O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
wtorek, 31 maja 2011

Pracuję skupiona nad kolejną sprawą związaną z "ratowaniem świata i delfinków". Cisza, jedynie radio z muzyką chilli umila mi czas.

Telefon. Dzwoni. Nie odrywam się, dopóki nie skończę zdania. Telefon. Dzwoni. Dalej. Odbieram.

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Dzień dobry. Nazywam się (?), dzwonię z (?) i chciałam zapytać, czy  rozmawiam z Panią K?

JA: [poprawiam przekręcone nazwisko]  Słucham Panią.

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Czy lubi Pani muzykę poważną?

JA[oho]:  A dlaczego Pani pyta?

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Bo chciałabym wysłać Pani wspaniały prezent. Zestaw powitalny, który będzie zawierał… to lubi Pani, tak?

JA: Jaki zestaw powitalny? Dzwoni Pani z jakiegoś klubu? Może Pani powtórzyć nazwę firmy?

KOBIECY GŁOS: (podaje)

a ja sobie szybko poguglałam i słuchałam jej jednym uchem.

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Wyślę Pani zestaw powitalny..

JA: a czy mogę z niego zrezygnować?

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: będzie mogła Pani w każdej chwili zrezygnować. Nie ma problemu. Jak się Pani nasza kolekcja nie spodoba, to telefoniczne, bądź mejlowo może Pani bez problemu w  ciągu 10 dni od otrzymaniu upominku zrezygnować.

JA: A muszę go odesłać, jak mi się nie spodoba?

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Nie, nie. To prezent od nas.

JA: Ale zrezygnować mogę pisemnie?

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Nie, nie, nie ma nawet takiej potrzeby. Może być telefonicznie, faxem lub mejlem. Więc lubi Pani muzykę poważną, rozumiem? To może ja Pani opiszę, co zawiera nasz zestaw powitalny, który do Pani wyślę.

JA: Słucham.

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Wyślę do Pani zestaw powitalny zawierający dwie płyty z muzyką Szopena i Mozarta, ale dodatkowo z książeczkami opisującymi (nie wiem co, bo się zawiesiłam na czytaniu znalezionych stron) i wspaniałe, duże słuchawki radiowe (??) oraz segregator i pierwszym numerem naszej kolekcji.

JA: Mhm

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Więc wyślę do Pani taki zestaw powitalny, przy odbiorze uiści Pani drobną opłatę 14złotych 99groszy i potem na spokojnie zapozna się Pani z prezentem.

JA: Czyli tylko ta drobna opłata i to wszystko?

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Tak właśnie. Chciałabym w tej chwili tylko potwierdzić Pani dane. Czyli Pani K. miejsce zamieszkania ul…, i tylko proszę właściwie podać mi jeszcze Pani numer kodu i…

JA: Ja mam jeszcze takie drobne pytanie, pozwoli Pani. A skąd macie Państwo moje dane?

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Z takiej firmy. Wie Pani jak to jest, tu i tam wyrażamy zgodę na przetwarzanie naszych danych osobowych do celów marketingowych i potem właśnie takie firmy jak nasza mogą się z Panią skontaktować.

JA: Aha.  No tak. A jak się nazywa ta firma?

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: (podaje nazwę), ale to jest tylko jedna z wielu.

JA: Aha. I wy kupujecie dane?

A ja sobie znowu googlam.

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Dokładnie. Więc teraz proszę mi podać jeszcze Pani kod i wysyłamy do Pani pakiet powitalny i po zapoznaniu się, będzie mogła Pani z niego zrezygnować, ale mamy nadzieję, że kolekcja się Pani spodoba i dołączy Pani do grona naszych zadowolonych klientów

JA: Hm. Dziękuję Pani, ale ja jednak podziękuję.

KOBIECY GŁOS[szybko i energicznie]: Ale za co? Proszę podać mi swój kod i zakończymy rozmowę, a ja…

JA: Ale ja dziękuję. Nie interesuje mnie oferta, prezent i pakiet powitalny za 14,99zł z możliwością rezygnacji.

KOBIECY GŁOS [mocno podirytowany]: Ale co to znaczy? Już się Pani zgodziła, ja poproszę tylko o Pani numer kodu i..

JA: Nie, proszę Pani, ja się nie zgodziłam na wysyłkę. Ja dopytywałam o szczegóły. I teraz Pani mówię, że nie jestem zainteresowana. Ostatecznie.

KOBIECY GŁOS: Ale dlaczego nie?

JA: Ponieważ Państwa oferta mnie nie interesuje.

KOBIECY GŁOS: Ale..

JA: Dziękuję Pani.

I się pożegnałyśmy czule i z żalem liczę na to, że więcej nie zadzwoni.

Jednak (jak skończyłyśmy rozmowę, zanim poszłam zrobić sobie kawę) przypomniałam sobie perypetie z innym klubem. Wieki temu. Kupiłam od nich jedną książkę. Kolejne przysyłali mi już sami. Według własnego uznania i z fakturą na mnie. Na początku poświęcałam się, czas, pieniądze i im odsyłam. Jednocześnie wysyłałam co rusz pisma (listem poleconym), że „się wypisuję, dziękuję, proszę mnie wykreślić” (w tamtych czasach nie mieli chyba jeszcze strony www i adresu mailowego do kontaktu, ani BOK). Nadal przesyłali mi książki, których już jednak nie odsyłałam. Za którymś razem (chyba trzecim) otrzymałam książki po raz ostatni. Oddałam je potrzebującym. Do dziś pamiętam jednak, jak się irytowałam brakiem możliwości wypisania, chociaż przecież nawet nie chciałam się zapisywać. Po prostu chciałam jedną książkę. Teraz przeżyłam dejavu.

Bardziej mnie zmartwiło, że tak nachalnie wciska się ludziom produkty i to jeszcze wiążące ich z cyklicznością dostaw kolejnych numerów. Ja podeszłam do Pani spokojnie i asertywnie, ale jak sobie przypominam jej głos, to jestem przekonana, że starszy człowiek, albo mniej pewny siebie podałby ten kod i potem pluł sobie w brodę.

Moja mała sugestia, dla tych, którzy mają problem z odmawianiem takim ofertom. Wyjdzie z założenia: nie podawajcie telefonicznie żadnych danych. Jak ktoś zadzwoni z taką ofertą, to powiedzcie, że nie wiecie jak się nazywacie, gdzie mieszkacie i w ogóle nikogo nie ma w domu. Będzie to przynajmniej najbezpieczniejsze i pozwoli unikać uwikłania się w zobowiązania, których wcale nie chcecie, nie chcieliście i chcieć nie będziecie.

I czytanie tekstów pisanych małym druczkiem nie jest mitem. Niestety. A jeśli ktoś taki do nas dzwoni (a dzwoni, bo ma interes), to my mamy pełne prawo wyjaśnić wszelkie wątpliwości, jakie nam się nasuwają. I to właśnie w trakcie tej rozmowy, bo potem może być o tyle za późno, że poświęcimy mnóstwo czasu na wykręcenie się z tego. Absolutnie nie neguję konieczności istnienia takich usług i produktów na rynku, ale neguję marketing wciskany, który kończy się bezkresem wyjaśniania i straconego czasu, który przecież chcemy poświęcać na coś zupełnie innego. Slow life opiera się też na szanowaniu własnego czasu. Przewidywanie konsekwencji decyzji jest jedną z podstaw na nie tracenie go przy późniejszym wykręcaniu się z różnych spraw. A ja nie kocham niczego ponad święty spokój, a jeśli pędzę, to znaczy, że tak chcę :)



sobota, 28 maja 2011

Właśnie mi się wymarzył  wirtualny sklep z prawdziwego zdarzenia.

Sklep przypominający grę. Gdzie wchodzę przez wirtualne drzwi, biorę wirtualny wózek i rozpoczynam spacer między regałami. Najeżdżam myszką na półkę, produkt, czytam spokojnie jego skład, sprawdzam daty ważności. Gdzie podjadę do działu pieczywa i wybieram ciepłe jeszcze bułki. A po drodze wybieram potrzebne warzywa i owoce. Gdzie mogę wirtualnej ekspedientce w dziale wędlin napisać ile plasterków, której wędliny poproszę, ile i jakiego mięsa proszę zapakować. Gdzie zaznaczam zgrzewkę wody mineralnej. Gdzie zaglądam na półkę z chemią i wybieram płyn do naczyń i jeszcze zaglądam na półkę z kosmetykami i biorę płyn do kąpieli. Gdzie po drodze podjadę pod lodówki i wrzucam do koszyka ulubione lody. A i jeszcze wracam się po kawę. Po czym podjeżdżam do kasy i płacę kartą, a następnie umawiam się na godzinę dostawy, po czym dostaję już realnie, pod drzwi, wszystko piękne, ładne i ekologicznie zapakowane w papierowe siatki.

Gdyby wizualizacja sklepów była właśnie do tego stopnia urealniona, to bym korzystała z takich sklepów wyłącznie, bo w gruncie rzeczy za dużo czasu tracę na jeżdżenie do sklepów.

Myślę, że kiedyś do tego dojdzie. Kiedyś nie do pomyślenia było wirtualne zwiedzanie muzeum, w każdym miejscu świata, jak TU, więc taka wizja wirtualizacji sklepów wydaje się być też realna. Mam nadzieję, bo jestem typowym wzrokowcem i do mnie by to mocno przemówiło, bo pozwoliłoby mi zastąpić naturalne rytuały zakupowe. Owszem, do dawna istnieją e-sklepy kilku marek, ale TO NIE TO SAMO. Nie trafia do mnie wybieranie produktów bez opisów i tylko na podstawie samych zdjęć (brak informacji o produkcie zawsze mnie zniechęci do zakupu, poza produktami, które znam, ale takich jest niewiele, no i zupełnie odpada możliwość poznania nowości, albo czegoś po prostu innego), bez tego zakupowego klimatu jaki mam chodząc po sklepie. Tak jak nigdy nie będę kupowała w internecie ubrań, bielizny, bo nie mogę ich przymierzyć, tak też nie przekonam się do zakupów spożywczych. A byłoby to bajecznym rozwiązaniem...

 

UPDATE 19.07.2011.  Po wypróbowaniu zakupów internetowych w "Piotrze i Pawle" muszę pokornie przyznać, że jest to jednak doskonale rozwiązanie już teraz. Niedociągnięciem jest nadal brak podania składników produktów, ale może z czasem to dopracują, a ja mam i tak sprawdzone marki i produkty, które stanowią stały punkt listy zakupów. Raz na jakiś czas wystarczy pojechać i sprawdzić nowości, albo składy interesujących produktów i dalej można dawać się rozpieszczać zakupami przez internet. Cudne rozwiązanie.

piątek, 27 maja 2011

Wszyscy zawsze czekają na weekend, a ja nie. Lubię to co robię i nie czuję się jak niewolnik czekający na parę dni oddechu. Oczywiście, że lubię czas wolny, urlopy, weekendy, ale nie czekam na nie, jak na zbawienie. Gdybym musiała pracować w miejscu, którego nie znoszę, pewnie bym tak miała. Ale nie mam. I to robi ze mnie człowieka podwójnie szczęśliwego, czym tylko irytuję zniewolone otoczenie ;) No cóż. Bywa. Wystarczy nie poddawać się i znaleźć swoje miejsce na Ziemi, ale nie poddawać się, dopóki się go nie znajdzie. Tu nie ma półśrodków. Nasze zadowolenie z życia jest bezcenne i powinno być dla nas jednym z najważniejszych celów. Więc nie narzekać, tylko szukać. Tylko tyle ;)

Tagi: weekend
12:35, l.marzena , slow life
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 maja 2011

Od kliku dni czytam o rozprzestrzeniającej się w Niemczech (jak na razie na północy kraju) chorobie wywołanej przez bakterie z grupy E.coli tzw. EHEC. 

Bakterie te wywołują chorobę jelit. Obecnie w Niemczech zaczyna się powoli coraz mocniejsza fala ostrzegawcza przed epidemią. Na obecną chwilę odnotowano 600 zachorowań i 2 przypadki śmiertelne. 

Na co zwracają uwagę lekarze? Przede wszystkim na bardzo szczególne zachowanie higieny rąk, krótko mówiąc częste i dokładne mycie. Zakłada się, że choroba może się rozprzestrzeniać na surowych pomidorach, ogórkach i sałacie, dlatego odradzają na razie jedzenie ich, ponieważ istnieje założenie (niepotwierdzone), że bakterie e.coli mogłby dostać się do warzyw poprzez glebę.

 

26.05. okazuje się, że niemiecki Instytut ds Higieny zidentyfikował nosiciela EHEC: hiszpańskie ogórki sałatkowe. No cóż. Globalizacja ma swoje plusy i minusy. Mnie osobiście cieszy i uspokaja, że jednak są instytucje, które to wykrywają, identyfikują i eliminują. Jestem pewie pewna, że co rusz gdzieś wybucha mikroepidemia, tylko jest tłumiona w zarodku.

Nie reaguję histerycznie na doniesienia o epidemiach. Nie panikuję. Nigdy nie zaprzestałam jedzenia wołowiny, wieprzowiny, czy drobiu, kupowanych z pewnych źródeł, gdy szalała "ptasia" czy "świńska" grypa czy "choroba wściekłych krów". Teraz pewnie nazwie się to "grypą warzywną". (chociaż Hiszpania się już wybroniła, bo się okazało, że przebadali u siebie kilka plantacji i nic nie wykryli).

Nic nie zmienia faktu, że higiena jest podstawą zdrowia. Gdyby nie higiena to nasza populacja za nic nie rozrosła się w takim tempie i do takich rozmiarów, jak ma to miejsce. Co rusz jakaś epidemia wybijałaby spory % ludzkości. Nie dzieje się tak po pierwsze dzięki rozwojowi medycyny i wykrywalności chorób, zanim się rozprzestrzenią a po drugie właśnie dzięki zwiększeniu higieny. I poważnie, trochę mnie to dziwi, że nadal wymaga powtarzania hasło o konieczności mycia rąk, czy warzyw i owoców albo jajek, przez dalszą obróbką. Ale widocznie tak jest. Niby nie średniowiecze, a jakoś skojarzenie nasuwa się samo. Niemniej, nic nie zmieni faktu, że dbanie o higienę po prostu chroni nas przed chorobami. Zjadanie jabłek prosto ze straganu czy picie wody z nieznanych źródeł, albo jedzenie w nieznanych miejscach, w których higiena jest podejrzana może nas narazić na choroby. Mimo wszystko mamy na to bardzo duży wpływ. I podkreślę, że daleka jestem od paniki i histerii. One nigdy nie pomagają w żadnej sytuacji. Ale znajomość przyczyn występowania takich chorób, źródeł chorobotwórczych pozwala nam ich unikać. I to powinno być najważniejsze w profilaktyce.

wtorek, 24 maja 2011

Równowaga. Jedna z cech charakteryzujących slow life.

W życiu jak i w kuchni. Ponieważ nie jestem ortodoksyjna w żadnych przekonaniach, zasadach, nurtach, nie ma poglądów, które byłyby dla mnie zaślepiająco jedynie słuszne, szukam nieustannie nowych rzeczy, myśli. Lubię poznawać bliżej spotykane nowości i odkrywane na nowo teorie, które są stare jak świat :)

Jedną z nich jest chińska filozofia 5 przemian, którą stosuję (m.in.) od kilku lat. Folozofia 5 przemian powiązana jest z 5 żywiołami i krążącą pomiędzy nimi energią. Świetne jest to, że nie jest to kwestia wiary a doświadczania i odczuwania skutków jej stosowania. Nie ma w tym niewyjaśnionej magii, chociaż magią staje się gotowanie :)

Głównym założeniem filozofii 5 przemian jest właśnie filozofia równowagi. Przede wszystkim w jedzeniu, co jednak ma się przekładać na zdrowie i samopoczucie. Badania mniej i bardziej poważne w dużej mierze potwierdzają, a na pewno nie wykluczają wpływu jedzenia na zdrowie a za tym samopoczucie. To się wydaje być oczywiste.

Bardzo cenię sobie chińską filozofię, która zakłada, że leczenie powinno polegać na

1. zapobieganiu

2. leczeniu przyczyny a nie skutków

Coś, od czego ucieka mentalnie medycyna konwencjonalna. Jak się dobrze przyjrzeć, to założenia medycyny chińskiej są genialne w swojej prostocie i słuszności. Jako generalnie osoba wyważona i nieortodoksyjna oczywiście bardzo często dopuszczam odstępstwa od kuchni 5 przemian, ponieważ nie zawsze mam czas czy ochotę, czy możliwości i zapał, żeby jeść tylko potrawy przygotowane wg tej kuchni, ale staram się stosować ją jak najczęściej.Po takich potrwach nigdy nie czuję się ciężko, nie miewam problemów z żołądkiem (co zdarza się przy innych potrawach), jedzenie jest smaczne, bo jest świetnie doprawione. I co najważniejsze, zasady 5 przemian można zastosować praktycznie w każdym przepisie i w każdej kuchni. Ważna jest kolejność dodawania składników i ich charakter. Mi tę filozofię polecił parę lat temu pewien człowiek, który ma obecnie ponad 70 lat a sprawności może mu pozazdrościć nie jeden nastolatek. Na ten temat jest mnóstwo publikacji i książkowych i w internecie i co mnie cieszy, pojawia się coraz więcej zwolenników. Sama nie agituję, bo nie lubię namawiać do rzeczy, do których sama nie lubię być namawiana, ale na pewno filozofia ta ma moje rekomendacje. Jak i cała medycyna chińska transponowana na zachód, z jogą, buddyzmem i feng shiu na czele.

 

 Wewnętrznie zgadzam się z poglądem, że słowo "dieta" jest dziś źle rozumiane i jak wiele innych zdeformowane. Wg mnie (również) "dieta" oznacza świadome odżywianie. Unikanie produktów, które szkodzą (jednorazowo lub długoterminowo), które odbierają energię, zamiast ją dawać (jem, żeby żyć, a nie żyję, żeby jeść). Świadome, o tyle, że dokonuję wyborów nie tylko kierując się smakiem. Jak pisałam, daleko mi do ortodoksyjności, bo po prostu lubię czasami zjeść coś tylko i wyłącznie ze względu na ochotę, ale też wiem (dzięki 5 przemianom), że po tym, czy tamtym, będę się np. gorzej czuła, może mnie boleć głowa czy brzuch. Chociaż często wystarczy wypić herbatę imbirową, która ma niesamowicie łagodzące działanie.

Czemu to dla mnie takie ważne? Bo jeszcze kilka lat temu bardzo to wszystko bagatelizowałam. Byłam typowym pracoholikiem, który żyje cały dzień na kawie, drożdżówkach i papierosach i fast foodach czy mrożonkach i półproduktach po produkty z proszku. Dziś wielu z tych rzeczy nie wzięłabym do ust. Ale dziś też czuję się o niebo lepiej, niż te 3 lata temu. Między innymi dzięki kuchni 5 przemian.

Na pewno mogę polecić książki Anny Ciesielskiej, z którymi rozpoczęłam w ogóle swoją przygodę z gotowaniem. Ona mnie nauczyła przyjemności z gotowania. A przy tym na niebywale prosto i klarownie opisaną filozofię i same przepisy. Urzędując w kuchni z jej książkami czuję się jak czarownica, mieszająca składniki w określonej kolejności. Dzięki niej sama szukam okazji do gotowania.

Temat ten jest tematem rzeką, którą sama ciągle poznaję.

Linki powiązane:

http://www.5przemian.net.pl/

http://www.centrumanna.pl/omnie.php

poniedziałek, 23 maja 2011

Dlaczego slow life?

A więc dlatego, że jest to filozofia tego, czego tak bardzo ciągle brakuje w świecie: równowagi.

 

Slow life jest filozofią w dużej mierze uczącą przede wszystkim asertywności. Niestety żyjemy w takich czasach, że umiejętność powiedzenia NIE jest jedną z dróg do własnego zadowolenia. Jesteśmy zasypywani na nieskonczenie wiele sposobów wszelkiego rodzaju propozycjami, ofertami, okazjami. Umiejętność wybierania tych dobrych dla nas a przy tym odmawiania tym, które nam nie odpowiadają i nie pozwalanie na przekonywanie nas do zmiany zdania, to jedna z cenniejszych dziś umiejętności.

Od wyborów produktów, usług, zdarzeń kulturalnych, po propozycje spotkań, spędzania czasu. Patrząc na osobistą statystykę zauważam, że zdecydowana większość z nich spotyka się z moim "NIE, dziękuję". Tylko tym sposobem mogę wybierać to, co naprawdę mi odpowiada.

 

 

piątek, 20 maja 2011

Amerykanie są narodem zapobiegliwym. Oczywiście przywykliśmy już, że potrafią się znaleźć w każdej sytuacji, jednak teraz, idąc z duchem czasu postanowili szybko stworzyć poradnik, jak się zachować w przypadku końca świata, który jak wiemy, ma znowu nastąpić, tym razem dnia 21.05.2011.

Na wszelki wypadek warto się przygotować: poradnik po angielsku.

źródło zdjęcia

 

Wg doniesienia, które rozeszło się po świecie, w tym w Niemczech, organ wydający poradnik zapewnia, że nie ma sytuacji, w której nie potrafiłby się znaleźć, w tym np. ataku zombi.

 

Mnie to naprawdę uspokoiło ;)

 

Swoją drogą zastanawiające jest, jak się czują ludzie, którzy w te "przepowiednie" naprawdę i poważnie wierzą, gdy okazuje się, że koniec świata jednak nie nastąpił. Niestety nie znam ani jednej osoby, która brałaby to na poważnie, dlatego nie mogę tego zweryfikować.

I można stwarzać dziesiątki scenariuszy, można się przygotowywać na to na wiele sposobów, można. Wszystko można. Tylko dla mnie pozostanie niepojęte, po co ludzie wymyślają takie rzeczy i dlaczego z taką pasją nakręcają własny i cudzy strach. Naprawdę w każdej sekundzie świat się dla kogoś kończy i nie widzę większego sensu w nakręcaniu się, żeby spektakularnie dołączyć do grona tych ludzi. Z resztą, czy każdy z nas nie przeżył już przynajmniej raz własnego końca świata? Czy do tego potrzebne jest zmiecenie całej ludzkości w dziwnych okolicznościach? Widocznie tak. Tylko takie "przepowiednie" nie mają na to większego wpływu. Ludzkość jako gatunek od samego początku istnienia doszukuje się dobrych momentów na zakończenie istnienia Ziemi. Tak. Jesteśmy najbardziej poryranym gatunkiem na Ziemi. Pocieszne.

Ja niezmiennie będę wolała żyć "tu i teraz". Katastrof na świecie i tak nie brakuje. Mogę się tylko cieszyć, że jak do dziś wszystkie dzieją się "gdzieś indziej". A w razie ataku zombie i tak pewnie błyskawicznie zemdleję na widok pierwszego z nich. Bardziej boję się pająków, które potrafią zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie i spaść na rękę z sufitu. To jest dopiero szok. A ten żaden zombie ;)

 
1 , 2