zmiany przychodzą tak łatwo jak w książkach, które siłą rzeczy omijają cały proces jakim jest ZMIANA. Pewnie, że czytając o decyzjach podejmowanych z dnia na dzień można zwątpić w ich sens. A szkoda.

Zapewniam, że zmiana to proces. Najpierw rodzi się najważniejsze czyli MYŚL. Jak to fajnie jest powiedziane w "Incepcji", raz zakorzenionej nie można wyplenić. Niech ta myśl trafi na podatny grunt, jakim jest nasza POTRZEBA, a potem już się toczy własnym torem, pokazując nam kolejne etapy ZMIANY. We wszystkim. Absolutnie, uniwersalnie we wszystkim.

Gdy dziś na siebie patrzę, wiem, że nie byłabym tak zadowolona z siebie i swojego życia, gdyby kiedyś nie narodziła się myśl o chęci zmiany. A już kiedyś przekonałam się, że moje marzenia się spełniają. Każdego marzenia się spełniają, tylko trzeba dać im szansę i działać. Czasami małymi krokami, czasami drastycznymi działaniami. Najgorsze jest nic-nie-robienie i narzekanie. Niczego tak w życiu nie unikam, jak ludzi narzekających i nie chcacych tego zmienić. Zrozumiała jest dla mnie trudność zmiany, ale nietoleruję braku działania. Jestem w tym apodyktyczna. W stosunku do siebie głównie. Ale to wynika z tego, że wiem, że ludzie z natury często wolą narzekać i nic nie robić. Marnując energię i swoją i innych. Każda zmiana jest możliwa. A możliwości? Żeby je poznać, trzeba cokolwiek konsekwentnie robić. Cokolwiek. Od samego marudzenia nie zrobi się nic. No i podstawa, to wiara. Boże, jak to banalnie brzmi, ale bez niej nie nastąpi nic. I do cholery, nie poddawać się po byle porażce. Gdyby każdy się poddawał po pierwszym upadku, to do dziś byśmy peuzali chyba po ziemi, nie potrafiąc zrobić kroku, nie mówiąc o bieganiu. Potrzeba zmiany. Potrzeba poprawienia. Potrzeba i chęć bycia zadowolonym z życia. Tak. To tyle. Wewnętrzna motywacja czyni cuda. Pomocna ręka przyjaciół dopełnia całości. A co najważniejsze, gdy się osiągnie pierwszy szczyt to zostaje w nas najważniejsze: pełna świadomość, że się da, że można, że warto iść dalej. Czy coś może lepiej motywować?

sobota, 25 czerwca 2011

Stoję przed bramą cmentarza. Za sobą słyszę rozmowę.

DZIEWCZYNKA: a kiedy pójdziemy do cioci?

OJCIEC: byliśmy właśnie. ciocia leży tam w grobie

DZIEWCZYNKA: a dlaczego ciocia tam leży?

OJCIEC: bo nie żyje

DZIEWCZYNKA: ciocia nie żyje?!!!

OJCIEC: no nie żyje

DZIEWCZYNKA[szczerze zmarwiona]: ojej.... ojej....

 

[nie mogłam się nie zaśmiać, po prostu nie wytrzymałam. Rodzice dziewczynki skarcili mnie wzrokiem. Tak, zrobiło mi się głupio, bo zrozumiałam, że oni kompletnie nie poczuli absurdu rozmowy. Mają do tego prawo.]

Dzieci jeszcze tak pięknie nie kojarzą faktów. Ale to jest właśnie furtka wyobraźni. Brak myślenia przyczynowo skutkowego pozwala widzieć INNE rozwiązania, wyjścia, zastosowania, rozwinięcia. Dziecko nie ma tendencji do dopowiadania, uzupełniania, dopiero się tego uczy. Z wiekiem będzie się uczyło, jak tego nie doprowadzić do skrajnej perfekcji. O ile oczywiście będzie chciało zachować żywą i czynną wyobraźnię. Chociaż nie ma się co oszukiwać, są zawody, profesje, zajęcia, w których nadmiar wyobraźni jest wręcz szkodliwy i przeszkadza. Gdzie wymagana jest skrajna precyzja i działanie wg ustalonych sztywno wzorców i szablonów oraz procedur. Myślę, że do takich zawodów doskonale nadają się ludzie, którzy nie mają wyobraźni. Nigdy nie mieli. Przynajmniej się nie męczą. Całe szczęście, że świat jest tak różnorodny. Gdyby wszyscy mieli podobny poziom wyobraźni, poczucia absurdu, albo abstrakcyjne poczucie humoru to zabrakłoby równowagi.

Życie bez wyobraźni byłoby dla mnie potwornie nudne. Tak wyobraźnia, jak i abstrakcyjne poczucie humoru i ciekawość świata są dla mnie moimi najcenniejszymi cechami. Zaletami. Talentami. Cała reszta kręci się właściwie wokół tego i zdobywana wiedza, doświadczenie wykorzystywane są do łączenia ich z wyobraźnią.  To daje efekty. Dla mnie najważniejsze.

Jak to się ma do slow? Ma się na tyle, że pozwala elastyczniej wybierać, co i kiedy robić. Elastycznie, znaczy zmieniać zdanie, dostosowywać otoczenie na ile się da pod nasze potrzeby, wykorzystywać nadarzające się okazje, ale też kreować je. Widząc punkt A, nie zawsze wnioskować, że za nim musi być punkt B. Często sami decydujemy, czy będzie to C czy Z, czy zostawiamy i zaczynamy od nowa w innym miejscu. Konsekwencja w życiu ma się odnosić do naszych własnych celów i marzeń (tych, które chcemy spełnić), albo podejmowanych działań, które mogą nas przybliżyć do spełnienia marzeń. Naszych marzeń. Mamy jedno życie, nie warto o tym zapominać. Najważniejsze jest żyć tak, jak chcemy, jak nam odpowiada. A to wcale nie jest tak oczywiste.

Osobiście uważam za potwornie smutne, gdy ludzie żyją cudzym życiem, albo marzą, żeby mieć życie jak ktoś inny (i je po prostu kopiują, albo obsesyjnie śledzą). Jak się żyje slow (nawet, jeśli się o tym nie wie), to się kocha własne życie. I to bardzo. Jakie by nie było, nie porównuje się go do życia innych. Nie ma zupełnie takiej potrzeby. To jest podobno jeden z objawów szczęścia. Jest nam dobrze, bardzo dobrze, w naszej własnej skórze. I życiu.

I tak na koniec: poczucie humoru potrzebne jest ludzkości do przetrwania. Dla samej rozrywki, ale może szczególnie, w sytuacjach trudnych, kryzysowych, w wysokim napięciu. Tylko ważne jest jeszcze trafiać we wspólne poczucie humoru, bo chociaż śmianie się w pojedynkę jest przyjemnością samą w sobie, ale dzielenie się śmiechem jest przyjemności tej mnożeniem. Właściwie zawsze widzę, gdy ktoś chce być zabawny, gdzie ma być dowcip, żart, skecz, chociaż nie zawsze mnie to śmieszy, bo nie wszystko co ma być zabawne, takie jest. O wiele częściej zabawne jest coś, co z założenia takie być nie miało. Lubię widzieć zabawność w rzeczach nie stworzonych by bawić (co miewa swoje plusy i minusy, bo nie raz zmusza mnie do przepraszającego spojrzenia w stosunku do urażonych osób. Rozumiem ich i daję im naprawdę do tego prawo. Nie każdy musi mieć przerysowane poczucie abstrakcyjnego poczucia humoru. Ja je mam od zawsze i lubię, gdy wychodzi w najmniej przewidywalnych sytuacjach). Jest to jeden z talentów pozwalających rozładować najbardziej napiętą atmosferę. Bezcenne. Myk polega jednak na tym, że czasami nie przychodzi, chociaż bardzo się go potrzebuje, albo przychodzi, gdy wolelibyśmy zachować kamienną twarz. No cóż. Abstrakcja to abstrakcja :)

Ciekawy wywiad odnośnie poczucia humoru znalazłam TU. Zwracam szczególną uwagę na zdanie: "Badania wykazały, że osoby z wysokim i z niskim poczuciem humoru różnią się w odbiorze sytuacji stresowych. Ludzie z wysokim poczuciem humoru widzą je w kategorii pasjonujących wyzwań, czegoś co jest trudne, ale czemu można sprostać. Z reguły mają wyższe poczucie własnej wartości, podchodzą do życia zadaniowo, obierając drogę konfrontacji z problemem i pozytywnego przewartościowania. W przypadku sytuacji, nad którą nie mają kontroli (jak choroba czy śmierć), umieją się zdystansować. Ludzie z mniejszym poczuciem humoru tę samą sytuację odbierają jako zagrożenie lub stratę i krzywdę. W radzeniu sobie ze stresem stosują strategię typu unikanie, wypieranie, nieprzyznawanie się. "

oraz

"(...)Dlatego mi odpowiada definicja, że poczucie humoru to cecha charakteru. Choć opisywane jest też jako zdolność do dostrzegania i rozumienia sytuacji zabawnych. Różnimy się pod tym względem.

Jedni mają łatwość w wychwytywaniu niewerbalnych sygnałów, że komunikat jest „nie na serio”. Innym te subtelności umykają. Pierwsi zauważają towarzyszący przekazowi charakterystyczny uśmieszek czy ton. Drudzy zupełnie nie, przez co nie odróżniają sytuacji poważnej od żartu."



I absolutnie się pod nimi podpisuję. Wszyscy, których uważam za ludzi Sukcesu, mają przy tym świetne, na wysokim poziomie, poczucie humoru, którym potrafią zabłysnąć w każdej sytuacji. Zachowanie poczucia humoru w najbardziej stresujących sytuacjach jest naprawdę jedną z najważniejszych umiejętności (i jedną z najtrudniejszych do opanowania, o ile w ogóle można się tego nauczyć...). Dowodzi o opanowaniu, dystansie i pomaga w niejednym kryzysie, gdy inni siedzą z żyłką spuchniętą z napięcia i stresu. Osoby umiejące powiedzieć w takich chwilach DOBRY teksty, który rozładuje napięcie, poprawi atmosferę i pozwoli iść dalej, pokazując, że dana sytuacja jedynie wydaje się być tak trudna, są mistrzami przywództwa. Rzadkie jednostki, ale jednak się zdarzają i stanowią dla mnie autorytety w kwestii radzenia sobie ze stresem. Ważne, że jakość poczucia humoru jest w takich sytuacjach kluczowa, gdyż tekst zbyt suchy, niskich lotów, żenujący, może wszystko jedynie pogorszyć, doprowadzając do rozjuszenia, a do tego robi z autora idiotę. Dlatego poczucie humoru jest tak ważne, jak i jego jakość i poziom. Ale to wiedzieli już nawet starożytni Grecy. Czasami tylko śmiech pozwala chronić przed szaleństwem ;)

środa, 22 czerwca 2011

Materiał ze strony TVP, z programu telewizji śniadaniowej. Miniwywiad z psychologiem Wojciechem Eichelbergierem i modelką Agnieszką Maciąg. LINK:

– To nie pośpiech wywołuje stres, ale stres wywołuje pośpiech – mówił psycholog Wojciech Eichelberger w „Pytaniu na śniadanie”  – Idea slow life polega na tym, by skoncentrować się na chwili obecnej, na tym, co w danej chwili robimy, nie wybiegać myślą do przodu – mówił.

 

Myślę, że ten wywiad w części oddaje ideę slow. Najważniejsze jest zrozumienie, że slow nie jest life stylem dla wybranych a już szczególnie dla bogatych. Bogaci ludzie potrafią być tak samo zapracowani, zestresowani i zagonieni jak każdy. Ja nie do końca rozumiem, skąd w ludziach przekonanie (które sama długo miałam), że drogą do spełniania celów i marzeń jest ciężka, bardzo ciężka praca. Nie mówiło się, że ważniejsza jest konsekwentność. A tak właśnie jest.

Ważna w slow life jest przede wszystkim sama motywacja. Motywacja do przejścia na bardziej zrównoważoną stronę. Na czerpanie przyjemności z tego co jest, a nie nerwowe czekanie na to co będzie. Na realizowanie celów i spełnianie marzeń ale bez frustracji i gonienia się, ani ganienia za np. opieszałość. Jeśli wiemy czego chcemy, naprawdę nie musimy wyjść z siebie, żeby do tego dojść. Po drodze, gdy idziemy nią uważnie, można trafić na niemniej ciekawe rzeczy. Boże, piszę o tym, jakbym to odkrywała na nowo, ale ciągle mnie to zaskakuje. Całe życie. Im bardziej na to pozwalam, tym bardziej los podsuwa fajne sytuacje. A to co ma się kręcić i tak się kręci.

Ważna zasada dla realizacji życia w slow life: nie uważać się za niezastąpionego. Ba, nie chcieć być niezastąpionym. Naprawdę nic się nie stanie, jak niektóre rzeczy zrobi ktoś inny. My mamy więcej czasu dla siebie, a ten ktoś ma poczucie, że jest przydatny, co mu akurat w danym momencie jest potrzebne (i nie jest to uwaga do szefów wykorzystujących pracowników, bo przy wielu w Polsce można mieć takie wrażenie). Przypomina mi się przy tej okazji pewna koleżanka, która jest mistrzynią w nieobarczaniu się nadmiarem zadań i obowiązków. Ona wie czego chce, doskonale wie, co musi robić, co powinna a co dobrze będzie zrobić, ale nic ponad to. I nie wpływa to w żadnym stopniu na jej koleżeńskość, sympatię do niej czy jej relacje z innymi (chociaż niektórzy mają jej za złe, że nie daje sobie "wcisnąć" pracy). Dawno się z nią nie widziałam, ale jestem przekonana, że dalej się tego trzyma.

Bo podstawą slow life jest asertywność. W ogóle, jak już pisałam slow life opiera się na wielu zasadach, które obecnie rozpisane, rozrysowane i przeanalizowane są przez psychologię, a tak naprawdę wywodzą się z filozofii. I to bardzo pierwotnej. Slow life jest kumulacją asertywności, umiejetności zarządzania sobą w czasie, dystansu, carpe diem, korzystania z chwili i jednocześnie umiejętnego planowania. które w duzej mierze pozwala się cieszyć tym, co już osiągnęliśmy. Niby nic nowego, tylko w nowym ubraniu.

Agnieszka Maciąg bardzo delikatnie dała właśnie do zrozumienia, że slow life to asertywność. Umiejętność odmawiania. I cała sztuka polega na tym, żeby wiedzieć kiedy i czego i komu odmawiać, żeby sobie nie zrobić pod górę w ważnych dla nas sprawach. Ktoś powie, że to wyrachowanie, ale to idiotyczne. To po prostu element planowanie. Świadome odmawianie, gdy jest nam nie podrodze, gdy propozycja czy prośba w prostej linii nam przeszkadza. Przynajmniejw  danej chwili. Nie ma w tym nic negatywnego. Ale tego też trzeba się nauczyć. Co niestety wielu przychodzi z trudnością, ponieważ często ludzie wychowywani są na "grzecznych" co ma oznaczać "nieodmawiających". Nie ma NIC negatywnego, jeśli komuś odmawiamy. Jeśli odpowiadamy "nie teraz", "może jutro", "zadzwoń wieczorem", albo po prostu "niestety, ale nie". Ludzie często tak po prostu robią, ale gdy sami to słyszą skłonni są do obrażenia się. To już ich problem. Oczywiście nie jest to zasada generalna, bo są od niej wyjątki, jak i wyjątkowe bywają prośby, ale można spokojnie wyjść z założenia, że odmawianie NIE JEST niegrzeczne. Jest naszym naturalnym prawem, przez które nie powinno nam być nawet głupio. Dopóki sami zachowamy się przy tym kulturalnie (nie chamsko), to nie robimy nic nagannego i druga strona nie ma podstaw, żeby się obrazić czy zarzuć nam egoizm. Jeśli to zrobi, to warto się zastanowić nad taką znajomością. Niby dlaczego ktoś miałby od nas oczekiwać, że jego dobro, czy sprawy będą ważniejsze dla nas niż nasze własne? Nawet jeśli to egoizm, to mamy do niego prawo. I oczywiście szanujemy to w dwie strony. Żeby nie było wątpliwości :)

Myślę, że niewiele osób kieruje się przy odmawianiu zwykłą złośliwością. A jeśli tak, to też pewnie jest tego jakaś przyczyna. No ale o tym to już trzeba po prostu porozmawiać. W pierwszej kolejności najważniejsza jest zdrowa asertywność. Bez niej daleko się nie zajdzie, bo też jak, gdy się idzie ciągle drogą cudzych próśb i oczekiwań?

 Nie raz, odmawiając, poczujemy się lepiej, niż gdy się zgodzimy, z duszą na ramieniu. Są ludzie, dla których pomaganie innym należy do sensu życia i kochają być potrzebni wszystkim i zawsze i się w tym spełniają, ale naprawdę nie każdy musi taki być. I mamy zupełnie prawo decydować kiedy i komu pomagamy, z kim spędzamy czas i w czyje sprawy się angażujemy. Idea "pomagam zawsze i każdemu" jest albo wielką hipokryzją i zakłamaniem, albo nurtem prowadzącym do wychowywania ludzi żyjących w pełnym poświęceniu dla dobra innych. Tacy ludzie zostają świętymi i się ich podziwia, ale nie każdy musi naśladować. Jeśli mamy w życiu inne cele, marzenia, spełniamy się w innym zakresie, jeśli robimy coś, co jest też ważne i daje nam radość, to się tego trzymajmy. Angażując się nadmiernie w pomoc innym (np poprzez wolontariat) możemy bardzo unieszczęśliwić siebie. Więc lepiej pomagać na inne sposoby takich instytucjom, a skupić się na realizowaniu tego, do czego się najlepiej nadajemy i odmawiajmy bez wyrzutów sumienia i zbytniego przepraszania prośbom, których nie możemy lub nie chcemy z jakichkolwiek względów spełniać. Ja tego oczekuję też w stosunku do siebie. I źle bym się czuła, jak bym się dowiedziała, że ktoś spełniając moją prośbę np. zrezygnował z czegoś ważnego dla siebie. To jest właśnie asertywność.  

wtorek, 21 czerwca 2011

 Czasami lubię iść pospacerować po mieście, żeby się zresetować, przełączyć na odbiór i czystą percepcję mijanych miejsc. I przystanąć i powzdychać z uśmiechem. Aparat fotograficzny ma tę magiczną moc, że ludzie patrzą na mój uśmiech "do nie wiadomo czego" z pobłażaniem i czasami przystają, patrząc na co patrzę. Fajne chwile. Lubię takie samotne spacery.

 Aż korciło żeby zdmuchnąć, ale to było dość duże poletko dmuchawców. To by mogło się dziwnie skończyć :)

 

Musiałam to zobaczyć, żeby naprawdę zrozumieć banał parkowania samochodem. Co zabawne, po obserwacji zawracania tego statku na Motławie, jakoś naprawdę łatwiej mi się parkuje samochodem. Tego mi było trzeba... :)

Bo ja kocham Gdańsk.

I jego historyczną...

architekturę.

Chyba wszyscy z mojego pokolenia czytali te same książki, ale jak zobaczyłam "Klechdy" to aż podskoczyłam... powstrzymałam się jednak przed zakupem. Kiedyś je jednak znowu znajdę.

Najsmutniejsze zdjęcie przyrody, jakie kiedykolwiek zrobiłam. Wg mojej wizji bączek(?) leciał z kwiatem i zatrzymał się, żeby odpocząć na dmuchawcu. I tak został. Nie znam się na roślinach i owadach, ale te zdjęcie jest dla mnie smutne. A może niesłusznie? 

niedziela, 19 czerwca 2011

Chomikowanie zwane zbieractwem. Gromadzeniem śmieci pt "bo to się może przydać". Jakoś nigdy tego nie przyjęłam. Może dzięki temu, że od wczesnej młodości wiele razy się przeprowadzałam i właściwie dopiero po ślubie osiadłam w jednym miejscu. Przez lata przeprowadzek pomiędzy krajami i miastami nauczyłam się nie zbierać. Mam jedynie rzeczy, które są mi potrzebne, lub które mają szczególną wartość sentymentalną oraz książki, których nierozpakowane kartony dalej stoją w piwnicy. Poza tym wyrzucam wszystko dość szybko. Jakoś lubię mieć zawsze poczucie, że w razie kolejnej przeprowadzki jestem w stanie zapakować się znowu szybko i bezboleśnie. Dzięki temu uskuteczniam coroczne przeglądy szaf i szafek + piwnicę i toczę kilka wojen z mężem o niektóre "możesięprzydasie" typu stare kable, od komputerów których już nie mamy, po zepsute urządzenia, których nie opłaca się naprawiać czy inne pierdoły, których celu nie da się na dziś określić. To samo dzieje się z nienoszonymi od lat ubraniami (organizacje harytatywne zrobią z tym porządek i przynajmniej jakiś użytek. Ja już nie). Jakoś nie ma ani jednej rzeczy, o której pomyślałabym po latach "a teraz to by się przydało". Przydasie są śmieciami. Bez sentymentu. Koniec kropka. To samo dotyczy porządku w dokumentach i papierach. Jest grupa dokumentów, które należy trzymać przez określony czas, ale potem natychmiast, gdy sprawa się przedawnia, out. Zapłacone rachunki to samo. (Jeśli chodzi o rachunki, to polecam archiwizowanie historii rachunków, na pamięci komputera, bo oczywiście każdy już dziś chyba korzysta z konta internetowo? :)

Chociaż robię tak od wczesnej młodości, to sprawdza mi się do dziś. A przy okazji miło było o tym przeczytać gdzieś kiedyś, jako o złotej zasadzie porządku. No cóż. Mogę ją tylko potwierdzić. Przydasie nie istnieją :)

Ma to dodatkowo wielkiego, potężnego wprost plusa: sprzątanie całego mieszkania, gruntowne, zajmuje 1godz., bo nie mam miliona bibelotów, które wymagają przestawiania, ustawiania, układania i porządkowania. A nietracenie czasu na utrzymywanie porządku (chociaż do pedantki mi daleko ;) jest dla mnie ważne. W ogóle bardzo cenię sobie wszystko, co mi ułatwia życie, uproszcza, skraca czas robienia rzeczy, które zrobione być muszą. A nawet takie rzeczy lubię robić w sposób możliwie uproszczony. Sprzątanie, pranie, prasowanie, to nie filozofia. To konieczności, dlatego trzeba je sobie maksymalnie uprzyjemniać i skracać czas na ich wykonywanie.

 
1 , 2