O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
niedziela, 26 lutego 2012

No dobrze. Może raczej na kanapie.

Kocham zimę za jedno: za umożliwienie mi leniuchowania. Mogę bezkarnie przeleżeć cały weekend na kanapie, robiąc NIC, albo robiąc coś, co można robić na leżąco, nadrabiając filmy, książki, gazety, wiadomości, rozmowy telefoniczne, spotkanie z przyjaciółmi (no zwykli znajomi już mi tego nie umożliwią, przyjaciele leżą po prostu razem z nami). Lenistwo zupełne. Reset. Kumulacja energii. Tylko zimą nie mam OCHOTY nigdzie iść, jechać, lecieć, podskoczyć, spotkać się na mieście. Zapraszam wyłącznie do mnie.

Tylko zimą jedyne co mnie wieczorami wyciągnie z domu to salsa, ew. zumba albo spinning, no nie liczę odwiedzin rodziny. Kocham zimę za te totalne spowolnienie. Owszem, w pracy lecę na zupełnie maksymalnym speedzie, na zupełnych obrotach, ale to dlatego, że kocham tę pracę i zatracam się w niej z przyjemnością, ale po wyjściu z biura, albo po powrocie z podróży, jedynie kanapa i inne pierdółki domowe.

Kocham za to zimę, bo czując wiosnę już wiem, że zaraz w domu znowu będę gościem. Nie wytrzymam długo i wracać będę jedynie spać. Zimą naprawdę mogę się poukładać, wewnętrznie, zewnętrznie, w szafkach, w myślach.

A propos myśli: Jedna myśl towarzyszy mi całe życie i wraca głównie, gdy już leżę.. Chcę wymyślić coś, czego nie wymyślił jeszcze nikt. Obojętnie w jakiej dziedzinie. Zupełna dowolność. Wymyślić coś, o czym mogę powiedzieć i będzie można to udowodnić: tego jeszcze nie było i jest moje. Bierzcie i jedzcie, ale nie było do tej pory niczego nawet obok tego. I żeby było skrajnie uniwersalne, żeby nie można się było o to pokłócić, ale żeby było światu potrzebne. No musi coś takiego być. I pewnie już nie raz miałam to prawie, prawie, prawie na końcu synapsy :)
Czy mi się to uda? Nie mam pojęcia :) Ale nie zapominam, że w historii myśli najlepsze myśli przychodziły przypadkiem, dlatego nie leżę i nie myślę "co by tu wymyślić?", bo to z założenia zabija kreatywność. Ja pozwalam myślom płynąć. Mają zupełny flow :) 

Największe "Eureki" nie były wymyślone. One przychodziły tym ludziom do głowy. Oni je potem zapisywali i jeśli było to konieczne, udowodniali. No każdy ma jakieś marzenia. Z tych najbardziej abstrakcyjnych jakie noszę w sobie całe życie, to właśnie to. Zapisać coś, co będzie wiekopomne.

Bo po to są marzenia. I to jest moje najbardziej abstrakcyjne. Pozostałe to chyba kwestia pieniędzy albo chęci, czyli banał :)

Zdjęcie pochodzi STĄD.

 Leżenie na kanapie jest boskie zimą. Muszę się tym nacieszyć dopóki mam tę pięknie paskudną pogodę za oknem. To jej ostatki.

Już od dawna słyszałam o idei FAIR TRADE i od kiedy mam możliwość kupowania produktów z tym znaczkiem w Polsce, to je wybieram. Dziś przeczytałam ten artykuł: KLIK.  I zrobiło mi się smutno z powodu tak dużej nieświadomości. Większość ludzi lubi narzekać (no wiem, w Polsce żyję) na swoje zarobki, że tak cieżko pracują, a tak mało zarabiają i jakie to niesprawiedliwe. No to ja proponuję pomyśleć też nad tym wszystkim i zastanowić się, co mają powiedzieć ludzie, którzy pracują prawie za darmo na to, żebyśmy mogli korzystać z "dobrodziejstw" świata. I może zamiast narzekać (hehe, jasne :), albo dobrze, to może jednocześnie z narzekaniem można w bardzo prosty sposób starać się trochę zmieniać ten świat i myślenie i podejście.

Tu strona koalicji KLIK oraz polskiego oddziału znowu KLIK.

 

O co chodzi? Pokrótce (info ze strony)

"Ruch Sprawiedliwego Handlu opiera się na kilku wspólnych zasadach, które mogą być realizowane na różne sposoby. Dwie organizacje, które reprezentują odmienne podejścia do Sprawiedliwego Handlu, opracowały na kanwie tych reguł zestawy weryfikowalnych standardów. IFAT wypracował standardy, które muszą spełniać organizacje Sprawiedliwego Handlu. Natomiast FLO Int. stworzyło system certyfikacji Fairtrade, oparty o standardy produkcji i wymiany handlowej w odniesieniu do konkretnych produktów.

 
Najważniejsze zasady Sprawiedliwego Handlu to:
  • Uczciwa cena jaką otrzymują producenci za swoje produkty
- jej wysokość powinna być zawsze ustalana z uwzględnieniem lokalnych uwarunkowań, przy udziale producentów i innych zainteresowanych stron
- powinna pokrywać koszty zrównoważonej ekologicznie i społecznie produkcji
  • Bezpieczne i oparte na zasadach szacunku praktyki handlowe
- krótki czas oczekiwania na zapłatę
- możliwość prefinansowania, jeśli wymaga tego sytuacja
- bezpośrednie relacje pomiędzy producentami a organizacjami handlowymi
- skracanie łańcucha pośredników
  • Sprawiedliwe płace i odpowiednie warunki socjalne
- płace na plantacjach, gdzie produkuje się towary na zasadach Sprawiedliwego Handlu, powinny zapewniać pracownikom i ich rodzinom wystarczające środki na utrzymanie
- bezpieczne, nie zagrażające zdrowiu warunki pracy
- wolność zrzeszania się
- równe płace w przypadku kobiet i mężczyzn
- niewykorzystywanie pracy dzieci, zgodnie z Konwencją o Prawach Dziecka oraz na podstawie lokalnego prawa
  • Demokratyczne zarządzanie organizacją producencką
- producenci powinni powołać i stopniowo wzmacniać demokratyczną organizację producencką (np. spółdzielnię, stowarzyszenie rolników, związek zawodowy pracowników)
- decyzje powinny być podejmowane wspólnie, w sposób demokratyczny i transparentny
  • Dążenie do zwiększania niezależności producentów
- długofalowym celem Sprawiedliwego Handlu jest takie wsparcie drobnych producentów, aby w przyszłości mogli prowadzić opłacalną działalność także poza ruchem i być konkurencyjnymi na rynku krajowym bądź światowym
  • Zwiększanie wiedzy i świadomości konsumentów
- zadaniem organizacji Sprawiedliwego Handlu jest także edukacja i zwiększanie świadomości konsumentów w zakresie podejmowania etycznych wyborów konsumenckich, dostarczanie im informacji o producentach, ich produktach oraz warunkach, w jakich powstały"



Dlaczego to by miało obchodzić każdego z nas? Bo handel jest wielką symbiozą, której NIE chcemy widzieć. Wybierając rzeczy wyłącznie TANIE przyczyniamy się do tego, że osoby, które je produkują jednocześnie mało zarabiają. Nieważne gdzie, na jakim kontynencie, w jakim kraju. Owszem, zaznaczam od razu, że nie dotyczy to wszystkiego, bo wiele firm opiera swoje ceny na gołym, nie popartym niczym marketingu jednocześnie nas mamiąc pseudojakością. Z tym pewnie też kiedyś świadomość wygra, ale to nie w tym stuleciu. Zbyt często grozi nam kupowanie LOGO a nie jakości. LOGO przyczynia się często do cieniutkiej jakości, za którą stoją też niskie koszty produkcji. Dobra rzecz musi mieć swoją wartość. I ma. Reszta to wartość dodana. Do każdego z poprzednich zdań można się przyczepić. Uogólniam. Wiem.Wiem.Wiem. Są loga (chociaż mam na myśli bardziej markę = jakość"), za które sama dałabym każdą cenę. Nawet jeśli tej kwoty nie mam, bądź jeśli marka ta jest powszechnie nierozpoznawalna (ba, w życiu nauczyłam się to właśnie doceniać. Nie każdy noname jest nonamem w polskim rozumieniu. Jest mnóstwo firm, producentów, którzy nie mają praktycznie osobnego marketingu, bo go nie potrzebują. Są to często też małe firemki, które nie chcą iść w ilość, jeśli wiedzą, że będzie to kosztem jakości). Firmy, które działają nie raz wielopokoleniowo. Ja jestem w dużym odwrocie (właściwie zawsze byłam) od rzeczy "popularnych". Owszem, bardzo często zdarza się, że takie rzeczy są na mojej półce, w mojej szafce, ale to wynika z tego, że je sprawdziłam i spełniły moje oczekiwania, jednocześnie nie stanowią one większości. Uwielbiam rzeczy unikatowe, od jedzenia, po ubrania czy kosmetyki i biżuterię. Wypracowanie sobie takie "gustu" wymaga jednak czasu i wielu prób. Jeśli jednym z kryteriów może być idea fair trade, to ja jestem absolutnie "za". Ba, prosty przykład z własnego podwórka: okazuje się, że palarnia kawy, w której kupuję kawę też bierze ziarna od dostawców należących do fair trade. I co? Różnica w cenie naprawdę nie jest duża w stosunku do kawy "firmowej", a jakość lokalnie palonej kawy i świadomość, że ziarna pochodzą z kontrolowanej plantacji powodują, że wszystko smakuje jeszcze lepiej. Sama świeżopalona kawa, jak wcześniej pisałam, jest nieporównywalna z żadną inną. Basta.

Jednak za ideą fair trade stoi konkretna procedura i założenie kontrolowanego handlu od pierwszego etapu. I to jest cała, najistotniejsza różnica pomiędzy produktami sprzedawanymi/ kupowanymi wg zasad FAIR TRADE a produkowanymi w nieludzkich warunkach i za nieludzkie stawki za przyzwoleniem całego świata. Ktoś powie, "to niech wszyscy pośrednicy zmniejszą swój zysk i podzielą się z pracownikami". No i mamy spychologię odpowiedzialności. Fair Trade nie zmieni świata od razu, nie dziś. Ale ja osobiście mam szczerą nadzieję, że stopniowo i sukcesywnie będzie wpływał na nasze konsumenckie decyzje, ponieważ na każdym etapie, bez względu na to, co sami robimy zarobkowo, zawodowo, CHCEMY BYĆ ZA TO GODZIWIE WYNAGRADZANI. Bez względu na długość i szerokość geograficzną i wykonywaną pracę.

Jestem mocno "za" i czuję się ich mentalną ambasadorką.

Małe logo, które zmienia świat na lepsze:



czwartek, 23 lutego 2012

Polskie seriale są przeważnie jakie są. No i takie będą. Ale czasami zdarzają się takie, które mnie wciągają. Ostatnio "Kasia i Tomek". Ale niedawno dołączył do tego [werble]: "Szpilki na Giewoncie".

Trafiłam na to przypadkiem na aplikacji ipla (tu strona IPLA) na telefon i zassało mnie to na kilka nocy. Ściągałam po kilka odcinków i z słuchawkami na uszach i telefonem w dłoni leżałam do 2-3 nad ranem siedząc z bohaterami w Zakopanem. Zakochałam się w tym serialu,  w jego klimacie, w góralach, w bohaterach, w dialogach (do wycięcia = dialogi momentami cienkie jak barszcz z torebki, albo wstawki product placementu czy też reklama fundacji polsat, ale naprawdę da się na to przymknąć oko). W całości doskonałe na środek nocy i wyłączenie się z własnego świata). Przez ten serial wiem już, że mam w sobie na 100% góralską krew. Porywczość, wartości, "charakterek", ale też jakaś specyficzna spolegliwość i zadziorność zarazem, no tak, to ja.

I te zdjęcia. Zakochałam się w górach. Nie byłam w nich od dzieciństwa, gdy babcia zabierała mnie do Szczawnicy i czasami do Zakopanego, ale za wiele nie pamiętam. Polubiłam dzięki temu serialowi Magdę Szejbal (którą do tego świetnie w tym serialu stylizują). Fajnie gra zmanierowaną, pewną siebie, ale też uroczą Warszawiankę. Polubiłam aktorów grających górali. Polubiłam Małgorzatę Pieczyńską. Polubiłam ich wszystkich. Każdego jednego bohatera. I strasznie podoba mi się góralska gwara. Zauważyłam, że zaczęłam zaciągać w ciągu dnia ;)

Wątek miłości, no jasne, ale w różnych wariantach. I fajnie. Jak dla mnie może być, zwłaszcza w takim wykonaniu, gdzie dziewczyna nie gra niepewnej sierotki zdobywanej przez królewicza, tylko widzi się dwa silne charaktery docierające się przez mocne tarcie a nie mizianie. To lubię.

Jeden z dialogów, który mnie rozbawił dość mocno jak na środek nocy:

dialog "przez zamknięte drzwi"

BARTEK: przyszedłem po ciebie

EWA[obrażona]: w dupie to mam!

BARTEK: a ja w dupie mam to, że ty masz to w dupie! wyjdź natychmiast!

:)

Fajna muzyka. W sam raz na wiosnę. Na zakochanie. Na wyluzowanie. Zmiękcza mnie, rozczula. Podoba mi się. Jako kobieta lubię wpuścić się w taki klimat jak w futro z niedźwiedzia. No, może kota ;) Z mężem obok. Nawet śpiącym. Chyba szybciej poszedłby na piechotę do Zakopanego niż obejrzał to ze mną, ale nieważne. Naprawdę fajny babski serial. Polski.

Po całym dniu walki z wiatrakami, lśnienia, migotania, wykazywania się, czarowania i dawania z siebie wszystkiego dla dobra świata (czyli wszystkiego co kocham, ale od czego też muszę odpocząć) z rozkoszą zatracałam się w tym góralskim, zakopiańskim klimacie. Szkoda, że mi się skończył. Ale nie wykluczam, że będę go sobie odpalać dla poczucia tego znowu. Tak po prostu. Siedzi  we mnie góralska dusza, że hej! Ale też szpilki są mi potrzebne do szczęścia. No pasuje mi ten serial jak mało co. W sam raz na wiosnę. 

Poleżeć na hali, na trawie, popatrzeć na Tatry, popatrzeć na stado owiec, pogryźć trawkę podjadając oscypka, a potem dopaść kwaśnicę, nie mówiąc o dzięgielówce... No wiem, po prostu wiem, że nic więcej do szczęścia by mi nie trzeba było. Tylko jeszcze w jakimś ciepłym czasie, bo odpowiednik halnego to mam teraz nad morzem ;)

Ech... No rozmarzyłam się po całości przy tym serialu. Fajnie, że na niego trafiłam.

PS. ale też dobrze, że skończył mi się, bo tydzień zarywania nocy dał mi popalić nieziemsko. Mogę spokojnie wrócić do "Lie to me", a to oglądamy już razem. Przynajmniej można się pomądrzyć w zgadywaniu "co będzie za chwilę" i kto kłamie ;)

19:26, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 lutego 2012

Blogi stają się modne. Może nie są jeszcze jasno identyfikowane przez ludzi, którzy nie miewają z nimi w żaden sposób do czynienia, ale słowo blog ma zupełnie inny wydźwięk niż jeszcze prawie 10 lat temu.

Ostatnio widzę coraz więcej artykułów o tym, jakie blogi mają być, powinny być, muszą być. Poradniki się mnożą jak grzyby po deszczu, jak chociażby TEN. Powstaje coraz więcej rankingów blogów i blogerów, coraz więcej osób podejmuje się definiowania, katalogowania blogów i blogerów. Coraz więcej prac naukowych dotyka tematu blogowania. Coraz więcej analiz dotyczy blogosfery. I alleluja! Naprawdę się cieszę, ponieważ cenię to, że są ludzie, którzy rozpoczynają sukces dzięki blogosferze. Serio, serio. Marketing blogowy jest nadal przyszłością marketingu w sieci, bo ciągle nieporadnie raczkuje, a wg mnie wykupienie miejsca, zrobienie kampanii ze znanym blogerem powinno wymagać planowania z powodu obłożenia tegoż bloga/blogera, planowania, jak każda kampania/ akcja marketingowa. Dzięki blogerom z największą popularnością, oglądalnością, poczytnością marketing ma szanse na doskonałą drugą młodość. Nieświadomość tego faktu wśród marketingowców wielu firm jest wg mnie tym bardziej polem do popisu tych, którzy już to rozumieją i wiedzą, jak wykorzystać potencjał blogera dla zysków (nie tylko wizerunkowych) firmy. OK. Są blogerzy, którzy są do tego stworzeni i nadają się doskonale do współpracy w tym zakresie. To doskonały sposób na kreowanie wizerunku i co bardziej rozgarnięci ludzie wiedzą o tym lub już się dowiadują, bo ta gałąź też rozwija się (chociaż wg mnie za wolno). Z resztą, to temat rzeka i jest o tym dość materiałów bardziej specjalistycznych.

Bardziej mnie interesuje szufladkowanie blogerów. Koniecznie próbuje się zdefiniować, jakim kto jest blogerem i tu czuję się dopiero szturchnięta. Bo ja nie chcę być szufladkowana. Pewnie dla jakiś celów statystycznych nie uniknę tego, ale trudno. Nie jest to dla mnie istotne. W blogowaniu jako takim nie jest dla mnie osobiście najważniejsze pytanie "czy ja mam dobrego bloga?", bo zakłada ocenę przez innych. Ważne jest to, że go mam. Czy tam 2 blogi. Albo 3 lub 4. Jakoś tak. Jak buty, każdy na inną okazję i nastrój. A czemu bloga piszę? Bo nie potrafię go rysować ani śpiewać ;)  Bo często każdy zanim się zdecyduje, to się frasuje "a o czym będę pisać", a po co martwić się na zapas? Może przejdzie po pierwszej notce, może nigdy.

Pamiętam początki blogowania i chciałabym, żeby ktoś, kto ma potrzebę pisania, pisania pamiętnika, pisania o czymkolwiek, rozmawiania ze sobą, przyglądania się swoim myślom, albo chce się podzielić swoim hobby, albo przeżyciami, albo snami, albo ktoś kto zawsze marzył o napisaniu książki, albo pisze wiersze, albo ma nieznośnie nieposkromioną wyobraźnię i chcę to z siebie gdzieś wyrzucać w postaci czegokolwiek, notek, felietonów, opowiadań, to żeby wiedział, że na początku po to były blogi. I dalej po to są. Nawet żeby wrzucić w sieci własne zdjęcie czegoś i się na nie patrzeć z samozachwytem, że takie piękne zrobiłam. Po to też są blogi, żeby się samemu po głowie pogłaskać, jak pięknie nam wyszło, albo jak fajnie wymyśliliśmy :)

Ja zaczęłam swoją przygodę z blogami w 2003r. i dziś żałuję tylko, że kilka swoich blogów skasowałam, kilka nicków zlikwidowałam, bo dziś z chęcią bym sobie wróciła i poczytała siebie sprzed tych lat, bo pamiętam, że sobie nie odmawiałam grafomanii nieznośnie. Wiem, że dzięki blogom można naprawdę realizować/ wyżywać się na wiele sposobów. Przy okazji "spotyka się" osoby, których wcale nie musimy poznawać bliżej, jeśli nie chcemy. Ani one nas. Ani my, ani oni nie muszą mieć takiej potrzeby. Kontakt tylko przez bloga bywa świetny. Doskonale intymny i nieprzekraczający linii, których przekraczać nie chcemy.

Początki blogowania, właśnie lata 2003-2004 wspominam jako okres niesamowicie ciekawego kameralnego poznawania ludzkich myśli z innego pułapu niż w realnym świecie. Było to dla mnie fascynujące i mogę tylko życzyć każdemu, żeby trafiając na blogi, trafiał na te, które trafią w jego wrażliwość, potrzeby jako czytelnika, ale przede wszystkim, jeśli poczuje potrzebę, ochotę pisania, to niech założy bloga. PO PROSTU niech założy bloga. Można zacząć od bloga zahasłowanego, można zacząć pod nickiem, można pod imieniem i nazwiskiem, można założyć bloga z kimś, jako formę listów, można wszystko co przyjdzie do głowy, tylko trzeba pamiętać po co się to robi. Blogi są doskonałym sposobem wyrażania siebie, bez obawy o ocenę innych, są też dobrym sposobem uczenia się tego. Dla siebie, dla świata, dla innych. Przez te prawie 10 lat widziałam wiele, widzę rozwój blogów, widzę znikanie albo wymieranie innych. Lubię osobiście dwa rodzaje: właśnie pisane w formie listów, gdzie dwie osoby mając dostęp do konta wymieniają się notkami i te, które od lat "nie żyją". Temat się wyczerpał. Blog powstawał tylko w przypływie potrzeby sytuacji, relacji, chwili, po wygaśnięciu której autor/rzy/ go zostawiają na jakimś etapie. Mam sentyment do blogów, które zniknęły, bo tak chciał autor. Blogi bywają intymne, czasami dwuznaczne, dopieszczone w każdym słowie. ALE czytając blogi nie zapominałam też, że ktoś może po prostu doskonale wymyślać. Kreować. No i super. Jeśli ja to czytałam jak autentyk, to tylko pogratulować. W końcu po tym oceniam też jakość książki, filmu. Na ile w danym momencie w to wierzę... bo lubię też blogi pisane jak książki, gdzie nie wiadomo, co jest prawdą, co fikcją literacką, co wymysłem, co zlepkiem cudzych wspomnień. Pisane dobrze. Literacko. Lubię wiele różnych blogów, których większość jednak mam we wspomnieniach, bo ich już po prostu nie ma. Ale jeśli ktoś ma potrzebę pisania, bez względu na to, czy dla siebie, czy innych, czy jedno i drugie, to niech to po prostu robi. Piszę to jako stara blogowa weteranka i obserwator. Blogowanie jest naprawdę niemożliwie nieograniczone. Anonimowość lub jej brak? Nic się nie zmienia. To jak w realu. Sami musimy wiedzieć, na ile z czym możemy i chcemy sobie pozwolić. Blogowanie może być tego kolejną świetną lekcją. Najważniejsze, to się nie bać. I spokojnie. Jak się zakłada bloga, to nie ma ryzyka, że będą go czytać miliony. Jeśli tego nie chcemy, to świetnie. Jeśli chcemy, to odsyłam do mistrzów blogowania i blogosfery. Nie trudno ich znaleźć, a można się od nich spokojnie uczyć.

Mam na liście może 3-4 blogi, które znam od wielu, naprawdę wielu lat. Widzę, jak się zmieniają, jak zmienia się autor, albo raczej jego życie, bo ja należę do wyznawców teorii, że ludzie się nie zmieniają. Dla autorów tych blogów również jest to chyba ważne, ze te blogi dalej są mało znane. Uwielbiam kameralność takich blogów. Ich autorzy też kilka razy uciekali, ale zawsze wracają. Rozumiem ich. Blogowanie bywa jak narkotyk. Jak się raz zaczęło, to nie chcę się przestać. Ale każdy może spokojnie blogować. Załóż bloga może być początkiem fajnej przygody, albo po prostu doskonałą metodą "odczadzenia" myśli. Mimo tylu badań jedno jest pewne: nie można krótko i sensownie zdefiniować blogowania. Idźcie i blogujcie, bo po to jest ten magiczny przycisk "załóż bloga". 

Pisząc tę notkę mam na myśli blogi ludzi, którzy chcą po prostu założyć bloga. Bez planu, strategii, pomysłu, a z potrzeby chwili, emocji i ekshibicjonistycznej potrzeby pisania, opowiadania, wygadania się na piśmie, bo czasami to lepsze od wygadania się na głos. Z blogami tak jest, że to i tak czas pokazuje, co z nimi będzie. Na początku sam autor często nie wie. To często pokazuje czas. Po prostu. Najważniejsze: jeśli chcesz, to po prostu załóż bloga. I pisz. Miej swoje miejsce w sieci. I nie słuchaj kpiącego gadania o "internetowym pamiętniczku". Jeśli ktoś tak myśli, to kompletnie nie zna blogosfery i zamiast się mądrzyć, niech się najpierw rozezna. Jeśli nie chce, to jego sprawa. Nie myśl o tym i pisz. Pisz swojego bloga. Nic lepszego jeszcze nie wymyślono :)

 

PS. dedykuję ten wpis tym, którzy żyją gdzieś tam... a których imion a już na pewno nazwisk nawet nie poznałam i wzajemnie. I było nam z tym dobrze, bo po to wchodziliśmy na blogi. 

21:27, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 20 lutego 2012

Jestem średnią fanką samochodów. Dzielę je na czarne, brązowe i pozostałe oraz ładne i nieładne. No i bez kokieterii: są moim fetyszem. Uważam je za jeden z lepszych wynalazków, a niektóre stylizacje są po prostu dziełem Boga, albo Szatana. Nie wiem.

Dzielę je też oczywiście na: stylowe (klasyka z ubiegłego stulecia), normalne (no normalne, przeciętne linie, osiągi i marki) wśród nich też marki luksusowe, tyle że normalne (nie wystarczy żeby coś było luksusowe, żeby było dla mnie wyjątkowe), ale mam też orgazmogenne. Rzadko, bo rzadko, ale zdarzają się takie modele. O ile miałam w życiu okazję jechać wieloma rodzajami samochodów luksusowych od BMW, AUDI, LEXUSA, MERCEDESA i oczywiście są one też źródłem niezłych doznań (szczególnie przyspieszenie i komfort i wygoda i przestrzeń i... Mrr) o tyle jednak mam swoje koniki wśród różnych marek z różnych lat i nie da się pominąć klasycznych cabrio z lat 60 tych, po nowoczesne marki, przy których mam dreszcze na każdy ich widok. W ubiegłym roku (albo 2 lata temu?) dołączył do nich BMW X6. Szczególnie za kolor i linię i wysokość. To jest dopiero uczucie, gdy stoję w swoim wcale nie małym samochodzie na światłach i podjeżdża BMW X6. Widzę jego klamkę. No cóż...

Mój ukochany model i kolor:

Na tym zdjęciu samochód musi stać w pełnym słońcu (plus pewnie te fotomagiczne sztuczki z doświetlaniem, niepotrzebnie). Widziałam ten brąz i jest po prostu świetnym kolorem dla samochodu (na tym zdjęciu trochę nie tak wygląda jak w rzeczywistości, ale to nieistotne. To tylko zdjęcie).

Idealny kolor dla TEGO samochodu (już sam fakt, brązowy samochód.. do tej pory istniały dla mnie czarne i reszta. Od kiedy zobaczyłam brąz tego BMW X6 to są czarne, brązowe i cała reszta). Kolor doskonale pasujący do czarnych, klasycznych i nieznośnie wysokich szpilek, prawda?

Jeszcze nim nie jechałam, ale ja to wiem, że żadna limuzyna mu nie dorówna. Bo to trochę inna inność. Ten model jest po prostu moim zupełnym ideałem. Pomijam, że ja z ideałami i samochodami mam podobnie: zmieniają mi się i nudzą, ale ten model trzyma mnie już naprawdę długo. Ciekawe, jaki będzie następny... Nie, właściwie nieważne. Pozachwycam się jeszcze tym.

PS. Ostatnio jechałam ze znajomym właśnie samochodem z wyższej półki. Jechaliśmy autostradą i byłam ciekawa, co ten samochód potrafi. Czując przyspieszenie w sekundach do 250km/h zamieniam się zawsze w jedno wielkie doznanie. Kocham te uczucie. Podobne do lotu samolotem, mniej więcej ta sama półka.

Na pytanie "Boisz się?" odpowiadam z zadowolonym uśmiechem "Bałam się "przed". Teraz już na to za późno. Jest cudnie ;)"
To jest magia techniki. Sama bym się za nic nie odważyła rozwinąć takiej prędkości. Przy własnych 180km/h słyszałam śpiew niebiańskich aniołów. Piękny, ale szybciej bym nie pojechała. Wolę być w takich chwilach zachwyconym pasażerem.

No i kiedyś chciałabym być takim pasażerem w takim BMW X6.

14:26, l.marzena , cobyeta
Link Komentarze (6) »
niedziela, 19 lutego 2012

Uwielbiam wspólne gotowanie. Przygotowywanie dań zajmuje minutę, przy tym mam okazję się o niego poocierać, podotykać, poczuć zapach jego karku wymieszany z zapachem ziół. Niezbyt często to robimy, bo jednak każde z nas z reguły woli gotować samo, jednak czasami, przy daniach wymagających przygotowania wielu składników, które się szatkuje, kroi, obiera godzinami, ugniata w nieskończoność to jednak się uzupełniamy.

I właśnie trafiłam na fejsie na coś genialnego. Fartuchy. Dla kobiet i mężczyzn. Ale uwaga, te fartuchy nie mają nic wspólnego ze znanym nam wzorem i wykonaniem ze szkolnej stołówki, bądź nudą lub "zabawnymi" nadrukami. O nie. Uwaga. Panie i panowie: wyższy poziom gotowania doświadczony będzie w tym:

 

 zdjęcia pochodzą STĄD i są to tylko te modele, które udało mi się skopiować do linkowania. Wybór jest szeroki i pozwala fajnie rozgrzać wyobraźnię.

Strona sklepu TU PROSZĘ. Polecam samą stronę, bo zdjęcia mają niemniej dobre i klimatyczne.

Prostota męskich modeli, np. BORYSa. Kobiecość w modelach damskich... np. MARY aż chce się wrócić do kuchni. I długo gotować, dusić, piec...

Świetny pomysł na prezent. Nie tylko dla partnera/ki. Fartuszki mają swoją cenę, ale po pierwsze wyglądają na nią, a po drugie, wyglądają na nią. Na pewno dorzucam do listy #chceto. Poczekam.

Lubię zmysłowość. Lubię dni, kiedy kuchnia jest pomieszczeniem nie mniej erotycznym niż każde inne. W takich fartuchach może być niewątpliwie. Dodałabym do tego tylko duże świecie w kątach kuchni (zamiast światła), dobry jazz w tle i let's cook w stylu slow. Pomysł na weekend idealny. Naprawdę nieważne czy w pojedynkę czy w parze.

sobota, 18 lutego 2012

Uprzedzenia. Genialna sprawa. Często mylone ze strachem. Ma je każdy, jak każdy w innej kwestii i na inną skalę. Tak jak każdy prawie (bo ja nie i tego się będę trzymać), szufladkuje. Nieważne. Dziś mam na tapecie uprzedzenia.

Gdy miałam 14 lat zobaczyłam na talerzu w restauracji KREWETKI. Trauma. Czegoś równie paskudnego nie widziałam do tamtej pory. Nawet dobrze przygotowana ośmiornica nie odrzuciła mnie tak, jak w tamten dzień te biedne krewetki. Do dziś nie chciałam dać się namówić na ich spróbowanie. Nie było takiej opcji, miejsca, dania. Nie. Krewetki? Dziękuję. Właśnie wychodziłam. 

Aż do dziś. Mój mąż przyrządził je w taki sposób, że już zapachy w trakcie przygotowywania doprowadziły mnie do obłędu. Potem się okazało, że samych krewetek w tym daniu nie widać. Prawie. No ale nie na tyle, żeby mnie odrzuciły swoim wyglądem. Tak. W smaku są świetne. Dobrze przyrządzone i ledwo rozpoznawalne dołączą do moich ulubionych małż. Na tym z owocami morza mogę zakończyć. Kolejne uprzedzenie pokonane sposobem.

I tak miałam zawsze. Od kiedy pamiętam. Najlepszym sposobem na pokonywanie uprzedzeń jest stawienie im czoła, ALE W ODPOWIEDNI SPOSÓB. Np. pływanie. Mój ojczym próbował nauczyć mnie pływać, gdy miałam 6 lat. Wrzucił mnie do jeziora. Od tamtej pory boję się wody. Za sport ekstremalny uważam pływanie kajakiem czy rowerem wodnym. No i wybierając się na jeziora tak je właśnie traktuję. Kilka razy próbowałam się uczyć pływać i byłam uczona, ale się taki nie narodził, dzięki któremu przestaję wpadać w panikę czując wodę w nosie. Ten temat pozostaje nierozpracowany.

Inne przykłady? Poczynając od seksu i jego różnych form. Nie będę wnikać, ale do dziś Bogu dziękuję, że m(iał)am w życiu do czynienia z doskonałymi mężczyznami z talentem, wiedzą i fantazją. Bez nich pewnie sama zakopałabym się we własnych uprzedzeniach i przekonaniu, że seks to po ciemku i "na misjonarza". Późniejsze przejmowanie inicjatywy przychodziło szybciej niż myślałam.

Albo uprzedzenia do ludzi. Wyznaniowe, religijne, poglądowe. Miałam to szczęście, że jako nastolatka rok chodziłam to mieszanej klasy. Od Muzułmanów, Protestantów, Ewangelików, ateistów po kilkoro nas: katolików. To była doskonała lekcja, bo bardzo szybko nauczyłam się, że religia czy poglądy nie mówią wiele o człowieku. Można wierzyć w Boga, być praktykującym wg jakiejś religii a przy tym łajdakiem a można być niepraktykującym niczego, z jakimś własnym światopoglądem i być cudnym człowiekiem. Tego się nauczyłam jako 15 latka i całe moje szczęście. Od tamtej pory daleka jestem od szufladkowania ludzi. Znamy się na tyle, na ile się poznaliśmy i tyle w temacie. Uprzedzeń wobec ludzi pozbyłam się więc najszybciej. Zawsze najsilniej trzymam się tych związanych ze mną. Jakoś tak mi się porobiło. Ale też z dziką satysfakcją się ich pozbywam, co jest o tyle dziwne, że ja kocham mieć rację, a pozbycie się uprzedzenia jest przyznaniem, że jej nie miałam. No cóż ;)

Kolejny ulubiony przykład: prawo jazdy. Całe życie (do 30tki :) nie miałam zamiaru podchodzić do tematu, ponieważ zostałam wychowana, że prawdziwa dama daje się wozić i sama nie prowadzi samochodu (no wiem, ale tak byłam wychowana i tak to funkcjonowało. Zawsze ktoś chętnie mnie podwoził, zawoził, zabierał, tu taksówki, tam autobusy... No tak było). Aż mój mąż mnie uświadomił, że jak będę miała prawko i samochód, to nie będę od nikogo nigdy uzależniona i to mi się spodoba. Och, 2 lata walczyłam z tematem. Przed każdym egzaminem zrozpaczona dzwoniłam jeszcze po osobach zaufanych modląc się o błogosławieństwo. Jeden z rozmówców stawiał mnie zawsze do pionu "Nie martw się. I tak nie zdasz". Cholera, on chyba wiedział, że to są słowa, których mi trzeba.

Albo salsa... Pamiętam jeszcze jak dziś pierwsze zajęcia. Boże mój Ty. Wrzesień 2011. Stoję i patrzę. Próbuję załapać, o co chodzi. Po kilku krokach łapię straszną zadyszkę. Muszę zrobić przerwę. Pierwsze zajęcia, tygodnie, to była raczej ciągła przerwa. Kilka razy wychodziłam przed końcem, bo nie mogłam znieść swojej nieudolności. Ale strasznie chciałam umieć tak, jak dziewczyny chodzące od dawna, te z lepszą kondycją. Wiedziałam, że dopóki palę, to ciągle będę odpadać zanim złapię układ, bo moje płuca nie dadzą rady. Widziałam, że instruktor widzi, że ja bardzo chcę i podtrzymuje mnie na duchu i z każdymi zajęciami cieszyłam się jak dziecko z każdego postępu. Z tego, że zapamiętuję coraz więcej sekwencji, że coraz rzadziej robię przerwy. Nie raz miałam dość siebie. Odwykłam od "nieumienia". Odwykłam od wydawanych poleceń i przystosowywania się do nich. Jak instruktor w prawo, to ja w lewo, jak on przód lewa, to ja prawa i tak było długo. Do tego co rusz musiałam zrobić przerwę i się napić. Nie raz miałam dość i chciałam się poddać. Zrezygnować i zapisać się na zajęcia dla seniorów, jednak zawsze mówiłam sobie, że jeszcze spróbuję. Potem doszła do tego zumba. Doszedł sporadyczny spinning. Gdy się ma prawie 36 lat trzeba dodatkowej wiary, że wystarczy obudzić zaspałe mięśnie i odzyskać kondycję z młodości, gdy robiłam po 100 km dziennie na rowerze,  gdy parogodzinne treningi siatkówki były banałem. Moim głównym uprzedzeniem było, że może to już nie na moje lata. I na dziś wygrałam. Na ostatnich zajęciach zapamiętuję już całe układy idąc krok w krok z instruktorem i grupą. Przerwy robię nie częściej niż inni. I jestem z siebie cholernie dumna, bo też dzięki banalnym uwagom instruktora nie poddałam się na początku. I co?  35+ to może być dopiero początek przygody z salsą, zumbą i dobrą kondycją.

To samo miałam ze zdrową kuchnią. Jak chciałam zdrowo zjeść jechałam do babci, która jak nikt na świecie rozpieszczała mnie swoją kuchnią, ale nie widziałam specjalnie znaczenia w tym CO jem. Ważniejsze było, czy jest smaczne. Dopiero z rok po odejściu babci trafiłam na mojego "mentora", który pokazał mi znaczenie jedzenia. Dotarł do mnie w trakcie jednego spotkania. Chociaż nie powiedział nic, czego bym nie wiedziała, to powiedział to w taki sposób, że dotarło natychmiast. I na stałe. No lepiej późno, niż wcale.

Przekora i upór. To moje dwa drugie imiona. Dzięki nim i odpowiednim argumentom nauczyłam się w życiu i doznałam wszystkiego co najlepsze. Z dzisiejszymi doskonałymi krewetkami włącznie. I jak sobie myślę, ile jeszcze mam uprzedzeń i obaw, które czekają na odpowiedni argument, żebym się ich pozbyła... to się tylko uśmiecham, bo z tego wynika, że jeszcze kilka przeżyć przede mną. Nie tylko kulinarnych.  Czy chcę żeby się to zmieniło, czy chcę się pozbyć tych uprzedzeń? O rany. Oczywiście. Przy odpowiednim argumencie, przy odpowiedniej oprawie i motywacji koniecznie. 

Sama wiem, co to znaczy pozbawiać innych uprzedzeń, obaw. Robię to od lat. I wiem po sobie (dzięki innym) i po innych (dzięki sobie) jakie to świetne. Pozbywanie się uprzedzeń jest cudowne właśnie dlatego, że pozwala zauważyć nieskończoność rzeczy, doznań, które jeszcze, jeszcze ciągle przed nami. Bez względu na to, ile już za nami.

I to jest naprawdę doskonałe. Bo dzięki takim krewetkom, czy salsie wiem, jak bardzo jeszcze wszystko przede mną i jak kompletnie i zupełnie nie mam czasu się starzeć, bo za dużo jeszcze czeka gdzieś tam na mnie. I niech tak sobie będzie. Niech zawsze pozostanie we mnie takie przekonanie. Ono jest siłą napędową życia. Po prostu. I jak sobie myślę o tych wszystkich uprzedzeniach, które jeszcze w sobie mam. O matko. No cudnie ;)

I mam nadzieję, że zawsze znajdzie się obok ktoś, kto mnie do tego jeszcze odpowiednio zmotywuje i znajdzie argumenty odpowiednie dla mnie. To nie jest proste, ale jak się już trafi, to staję się bezwstydnie łatwa. Wystarczy klucz. Może kiedyś ktoś znajdzie ten na pływanie, albo sama znajdę na wiele rzeczy, których nie robię, bo nie... ;) To naprawdę żaden argument, ale też nieznośnie silny.

Slow life niesie w sobie szukanie nowego. Nowych smaków, doznań, myśli, wniosków. Slow life to czas na szukanie. Wszystko jest kwestią sposobu, bo na pewno nie zabraknie ciekawości i chęci poznawania tego co nowe. Oby pozbywać się przy tym uprzedzeń. W każdej jednej kategorii.

 
1 , 2