O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
środa, 30 listopada 2011

Ostatnio uzależniłam się od oliwy z oliwek. Na szybko nie było nic lepszego niż tost z oliwą z oliwek. I właściwie kocham to dalej. Czy jako bazę do kanapek, czy tylko dla smaku. Ostatnio jednak bliska mi osoba podpowiedziała mi, żebym spróbowała oleju kokosowego. I to do wszystkiego. Gotowania, smażenia, ale też kosmetycznie. Popatrzyłam na nią z małym niedowierzaniem, jednak po przeczytaniu dodatkowych informacji postanowiłam spróbować. I co? Cudo :)

Dania smażone na oleju kokosowym nie zmieniają swojego smaku i nie nabierają smaku tłuszczu, właściwie wydobywając właściwy smak np. mięsa czy warzyw. Przy smażeniu nic nie pryska, co jest już niebywałe samo w sobie. Nie znalazłam żadnych przeciwwskazań, ba, znalazłam wiele pozytywnych opinii, dlatego nic tylko polecam dalej. Oliwa z oliwek owszem, ale olej kokosowy zawita do mnie na stałe.

A do tego faktycznie warto osobne opakowanie wziąć do celów kosmetycznych. Zwłaszcza teraz, na zimne dni, doskonale natłuszcza skórę, nie obciążając jej, a przy tym okazuje się być świetnym kremem do rąk. Minusem jest bardzo długie wchłanianie, ale warto przeczekać. Efekty są świetne.

Więcej informacji w jednym ze sklepów, z którego chcę skorzystać: TU

Jeśli ktoś ma większe doświadczenia z tym tłuszczem, to proszę o informację. Może powinnam ostudzić swój zachwyt? ;)

sobota, 26 listopada 2011

Ostatnio przespałam 15 godzin. Podróż służbowa, dużo dobrych i pozytywnych przeżyć, wrażeń, spotkań, widoków, miejsc. Dużo nowych przeżyć i doświadczeń, które przed wyjazdem spędzały mi lekko sen z powiek, ale czekałam na nie, żeby sprawdzić też siebie. Okazało się, że mogę i potrafię więcej i lepiej niż mi się wydawało. Dobrze. Wszystko w porządku. Jednak sama podróż i przeżycia spowodowały, że po powrocie czułam się mocno wyczerpana. Jeszcze 2 dni w pracy i w piątek po prostu grzecznie zapadłam w 15godzinny sen. Rano obudziłam się jak nowo narodzona. Wypoczęta, z resztkami przeziębienia niemrawo krążącymi po ciele. Jednak co najważniejsze obyłam się bez "chemii".

Przypomniały mi się słowa mojej babci, która była "dobrą czarownicą" naszych czasów. Miała dobrą i mądrą radę na każdą okoliczność, była niesamowicie skuteczna i posiadała wielką siłę perswazji, a przy tym była niebywale delikatna i subtelna. Imponowała mi, jak mało kto w życiu. Kilka lat po jej odejściu myślę o niej nadal każdego dnia i myślę, że tak już będzie zawsze, bo przede wszystkim bardzo mi jej brakuje.

To ona nauczyła mnie (nieświadoma tej nazwy) podstaw dzisiejszego "slow life". Łączenia przyjemnego z pożytecznym, znajdowania czasu dla siebie (mimo gromadki dzieci) i odnajdowania przyjemności w drobnych rzeczach. Pewnie dlatego odkrycie idei slow wydało mi się tak bardzo znane.

To moja kochana babcia nauczyła mnie, że najlepszą metodą na przezwyciężenie przeziębienia jest po prostu długi i mocny sen. Nie pamiętałam o tym do dziś, gdy się z takiego snu wybudziłam. Przypomniałam sobie, że przecież robimy sobie wielką krzywdę niewysypiając się przez długi czas. Owszem, spokojnie da się spać po 3-4godz. na dobę, ale ten brak snu znajdzie sobie ujście w inny sposób, właśnie spadkiem odporności, trudnościami z koncentracją, długotrwałą bezsennością. Nic w naturze nie ginie. Dlatego co jakiś czas spokojnie możemy sobie na to pozwolić, ale długotrwale robimy sobie krzywdę. Nie chodzi o to, że się da, ale o skutki.

Marudzę, ale tylko z punktu widzenia młodego człowieka, który myśli, że wytrzymałość jest nieograniczona. No nie jest. Niektórzy mają faktycznie większą, ale to też wyjątki i nie ma większego sensu się do nich odnosić.

I dlatego w gruncie rzeczy lubię zimę, bo jakoś naturalnie, przez te zimno i brak słońca ułatwia nam ładowanie akumulatorów długim snem, bez poczucia (skądinąd absurdalnego podejścia) straty czasu na sen. To tak, jakby szkoda było czasu na odpoczynek, dobre jedzenie, czas na przyjemności. To bardzo wyróżnia slow life, że mimo wszystko podkreśla właśnie wagę życia z sobą, swoim zegarem biologicznym i na miarę własnych możliwości. Niedostosowywanie się do cudzych oczekiwań też w tym względzie, bo to, że inni chcą, żebyśmy czas, który chcemy przeznaczyć dla siebie, przeznaczali dla nich, bądź na inne sprawy. Takim oczekiwaniom mówimy grzecznie "nie mam czasu".

[Z "nie mam czasu" to też jest ciekawa sprawa. Jest to bardzo dyplomatyczna odpowiedź i normalnie się z tym nie dyskutuje. Nie lubię na tę odpowiedź słyszeć "dlaczego? a co ty takiego niby będziesz robić?". Bucowatość pozwala innym wnikać, żeby na samym końcu usłyszeć "szkoda mi czasu na to, wolę porobić coś innego". Jak ktoś mówi, że nie ma czasu, to znaczy, że go nie chce mieć i po prostu się to szanuje bez drążenia i zmuszania. Nachalność jest jednym z nieprzyjemniejszych doświadczeń, ale gorsze jest uleganie jej. Jeśli mamy ochotę, potrzebę chociażby właśnie przespać ponad pół doby, to inni mają jedno: uszanować to. I to bez obrażania. Ja u innych też to rozumiem.]

Zima daje nam naprawdę dużo możliwość do poświęcenia więcej czasu sobie, swoim potrzebom, ale też swoim bliskim. Wykorzystujmy to tak, żeby nadejście wiosny z przyjemnością wypędzało nas z domów, mieszkań, pomieszczeń w tym samym celu, ale w inny sposób :)

Zima jest niesamowitym czasem wyciszenia, poukładania się ze sobą, na innych poziomach niż w ciepłe pory roku. Poświęćmy czas na odkładane książki, filmy. I koniecznie kubek gorącej herbaty z imbirem i miodem.

I oczywiście, dla mogących sięgnąć po alkohol niezastąpiony grog czyli herbata z rumem. Kocham wrócić zmarznięta i rozgrzać się właśnie grogiem. Szybki przepis:

  • 150 ml ciemnego rumu (ale może być też jasny)
  • 600 ml wody
  • sok z 2 cytryn
  • 2 łyżki cukru
  • 4 goździki
  • niewielki kawałek cynamonu

Zagotuj wodę z goździkami, cynamonem i cukrem. Dodaj rum i sok cytrynowy. Najważniejsze: pij gorący.

Zamiast samej wody możemy zastosować zaparzoną czarną herbatę (ja właśnie tak robię) i używam jasnego rumu (bo akurat taki mam). Można dodać też łyżeczkę miodu (chociaż jedynie dla smaku i aromatu, bo w temp. >40st C miód traci swoje wartości) zamiast cukru.

Naprawdę rozgrzewa i doskonale wpływa na zdrowie, ze względu na duża dawkę witaminy C. I po co sięgać po tabletki? ;)

No właśnie.

Długo śpijcie i pijcie grog na zdrowie.

sobota, 19 listopada 2011

Ciekawy wywiad na temat dzisiejszego tempa życia. TU.

Z czego to wynika? Ludzie mają kompleks Boga. Już od jakiegoś czasu. Wiele osób chce mieć poczucie ogarniania wszystkiego, panowania nad swoim światem, panowania nad każdą sytuacją, przewidzenia wszystkiego i jako kobieta, mężczyzna, pracownik, szef, kolega, koleżanka, matka, ojciec. Też tak miałam. Straszne, bo nikt nie jest w stanie zapobiec wszystkich okolicznościom, wydarzeniom, zaplanować życia co do sekundy. Takie podejście prowadzi do poważnych chorób, depresji, maksymalnego sfrustrowania i skrajnego poczucia bycia niespełnionym i nieszczęśliwym. Straszne, bo ludzie się samonakręcają i jeszcze oczekują tego od innych. I tak naprawdę, co jest w tym najgorsze, nie widzą, że nie mają czasu żyć i nie widzą tego.

Strasznie łatwo w to wpaść. Ostatnio spotkałam się (w końcu) z bardzo dobrą koleżanką. Wychodzi z siebie, żeby być idealną żoną, matką i jeszcze spełniać się zawodowo. I niby ok, ale żyje w poczuciu winy za to, na co nie ma wpływu. Dziecko się rozchorowało? Jej wina, bo może dawała mu za mało witamin. Mąż przestał się rozwijać zawodowo? Jej wina, bo go nie mobilizuje. Nie dostała pracy, do której aplikowała? Jej wina, bo pewnie mogła być lepsza na rozmowie. Zapytałam jak się czuje z poczuciem winy za wojny i głód na świecie. Spojrzała nie rozumiejąc w pierwszej chwili i się uśmiechnęła smutno "faktycznie, temu też powinnam zapobiec".

Powiedziałam, "Kochanie, nie możesz. Nie masz wpływa na innych, na siebie masz ograniczony czasem i miejscem, ale co najważniejsze: Pogódź się z tym i odetchnij. Nie masz na wszystko wpływu. Planuj, przewiduj, organizuj, zapobiegaj, ale na miarę swoich możliwości. I daj sobie w tym wszystkim PRAWO do nieprzewidywalności wszystkiego. Popatrz na mnie. Byłam na złotej ścieżce, a potem się rozchorowałam. Spowolniło mnie to na 10 lat. Ból nie dawał mi żyć i pozmieniał wszystko, ale nie dałam sobie też prawa do zwątpienia, że można to zmienić. Wyszłam z tego z zupełnie innym podejściem, niż miała "przed". Ale też cholernie doceniam każdy dzień. Ucz się, rozwijaj, rób wszystko co MOŻESZ, ale przy tym pogódź się z tym, że nie możesz WSZYSTKIEGO wiedzieć i przewidzieć. Życie przemija, a ty żyjesz ciągle do przodu. Kiedy ostatnio robiłaś to, na co miałaś ochotę, bez planowania tego w kalendarzu?" 

"Nie pamiętam, ale nie wiem jak to zmienić".

Odpowiedziałam "Jesteś cholernie mądrą kobietą. Wiesz jak to zmienić, ale musisz jedno: CHCIEĆ".

Rozmawiałyśmy wiele godzin. O wszystkim. O strachu, o marzeniach, o planach, o rodzinie, o pozytywnym i destrukcyjnym myśleniu. Uwielbiam ją, bo ma marzenia, tylko mam też wrażenie, że nie daje sobie prawa do realizowania ich. Jeśli nie zmieni tego, jeśli będzie się sama gonić, to może obudzić się któregoś dnia i żałować, że nie dała sobie szansy na życie. Na życie tu i teraz. Problem z tym polega dla większości ludzi na tym, że nie dają sobie do tego prawa. Myśląc o "tu i teraz" natychmiast uciekają, bo nie potrafią się znaleźć ze sobą. Nie potrafią nie-myśleć, po prostu być tu i teraz, albo po prostu być tu i teraz, stąd ta ciągła ucieczka. Cokolwiek by się nie działo.

"Jesteś szczęśliwa?" zapytałam

"Nie wiem, nie, czasami, chwilami, nie wiem, teraz jest mi dobrze, ale i tak do szczęścia mi daleko"

"Dlaczego?"

"Bo ciągle myślę o tym co będzie, czy wszystko zrobiłam i czy dam radę wszystko zrobić"

"Ale dlaczego nie jesteś szczęśliwa?"

"Bo.."

"Nie, po prostu to poczuj. Teraz. Nie bój się szczęścia bezwarunkowego."

"Ale.."

"Nie. Daj sobie prawo do poczucia szczęścia. Mimo okoliczności"

"A ty tak umiesz?" zapytała

"Coraz częściej. Jestem szczęśliwa, bo tego chcę, jeszcze nie raz okoliczności zewnętrzne zaburzają to uczucie, ale to mija i odzyskuję szczęście. Nie mówię o śmianiu się, dowcipkowaniu, żartach. Dobry humor to co innego. Mówię o szczęściu."

To było generalnie bardzo pozytywne spotkanie, czas nam minął błyskawicznie, ale ze względu na odległość znowu się szybko nie spotkamy. Mam nadzieję, że następnym razem zobaczę ją spokojniejszą. Jest tego warta.

 

A teraz się tak zastanawiam, po co ludzkość wymyśliła w ogóle określenie "nieszczęśliwy". Zaburza ono percepcję. Można być smutnym, zmęczonym, w każdym stanie, ale poczucie szczęścia nie powinno być tykalne. A może nie jest? Może naprawdę wszyscy daliśmy sobie wmówić, że możemy czuć się "nieszczęśliwi"?

Może ze szczęściem jest jak z miłością? Przecież np. w związku, w relacji z ludźmi, których kochamy, zdarzają się różne sytuacje, nastroje, ale nie wpływają one na poczucie samej miłości. Tak samo może być z poczuciem szczęścia. I pewnie jest, tylko musimy się tego czasami na nowo uczyć. Jestem szczęśliwa i nie mam zamiaru tego definiować. To uczucie niezbywalne. Jak człowieczeństwo. Nauczymy się bycia szczęśliwymi.

A nawiązując jeszcze do wywiadu z początku notki, jako kobieta starej daty przyznaję, że nic dla mnie nie zastąpi kontaktu osobistego i zawsze będzie to dla mnie forma nr 1. Z różnych przyczyn jest to często niemożliwe, ale spotkanie zawsze będzie dla mnie najważniejszą formą budowania relacji. Zmiana tego nie wychodzi ludzkości na dobre. Wbrew pozorom jesteśmy stworzeniami stadnymi. Jak byśmy się tego nie wypierali. Osobisty kontakt to osobisty kontakt. Rozwój technologi nie zabije tego w ludziach. Po prostu to zmienia.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Ostatnio rozmawiałam ze znajomym o marzeniach. Przypomniał stare, chińskie powiedzenie "Oby spełniły się wszystkie twoje marzenia". Powiedzenie ma być złym życzeniem, bo spełnienie marzeń odbiera sens życiu. O ile zgadzam się z tym założeniem, to nie mogę się zgodzić, aby było możliwe spełnienie wszystkich marzeń. Po prostu, realizując jedne marzenie, moja osobista lista rozrasta się o kilka nowych. Od lat mam listę, którą sobie aktualizuję. Ona żyje razem ze mną. Wykreślam marzenia spełnione, uzupełniam o nowe, albo kasuję takie, które przestają być dla mnie ważne, albo których spełnienia przestaję chcieć. Tak, zdarza się, że poznając bliżej jakiś temat, albo wiążące się z tym utrudnienia czy ryzyko po prostu odechciewa mi się. Ale na pewno nie mogę powiedzieć, że mam tylko kilka marzeń. Są ich dziesiątki. Od nauki czegoś, poprzez poprawienie jakiegoś talentu, odwiedzenie, zwiedzenie, podróże, prozaiczne rzeczy, ale też spotkanie różnych ludzi. Skala prawie bez granic. Lubię tę listę, bo naprawdę żyje ze mną. Od 2007r. widzę jak się zmieniam, jak się zmieniają marzenia ale co najważniejsze, jak się spełniają.

Co mnie zastanawia, ja nie planuję spełniania marzeń. Z założenia. Planuję realizację planów, marzenia są marzeniami, czyli z założenia mam na nie niewielki wpływ. Dziś. Czy też wiem, że nie mam dość zapału, żeby się do ich realizacji planowo przybliżyć, co przy podróżach jest dość banalne, bo są dziesiątki sposobów, dzięki którym i determinacji mogłabym objechać świat. Ale mi się nie chce też determinacji w to inwestować, bo jednak wiem, że jeśli ma się coś udać, to się uda, jeśli się nie uda, to nie będzie dramatu. Marzenia mają to do siebie, że spełniają się raczej pod wpływem zbiegów okoliczności, szczęśliwych trafów, przypadkowych spotkań, rozmów, wydarzeń. Nie są efektem realizacji planu. Ba, ja właściwie nie kiwnę nawet palcem, żeby coś zrobić. One się spełniają jakoś innym sposobem. Nie wiem jakim, ale to nie ma znaczenia. Te, które mi się spełniły, spełniły się bez mojego celowego działania. I osobiście bardzo przez to rozróżniam plany od marzeń. Plany, jak już napisałam, po prostu realizuję i nie widzę w tym cudu, tylko efekt konkretnego działania.

Ale ja nie o tym chciałam :)

Jednym z marzeń, które odżyło we mnie po latach jest podróż Koleją Transsyberyjską.

 

źródło zdjęcia: TU

 Po prostu fantastyczne. Można spędzić 16 dni w podróży zwiedzając najmniej oblegane przez turystów zakątki Azji. To mnie w tym też tak kręci, że można się spotkać ze wszystkim, co jest nam dość nieznane w Europie. Krajobrazy, ludzie, klimat, klimat samej podróży, turkot kół pociągu, spacer po miastach, wioskach, których nazwy ledwo rozpoznaję. Myślę, że spokojnie mogę się rozmarzać, bo z jednej strony strasznie tego chcę, z drugiej oczywiście nie zrobię nic, żeby zdobyć bilet. Pozostanę przy marzeniach. Czas pokaże, co i czy w ogóle się z tego urodzi. Ale teraz i dziś jestem pewna, że część zimy chętnie spędziłabym w kołyszącym wagonie z nieznanymi krajobrazami za oknem, przemierzając wszystkie 8 stref czasowych zatracić poczucie czasu, zagubić się w poczuciu dnia i nocy i po prostu chłonąć otaczający i mijany świat.

Nic tak nie zmienia perspektywy i nie daje nam dystansu do siebie, życia, innych jak podróże. Mi na dobrą sprawę czasami wystarczy szybki wyskok na pobliskie Kaszuby. Godzina nad jeziorem, w ciszy, z dala od ludzi, w lesie, na tak kłująco świeżym powietrzu, żeby właśnie złapać dystans, odpocząć, otworzyć umysł, nie mówiąc o dalszych podróżach, z których wracam jak nowonarodzona, jednak dotychczas w ramach jednej strefy czasowej. Taka podróż koleją transsyberyjską obudziłaby we mnie to co lubię w sobie najbardziej. Zachwyt nowym, lekką niepewność, ale i ciekawość, rozmowy z obcymi kulturowo ludźmi, wsłuchiwanie się w język rosyjski, którego uczyłam się jeszcze w szkole, ale który do dziś lubię. Rozmowy z ludźmi w różnych wagonach. Ciekawiłoby mnie, czemu podróżują, dokąd, czemu tak, od nich dowiadywałabym się na co zwracać uwagę za oknem i na miejscu. Dzięki nim narobiłabym setki swoich ukochanych, amatorskich zdjęć. Ja zdjęciami po prostu przywołuję wspomnienia. Kocham natomiast żywą interakcję, szczególnie w miejscach, w których czuję się skrajnie obco i kocham tam każdego, kto okazuje mi życzliwość, bo tylko ona pozwala mieć odrobinę poczucia bezpieczeństwa i spokoju, że będąc w obcym świecie można ufać ludziom. Kolej transsyberyjska byłaby doskonałym przeżyciem. Na samą myśl o tym krew mi szybciej krąży.

I na pewno pisałabym pamiętnik. Każdego jednego dnia. Zapisywałabym każdą myśl, sytuację, odczucie. Na żywo jest to samoistne, gdy są do tego warunki. Taki pamiętnik byłby fajną pamiątką. I na pewno przeszedłby ze mną do końca życia. Teraz też prowadzę, szczątkowo i wyrywkowo pamiętnik z takich wyjazdów, jednak nie mogą się one równać z tak czymś nowym. Chociaż na dobrą sprawę kiedyś notowałam na żywo podróż Gdańsk-Warszawa, komentując sobie nocną podróż... Ale za każdym razem zaczynam od nowego zeszytu, notesu, kartek znalezionych w torebce i potem to gubię. Hm. No dobrze, jak się chce, to można wszystko, tylko dobrze byłoby o tym zaraz nie zapomnieć :)

Ale nie odbiegając od wątku, pamiętnik z takiej podróży, pisany ręcznie w zeszycie z grubą okładką, jeszcze do tego prosiłabym ludzi o jakieś wpisy! Jakiekolwiek. Każda osoba, przy której poczuję chęć upamiętnienia spotkania będzie o to poproszona. Potem dołączyłabym wydrukowane zdjęcia. I chyba zacznę tak robić przy kolejnych wyjazdach. Tych mniejszych też. Koniecznie. Wpisy obcych ludzi zawsze mnie fascynowały. W końcu od tego zaczęły się moje blogi, że zaczęłam czytać innych. A tak będę miała dowód własnych podróży na żywym papierze. Cudownie. Że też wcześniej na to nie wpadłam. 

No i tak to jest. Myśl o marzeniu, budzi we mnie zawsze coś nowego. Kocham to :)

Muszę zagrać w totka, żeby móc wykupić najbardziej rozwiniętą opcję z końcowym zwiedzaniem muru chińskiego włącznie i jeszcze powrotem do Tajszek i Czytu, żeby przejechać każdą linią trasy. Zrobić tę podróż raz, ale porządnie. Marzenie, jak każde inne ;) 

I znowu się tak podnieciłam, że pół nocy nie zasnę :)

piątek, 11 listopada 2011

Artyści wszech czasów. Oni nauczyli mnie, czym jest dobry gust, dobra muzyka, słowa, tekst. W każdej dziedzinie są tacy. W muzyce na pewno można na szczycie umieścić Franka Sinatrę.

Teraz wykonanie jednej z moich ponad czasowo ulubionych piosenek "Fly my to the moon". Pierwotnie (co odkryłam dziś) wykonał ją właśnie Frank Sinatra. Julie London jednak doskonale zinterpretowała ją na swój sposób.

Szanowni Państwo! Panie i Panowie! Frank Sinatra:

I cudowna Julie London

A razem z nim postawiłabym Barbrę Streisand. Jej piosenki, które znam przede wszystkim z filmów, zapadają na długo w pamięć. I to się nazywa naprawdę dobra muzyka. To jednak szczyt listy. Gdy już doceniamy takie wykonania, możemy spokojnie sięgać po wszystko co jest poniżej, bez obawy, że nam wypaczy gust. Kanony należy znać. Można lub nie ich nie doceniać, ale należy je znać, żeby wiedzieć, co jest naprawdę dobrą piosenką. To oczywiście nie każe nam nie iść na imprezę i się wyluzować przy muzyce pop czy techno, czy rap (które też miewają swoje kanony) czy disco polo, jednak matką gustu i doceniania naprawdę dobrej muzyki są dla mnie takie wykonania i tacy artyści jak wymienieni. Nie można zbudować dobrego gustu bez znajomości naprawdę ponadczasowych dzieł/ wykonań. Wszelkie wariacje są konieczne, rozwój, cywilizacja, poszukiwanie indywidualnych ścieżek powinno się jednak zaczynać od znajomości tego, co już było i było najlepsze. Nie przeszkadza mi to oczywiście kochać też De Mono ;)

Nie piszę o muzyce poważnej, bo to zbyt oczywiste. Od tego zaczynałam w szkole podstawowej, gdzie na szczęście co miesiąc zabierano nas do opery, dzięki czemu mogłam poznać to co w tej dziedzinie najważniejsze. Później doszły wykonania Bacha, Mozarta, Chopin mnie jednak do siebie nie przekonał, ale do dziś kocham Czajkowskiego. Rzadko jednak do nich sięgam, bo potrzebuję w sobie poczucia jakieś wzniosłości. Na co dzień poruszam się po innych obszarach wrażliwości. Bardziej przyziemnych. I lubię to. Muzyka poważna nie daje się traktować pobieżnie, a też za idiotyzm uważam słuchanie jej dla popisu "jakim to jak jestem melomanem". Czego by nie mówić, słuchamy muzyki w jakimś celu i próba imponowania tym, czego się słucha jest dla mnie trochę niezrozumiała. Inaczej mówiąc, nie robi na mnie wrażenia. Jest tyle gatunków i wykonawców, tylu było, jest i będzie, że najważniejsze jest jednak, żeby każdy potrafił znajdować to, co najlepsze dla niego. Ale kanony powinno się znać lub chociaż kojarzyć. Po prostu. Dla mnie w/w są początkiem listy, której sama nie pamiętam i co jakiś czas odświeżam, przypominam sobie i rozszerzam. Na pocieszenie, rzadko mi się zdarza, żebym mogła z kimś o tym porozmawiać. I dobrze. O muzyce nie dyskutuję. Ja jej słucham. Dlaczego? Bo to na dobrą sprawę nie ma większego znaczenia w relacjach. Są ludzie, których lubię i cenię a słuchają metalu, rocka, wszelkich niszowych kapel i nurtów i o niczym to nie świadczy, ALE Franka Sinatrę znają. Wystarczy. Ja też kojarzę chociaż jedno z wymienianych przez nich nazwisk, bo lubię wiedzieć, czym interesuje się reszta świata, gdy już wyściubiam nos poza swój to z maksymalnym zaangażowaniem, bo co by nie było, kocham poznawać nowe :)

czwartek, 10 listopada 2011

W "Zwierciadle" pojawił się ciekawy artykuł Jolanty Berent o intuicji.

 http://zwierciadlo.pl/2011/psychologia/zrozumiec-siebie/dlaczego-amerykanskie-%e2%80%9ekeep-smiling%e2%80%9d-nie-dziala

 

Z intuicji się wyrasta, a potem można do niej wrócić. Przez długi czas w wielu zagłusza ją rozsądek. On zagłusza to, co w nas najbardziej prawdziwe i nasze. Tak naprawdę nie pozwala kierować się tym czego my chcemy, każąc wybierać to, czego oczekuje od nas otoczenie, wybierać rozwiązania "pewne", bezpieczniejsze, przewidywalne. Zabija spontaniczność i wiarę w słuszność intuicji. A tak naprawdę, to ona mówi nam co jest dla nas dobre. Czasami, albo nawet głównie, nie na pierwszy rzut oka, nie w krótkoterminowej analizie, ale z dużej perspektywy czasu, słuchanie się intuicji zawsze wychodzi nam na dobre. Jeśli "nasz wewnętrzny głos" mówi nam, żeby czegoś nie robić, a my to robimy, albo odwrotnie, to w efekcie końcowym okazuje się, że to była w najlepszym wypadku ślepa uliczka, przez co trzeba albo coś korygować, albo się wracać, albo naprawiać poważne błędy. Tak, to jest wynik niesłuchania intuicji. Dlaczego powinniśmy? Bo ona jest naszym naprawdę najlepszym doradcą. Ona nas najlepiej zna, szczególnie w wymiarze naszej nieświadomości. Wiele zapominamy, wypieramy, nie kodujemy, ona tego nie opuszcza i podpowiadając rozwiązania jednak to też uwzględnia. Zna nas, w końcu jest kumulacją naszej wiedzy o nas i o otaczającym świecie. Jej podpowiedzi po prostu muszą być słuszniejsze od podpowiedzi rozumu, który wiele omija i myśli zbyt liniowo w oparciu o naszą pamięć i wiedzę. Nauczyłam się słuchać intuicji i szybko jej poddawać. Od kiedy to robię, żyję spokojniej, wewnętrznie spokojniej. Nie muszę przekonywać samej siebie z poziomu rozumu, że coś jest "głupie". Bardzo często jednak widzę "jednomyślność" intuicji i rozumu i rzadko muszę ulegać jej z "zamkniętymi oczami". Znajdując spójność między intuicją i rozumem dałam sobie jeden z lepszych życiowych prezentów. Bez okazji i na zawsze.

PS.

Kiedyś wymyśliłam na jakiś konkurs producenta biżuterii, w szczególności pierścionków zaręczynowych, hasło "zachwyt chwilą, który trwa już zawsze". Nie wygrałam (wygrał jakiś wierszyk), ale hasło te żyje we mnie swoim własnym życiem. Przypomina mi się przy każdej okazji, która wywołuje mój zachwyt. Czasami jest to miejsce, czasami przedmiot, czasami dzieło sztuki, piosenka, zdjęcie, mina, sytuacja, okoliczności. Jednak myśląc o nich, przypomina mi się też towarzyszący temu zachwyt. To jedno z odczuć, które uwielbiam odczuwać. I bardzo współgra z moją intuicją, ponieważ pozwala pozbywać się obaw, lęków. Nie wiem czemu, ale w sytuacjach, które kiedyś byłyby dla mnie bardzo stresujące, staram się przypominam sobie chwile, które wywołały we mnie zachwyt (rozmowa z kimś zaufanym nie zawsze jest możliwa natychmiast). Taka moja osobista metoda na łapanie dystansu, który jest mi potrzebny po to, żeby pozwolić sobie usłyszeć i głos rozumu i intuicji. Dzięki temu nie wpadam w panikę, w popłoch czy histerię. Bardzo szybko łapię spokój, który podsuwa najlepsze rozwiązania. To działa. Słuchanie siebie nie może nie działać. Trzeba jednak po prostu chcieć zaufać sobie, co jak widzę, dla wielu wydaje się być wręcz niemożliwe. Niepotrzebnie. Nie ma lepszego wyjścia. Słuchanie siebie jest jak podpowiedź kogoś, kto zna nas jak nikt inny, bo też nikt inny nie wie o nas samych wszystkiego. Przyjaciele są kołem ratunkowym, ale nie powinniśmy też nigdy obarczać ich odpowiedzialnością za własne decyzje. A po to potrzebne jest podejmowanie ich w zgodzie ze sobą. Jak szalone nie wydawałyby się w pierwszej chwili. Kiedyś na pewno okażą się słuszne. 

piątek, 04 listopada 2011

Ostatnio byłam na "Baby są jakieś inne". Film jak film. Dużo stereotypów, dużo gadania, niby nic, ale parę razy spłakałam się ze śmiechu. Nie wiem dlaczego, ale widocznie mnie jednak rozbawiły dialogi, jednak żadnego nie zapamiętałam i ciągle mi chodzi po głowie, że nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam film, który byłby na tyle kultowy, żeby teksty z niego weszły do obiegu, były używane i rozpoznawane przez wszystkich, albo chociaż większość. Nie wiem, czy to wynika z tego, że takich filmów już po prostu nie kręcą, takie teksty nie powstają, nikt ich nie wdraża w krwiobieg społeczeństwa, czy też po prostu do mnie do nie dociera.

A propos znanych cytatów, właśnie się wielce zdziwiłam, bo przecież każdy zna:

"Zagraj to jeszcze raz, Sam" z Casablanki, czy też "nie ze mną te numery, Brunner" z Kapitana Klossa. A tu niespodzianka, ponieważ pierwszy nie jest cytatem, PRZECIEŻ tytułem sztuki W. Allera, a drugi jest wymysłem czyjejś wyobraźni. Źródło TU. Więc dobrze, są cytaty, których nie było. Ale jest wiele, które jednak były, są i będą, jak chociażby TE.

Ale nie ma nowych. Ostatnio jak już, to wchodzą cytaty z reklam, jak chociażby "jeśli...., to wiedz, że coś się dzieje" ze sławnej reklamy Tesco, albo z materiałów medialnych "co robić, jak żyć, Panie Premierze?".

Ale z filmów? Nic? Zero? Pustka? Cisza? Milczenie i niepewność?

Hm. Czy ktoś uratuje jeszcze kinematografię, albo czy coś uratuje moją pamięć przez zanikiem? ;)

 
1 , 2