O autorze
Zakładki:
Na łące z laptopem, czyli czytam
Prosty kontakt:
Przydatne linki
Slow life (i nie tylko) wg innych
Spróbuj tego:
W tle często...
Wnętrza, bo kocham ten temat
Z ciekawości i zawodowo
Zasmakuj
Tagi
Dzisiejszy dzień jest Twój. Podaj Dalej!
żyję slow, bo jestem tego warta
Kategorie: Wszystkie | cobyeta | cylindryczne | slow food | slow life
RSS
niedziela, 29 stycznia 2012

Dziś postanowiliśmy rodzinnie odświeżyć sobie film "V jak Vendetta".

 Oczywiście każdy marzy teraz o masce Fawkesa. Ja też, ale może nie o samej masce ile o gadżetach z nią. Długopisy, breloczek, kubek, mała broszka do wpięcia gdziekolwiek, pościel... Och, miałabym chętnie maskę na przedmiotach koło mnie. Symbolika. Kocham symbole.

 

 

I tak przeszło mi to przez głowę i pomyślałam od razu, jaka to ironia losu - nie znam nawet właściciela praw do wykorzystywania tej maski, ba, jeśli już bym miała kupować te gadżety, musiałyby być oryginalne, bo mam alergię na podróbki. I zaczyna się szukanie... i ad acta. A znając życie ktoś zrobi z tego złoty interes. I dobrze, ale niech to będzie autor maski... Prawdopodobnie autorem jest David Lloyd - autor rysunków komiksu, na podstawie którego powstał film, ale nie umniejszałabym też Allanowi Moorowi - autorowi scenariusza. Ale czy w ogóle ktoś to z nimi ustali? Nie wiem. Powinien na pewno, tak by wskazywała uczciwość.

Tylko jak to się będzie miało do idei o którą dziś się walczy, która stoi za tą maską? Nijak. Żyjemy w skrajnie konsumenckim świecie. Czuję się za mała, żeby się nad tym nawet dalej zastanawiać (inaczej - zastanawiałam się nad tym dość długo, ale nie doszłam do sensowych wniosków). 

V jak Vendetta, piękna scena, w której tłum w maskach wychodzi na ulicę. Piękne słowa i cytaty Fawkesa (ale nie tylko. Film naszpikowany jest świetnymi cytatami). Jak chociażby ten: "Pamiętam, jak słowa zaczynały zmieniać znaczenie. Pamiętam, jak „inni” stawał się synonimem groźnego. "

Wzniosłe, i skierowane do i dla innych. Dla ich dobra. W film wpisany jest niewyobrażalny i klasyczny romantyzm (walka z niesprawiedliwością, tyranią) i jednocześnie wpisana w tenże nieszczęśliwa miłość głównych bohaterów. Gdzieś w tle słyszę cichy chichot historii..

To co dziś widzimy wśród młodzieży, to co kotłuje się pod skorupą, w młodej krwi, opisała ciekawie Segritta. Ja to nazwałam cyberromantyzmem którego krótka definicja wg mnie byłaby prosta - prawdziwe i żywe, a przy tym skrajne emocje, które rodzą się za pośrednictwem internetu. To, czy i w jakiej formie wyjdą poza, to już zupełnie inna sprawa. W dobie internetu wszystkie emocje mogą narodzić się w cyberprzestrzeni i tak to odczuwam, bo dla mnie jest to nowe zjawisko (i znam wiele osób, dla których dalej byłoby to niemożliwe). Ja jestem starej daty romantyczką... chociaż. Na pewno potrafię to zrozumieć. 

Ta kwestia też jest trudna, bo wcześniej świat się z takim stanem jeszcze nie zmagał. Pierwszy raz młodzież chce wolności w "sieci". Pierwszy raz nie chodzi o terytoria, tylko o ziemie niczyje, które co niektórzy chcą zawładnąć, "sprecyzować", dookreślić, ale z oczywistych względów nie mogą... Tak. To jest naprawdę pierwszy raz walka o wolność w przestrzeni, w eterze, który dosłownie i w przenośni daleko jest od tej podzielonej ziemi, a jednocześnie tak bardzo jest nas wszystkich. Każdy może wejść i wziąć sobie kawałek i zrobić z nim co dusza zapragnie. Ta walka o wolność w internecie kojarzy mi się bardzo z historiami, które opowiada mój dziadek o nas, jak dzieciakach. Podobno jako knypki, ja i moi bracia, często się kłóciliśmy, walczyliśmy, biliśmy, płakaliśmy, ale jak ktoś próbował się w to wtrącać, czy nas godzić albo rozdzielać, to wszyscy stawaliśmy okoniem i nie pozwalaliśmy się wtrącać. Każdy musiał umieć sam znaleźć sobie sposób na "wolność" na tej braterskiej ziemi. I udawało się nam. Teraz patrząc na internautów widzę właśnie silną analogię: oni między sobą mogą się zgadzać, nie zgadzać, popierać, wyśmiewać, pochlebiać, wspierać, wzgardzać,  kochać mogą wszystko... ale nikt nie ma prawa  narzucać im z zewnątrz, co i jak mają robić. Jeśli ktoś nie spędził trochę czas w internecie, nie poznał lepiej bądź gorzej tworzących się społeczności, grup, naturalnego doboru liderów, przywódców, kozłów ofiarnych, autorytetów, jeśli ktoś się temu nigdy nie przyjrzał od środka... to tego nie zrozumie, dlatego nie dziwię się, że ta młodzież tak bardzo walczy o ten swój świat. I bardzo dobrze. To jak nowy kanał przepływu myśli. Ja się urodziłam jakieś 10 lat za późno, żeby to tak czuć, bo spokojnie mogę żyć bez internetu, ale jednak, jak mogę, wolę żyć "z" (chociażby w telefonie) i to też o czymś dla mnie świadczy.

Swoją drogą, jest dla mnie socjologicznie ciekawe odcinanie "internautów". Byłam przekonana, że internautą jest każdy, kto korzysta z możliwości jakie daje internet. Od poczty począwszy, po aktualizację gps w telefonie. Nie trzeba przecież surfować po sieci, żeby być internautą, ale co ciekawsze, przecież każdy kto się w mediach wypowiada o "internautach" korzysta z internetu. Dlatego lekko się uśmiecham słysząc w telewizji wypowiedzi o "internautach". Ludzie, którzy używają tego słowa jako synonimu "inni" też nimi są... Wszyscy jesteśmy. W tym jednym nie ma podziałów. Masz internet, korzystasz z niego w jakikolwiek sposób? Jesteś internautą. Koniec kropka.

Czy jednak we wszystkich siedzi potrzeba zmiany, romantyczne porywy, chęć walki o słuszne idee i sprawy? Zapewne nie. 

Przy okazji - jestem jedną z fanek Natalie Portman. Jest ona dla mnie jedną z najlepszych aktorek młodego pokolenia. Podwójnie cenię ją i szanuję za dobór ról. Potrafi być taka, jaka powinna być aktorka, ale też każda kobieta - zmienna. Za każdym razem idealnie dopasowana do roli.

Film wzrusza. Codzienność też potrafi budzić wiele emocji, ale najważniejsze pozostanie.. co z nich w nas zostaje, jak je zapamiętamy i do czego nas zainspirują, zmotywują, pchną.

I na koniec, puszczając oko, słowa V "Rewolucja bez tańca jest niewarta zachodu.". 

wtorek, 24 stycznia 2012

Śniadanie. Kiedyś, dawno temu, zanim zaczęłam żyć slow, śniadanie było jedną z większych strat czasu. No kto by rano coś robił? Kawa, papieros, ew. jakiś banan w biegu i potem dopiero "coś" w ciągu dnia.

M-a-s-a-k-r-a.

Od jakiegoś roku nie wyobrażam sobie dnia bez śniadania. Mogę nie zjeść każdego innego posiłku (czego też staram się nie praktykować), ale śniadanie musi być.

http://www.cbsnews.com/i/tim/2011/01/17/breakfast-000014036366XSmal_620x350.jpg

źródło zdjęcia TU

Wiadomo. Podstawa to jajecznica bądź jajka we wszelkich formach. Jednak od kiedy mój mąż jest na diecie ustalonej przez jego trenera (dobra, jest na tej diecie z przymrużeniem oka, ale i tak wiele pozycji udało się przemycić, bo są pożywne i przy tym smaczne). Więc... jedną z takich pozycji jest:

omlet = płatki owsiane + banan + jajka.

Wiem jak to brzmi. Wiem jak to wygląda. ALE WIEM TEŻ, JAK SMAKUJE. I jest absolutnie rewelacyjnie przepyszne. Mój mąż jest mistrzem śniadań, bo ja rano niezmiennie jestem nieprzytomna i rozpieszcza mnie tym wyrafinowanym daniem ;)

Przepis? Proszę: zalewamy płatki owsiane (najlepiej górskie, a już na pewno żadnych błyskawicznych) wrzątkiem, na jakieś 10min (ilość - no "na oko", czyli ile zjemy). Po tym czasie dodajemy 2-3 jajka. Mieszamy. Wkrajamy banana. Mieszamy. I myk na patelnię (najlepszy jest oczywiście olej kokosowy). I potem na drugą stronę. 

Voilà.

To jest przepis bardzo słodki. Nie każdy lubi z rana na słodko, ja jednak kocham. 

Jak mąż wyjeżdża, to oczywiście robię to sobie sama, ale no wiadomo, to już nie ten smak ;)

I po takim śniadaniu naprawdę lepiej się myśli, funkcjonuje, działa. Po prostu chce się żyć, że och.

Ale właśnie dziś też trafiłam na kilka innych ciekawych przepisów na portalu dla sportowców. TU. Na pewno je wypróbuję.

Naprawdę, wprowadzenie nawyku zjadania śniadania powoduje, że jeśli muszę wyjść bez śniadania, to jestem wręcz nieszczęśliwa. Bardzo, bardzo rzadko do tego dopuszczam. Śniadanie to podstawa mojego dobrego samopoczucia. Zjadane bez pośpiechu, z możliwością delektowania się (tak, mówię o śniadaniu). Potem jeszcze pyszna kawa... i już naprawdę zupełnie inaczej układa się dzień.

niedziela, 22 stycznia 2012

Na szczęście jeden z moich ulubionych autorów a przy tym blogerów - Marek Wojciechowski - polecił na weekend serial o wdzięcznym tytule "Lie to me"

I się z mężem zatraciliśmy na dobrych kilka godzin i na początek, bo nie sposób przerobić na raz wszystkich odcinków i wszystkich sezonów.

Kłamstwo. Słodkie kłamstwo. Od dawna modne jest rozgryzanie NLP, czyli technik manipulacji, jednak mnie od młodości, zanim NLP pojawiło się na świecie, fascynowało kłamstwo. Mechanizmy, sposoby rozpoznawania, sytuacje gdy ludzie je stosują, gdy wszyscy je stosujemy, gdy należy, gdy nie powinno się kłamać. Piękny temat. Uwielbiam do dziś słuchać kłamiących ludzi, obserwować zachowanie, mimikę, mowę ciała, wyłapywać drobiazgi trwające ułamki sekund i dlatego z dziką wręcz przyjemnością polecam również ten serial, ponieważ jest w nim mnóstwo faktów odnośnie kłamstwa. Doskonała potrawa na wieczory. Lubię pozwalać ludziom kłamać i udawać, że tego nie widzę. Czuję się wtedy jak Św. Mikołaj. Oczywiście wszystko ma swoje granice, jednak większość kłamstw jest naprawdę tak niewinna, że nie widzę powodu, żeby odbierać komuś przyjemność, zwłaszcza, że często służy to czyjemuś dowartościowaniu się, uzyskaniu uznania. Proszę. Poczuj się dobrze. Co ciekawe, większość ludzi bardzo mocno wierzy w to, co mówi w danym momencie. I dobrze. W coś trzeba wierzyć, a po co wierzyć w cudze, skoro można wierzyć we własne słowa? ;)

Kłamstwo niesłusznie jest tak potępiane. Na pewno mniej słusznie niż właśnie manipulacje, które z założenia mają oszukać manipulowanego. Kłamstwo bardzo często ma na celu uchronienie kogoś przed cierpieniem, przed problemami, kłopotami, niepotrzebnymi zmartwieniami. Mówi się, że prawda jest najważniejsza i święta. Nigdy się z tym do końca nie zgadzałam, ponieważ wszystko zależy od sprawy, sytuacji, kontekstu. Prawda jest ważna, jeśli czemuś służy, ale kłamstwo potrafi być o wiele ważniejsze i lepsze w skutkach. Manipulacja służy wyłącznie interesowi manipulującego (pomijam wyjątki). Kłamca niejednokrotnie robi przysługę okłamanemu. Kłamstwa, przemilczenia, wszelkie półprawdy, podkolorowania, odcienie szarości i wszystko co jest pomiędzy prawdą i kłamstwem. Och, jak ja lubię, gdy ktoś się upiera, że zawsze i bezwględnie należy mówić prawdę. Tacy ludzie sami często kłamią prosto w oczy dokładnie z tych w/w dobrych pobudek, czystych intencji nie sprawiania przykrości. W tym względzie nie jestem hipokrytką. Lubię, chcę być czasami okłamywana. Mimo znajomości prawdy, chcę usłyszeć to, co chcę usłyszeć, bo wiem co z tym z robić. Z prawdą czasami ciężko jest zrobić coś sensownego. Lubię czasami słuchać kłamstw, bo je właśnie doskonale widać i można nimi żonglować jak piłeczkami. Przegrywa ten, kto upuści piłkę. W końcu te piłki są ze szkła i spadając powodują huk, rozpadają się na dziesiątki części, które potem mogą wbić się w stopę, jeszcze długo po tym, gdy piłka spadła. Kłamstwa są ważne i pożyteczne, ale nie mogą dotknąć ziemi.

Czasami słuchając kłamstw nie mogę się powstrzymać i się uśmiecham. Ten powstrzymany uśmiech wywołuje te magiczne "czemu się uśmiechasz?", na co odpowiadam "Nie, nic. Tak po prostu". I świat myśli, że ja jestem z natury uśmiechnięta (no dobrze, uśmiecham się też nie tylko dlatego przecież). Ja po prostu słucham tych wszystkich fantazji, kłamstewek i nie mogę się powstrzymać. O ile sytuacja tego nie wymaga, to się po prostu uśmiecham i myślę "Cudownie. Lie to me, baby".

Świetny serial. Polecam, bo naprawdę ma w sobie dużo prawd, które potwierdza nauka, a które znamy od dawna. I już pierwszy odcinek pokazuje, że kłamstwo bywa bardzo, bardzo względne, zwłaszcza, gdy służy ochronie czyjegoś dobra. Ratowanie czyjegoś dobra, dobrego imienia, zaufania (jeśli nie dotyczy spraw karnych, zbrodni) jest dla mnie normalne w przyjaźni, lojalności. I na pewno jest jednym z jej objawów. To jak krycie się wzajemnie wśród rodzeństwa przed rodzicami. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Do dziś mam taką relację z braćmi. I nie tylko. Sprawa ochrony wzajemnego dobra jest dla nas świętością. I tak powinno być. I takie kłamstwo zawsze będzie usprawiedliwione. Jeśli ktoś to neguje, tzn jedynie, że jeszcze tego po prostu nie przeżył.

Lie to me. Pyszny deser na (najlepiej) weekendowe wieczory.

czwartek, 19 stycznia 2012

Kocham latynoskie rytmy. Od kiedy uczę się salsy zagłębiam się w tym coraz bardziej. Wszystkie tańce powiązane z salsą, rumbą, sambą, flamenco. Chciałabym mieć opanowane wszystkie. Chociaż na dziś cieszę się z każdego postępu w salsie. Z każdymi zajęciami moje ciało odzyskuje dawną elastyczność, biodra sprężystość, też poza tańcem, kręgosłup przestał mnie pobolewać ;) (niby zabawne, ale prawdziwe). Znowu sylwetka mi się zarysowała jak za lat wczesnej młodości. Cieszy mnie to, zwłaszcza, że najważniejszy warunek jest spełniony - mam czystą i żywą przyjemność z tańczenia salsy. Chociaż strasznie mi się nie chce wychodzić, to stanięcie na sali, szybka rozmowa z dziewczynami, usłyszenie pierwszych dźwięków, uśmiech instruktora i zapominamy o świecie. Na tę godzinę jest salsa.

Ale dziś potrzebowałam czegoś innego i zaczęłam szukać materiałów o pozostałych tańcach. Zapewne mało kto wie, że jedną z wielkich gwiazd flamenco jest mężczyzna: Joaquin Cortes. Filmik. Uprzedzam. Ma w sobie coś hipnotyzującego, pierwotnie nieokiełznanego. Widać, że on płynie. Rzadko się zdarzają fajnie ruszający się mężczyźni, którzy przy tym nie zatracają męskości. Ostatnim tańcem, o którym pomyślałabym jako "męskim" jest flamenco. Błąd. Jest i to bardzo. Oto dowód:

Podoba mi się. Całość. Niby wyreżyserowane, ale ja widzę, że oni wszyscy raczej płyną. Z rytmem, z głosem, z ruchem. Czyste. Mam w sobie czarownicę, która lubi wszystko co pierwotne, bliskie naturze, Ziemi, pogańskim zwyczajom, szeptuchom, szamanom. Flamenco ma w sobie tego dużo. Jak i samba brazylijska.

Ale dziś poddaję się flamenco.Joaquinowi Cortes, który na marginesie jest po drugiej stronie oceanu naprawdę rozpoznawalny. I słusznie. On ma taniec we krwi... Tylko z drugiej strony jestem przekonana, że tak naprawdę każdy z nas ma. Brak swobody na parkiecie jest odzwierciedleniem podejścia do życia. Można nie chcieć tańczyć w jakiś okolicznościach, towarzystwie, ale jeśli chcemy się zrelaksować, rozluźnić, oczyścić myśli, to taniec jest najprzyjemniejszą formą ruchu, którą można się w tym celu posiłkować. I po prostu "odpuścić" i tańczyć.

Nawet w dużym pokoju... Jak bym miała ogród, to bym zrobiła z niego miejsce do tańczenia. Bez względu na sąsiadów.

Na koniec. Zdjęcie Joaquina Cortesa. Chciałabym mieć takie z mężem w prywatnej kolekcji: 

 

Zdjęcie pochodzi STĄD.

Więc jeszcze jeden.

 

Uwielbiam facetów, którzy potrafią się zapomnieć, zatracić. Jak ten Pan wyżej. Dokładnie. Wszyscy w koło są, ale nie dla niego. Jemu potrzebna jest muzyka, dźwięk i w tym się zatraca. Lubię takie nieobecne spojrzenie, pewnie dlatego, że kojarzy mi się z seksem. Z takim spojrzeniem wszystkim do twarzy.

  Flamenco jest niesamowicie hipnotyzujące.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Chodź, opowiem Ci historię. Siadaj. Weź kubek kawy, herbaty, kakao i posłuchaj.

Miałam 19 lat. To był Sylwester. Wtedy go poznałam i spróbowałam pierwszy raz. Nie spodobało mi się. Kompletnie mi nie wychodziło, ale inni mnie przekonywali, że będzie dobrze. Jak już się nauczę, to pokocham go. Więc żeby się przekonać, czy tak będzie postanowiłam się wszystkiego nauczyć. Szło mi opornie i zajęło długie miesiące. Ale w końcu.. w końcu zaczęłam odczuwać tę legendarną przyjemność, może dlatego, że sobie wmówiłam, że trafiłam na odpowiedniego. Z czasem, faktycznie zamieniło się to w coś poważnego. Znajomi mówi, że tak fajnie do siebie pasujemy.

Było nam coraz trudniej bez siebie wytrzymać. Ba, zmieniali się mężczyźni w moim życiu (niektórzy go tolerowali, inni zupełnie i absolutnie nie, jeszcze inni sami się do niego dla mnie przekonywali..), otoczenie się zmieniało jak w kadrze z filmu "Wehikuł czasu", zmieniali się ludzie, a on ciągle był ze mną, jakby wiedział, że go na swój sposób kocham, mimo... no właśnie.

Mimo, że go nienawidziłam. Mimo, że miał mnóstwo wad. Mimo, że byłam na siebie nie raz wściekła, za to że do niego wracam, chociaż wiele razy sobie obiecywałam, że z nami koniec. Czasami odpuszczałam, bo ile razy można się poddawać? Wiele lat przywiązania, tkwienia w toksycznym (w gruncie rzeczy) związku jest jak mocno zakorzenione drzewo, które wrasta w nas. Zapomina się z czasem, jak jest bez niego. Wiele razy się rozstawaliśmy (czasami nawet na kilka miesięcy), ale zawsze wygrywał. Zawsze do niego wracałam. Szczególnie po alkoholu, albo jak miałam problem, czy po prostu chciałam się oderwać, albo nad czymś pomyśleć. On był do tego najlepszy.

Nawet mój mąż to tolerował, ba, lubił na mnie z nim patrzeć. Czasami się przyłączał. Chociaż co mógł innego zrobić? Wiedział, że nie będę między nimi wybierać. Nie tak. Nie mógł tak postawić sprawy. Chociaż widział też, że się z tamtym psychicznie męczę. Że cierpię chwilę przed spotkaniem z nim, że nie robię tego, bo chcę, tylko z czystego uzależnienia i przywiązania, ale już bez przyjemności. Najgorszy i najbardziej toksyczny rodzaj rutyny. Ale ja wiedziałam, że w końcu się z nim rozstanę. Czekałam tylko, aż naprawdę do tego dojrzeję. Aż poczuję, że już wystarczy. Wiele związków w końcu tak się zaczyna i kończy. Na początku jesteśmy sobą zafascynowani, nie możemy bez siebie żyć, spędzamy razem każdą chwilę, od łóżka, przez stół, czy samochód, po każde miejsce na ziemi, dziesiątki rozmów, nieprzespanych nocy, sennych dni, ale też chwil pełnych namiętności i szaleństwa. Wszystko inne jest ok, ale najważniejsze, że jesteśmy razem.

Jednak... po iluś latach zaczyna się coraz częściej czuć znudzenie, znużenie, zmęczenie. Widzi się same jego wady, a nie chce ci się już wyciągać wspomnień jego zalet. Zupełnie przestało ci na nim zależeć i teraz nie wiesz tylko, jak mu powiedzieć, że to już koniec. I że możecie zostać przyjaciółmi, chociaż to trochę za mocne słowa. I próbujesz. Raz, drugi, dziesiąty... i się poddajesz, bo on tak skomle o chociaż jedno spotkanie, o chociaż 5min razem o jedno małe spotkanie. No co ci zależy? Nic. W sumie nic. I się zgadzasz... I znowu miesiącami się nie możesz od niego uwolnić i patrzysz na męża, który widzi, że coś się z tobą dzieje, ale ze smutkiem w oczach nie liczy już nawet na to, że skończysz z tamtym. 

Ale ty wiesz, że skończysz. Już dawno podjęłaś decyzję, musiałaś tylko wypracować sobie metodę odpierania wszystkich argumentów, jakie miał. Lata przywiązania, rozumiesz, to trzeba skończyć sposobem. A sposób jest jeden: nie ulegać naciskom. Zdajesz sobie sprawę, że te rozstanie, jak każde spowoduje małe zawirowanie w życiu. W końcu wasza relacja, wokół niej, zbudowały się też inne. Przyjaciele i znajomi pewnie trochę się podzielą, część trzymać będzie jego stronę, część twoją. Niektórzy nie będą wybierać (i słusznie). Ty, jeszcze wiele, wiele razy będziesz czuła, że czegoś bardzo, ale to bardzo ci brakuje. I tak właśnie jest. Chociaż naprawdę bardzo, bardzo rzadko, to pojawia się takie nieznośnie poczucie "chcę". I dobrze, ale od razu sobie tłumaczę, że nie chcę jego. Chcę czegoś, ale to nie on.

Doskonale wiem, co mnie czeka. Jakie będą pułapki, jakie pokusy. Najważniejsze - nie zaskoczą mnie. Gdy siedziałam pewnej nocy na balkonie, postanowiłam z nim porozmawiać. Po raz ostatni. Nie słuchając go, postanowiłam powiedzieć tylko to, co miałam do powiedzenia i się pożegnać. Nawet mu nie podziękowałam. Wszystko było już powiedziane przy każdym poprzednim rozstaniu.

Patrzył na mnie z tym swoim gorącym uśmieszkiem "Znowu odchodzi? Wrócisz. Ty zawsze wracasz". 

"Zobaczymy" odpowiedziałam i go zgasiłam. Tak. Ja to po prostu wiem. Po tylu latach. W tę ciepłą, zimową noc.

On mi pewnie i tak nie wierzy, jak mój mąż, jak moi znajomi, rodzina, przyjaciele. "Ty, rzuciłaś? Jasne". Pełne pobłażliwości. Tak. Zobaczycie. Co jak co, ale tkwienie w toksycznych związkach nigdy nie było dla mnie znośne. Papierosy były jedynym wyjątkiem. A ten, zgaszony tamtej nocy to był ostatni papieros.

Ja to po prostu wiem. I z każdym dniem wiem to coraz bardziej. Kiedyś zapomnę, że byliśmy razem. Chociaż może bezpieczniej będzie nie zapominać... żeby znowu do siebie nie wrócić, bo jest mi bez niego cudownie ;)

PS. Chyba każdy ma taką rzecz, sprawę, osobę, od której uwolnienie traktuje jak źródło zadowolenia i zwycięstwa nad własną słabością, uległością, dowód na to, że jednak ma się silną wolę (we własnych oczach). Dziwne to jest, że w ogóle czasami latami się w takich "relacjach" i relacjach tkwi. No ale cóż. Najważniejsze, to się z nich skutecznie uwalniać. Satysfakcja jest niesamowita.

piątek, 13 stycznia 2012

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/56,123404,9759550,Picie_coli_to_obciach.html

 

 

I kilka fragmentów z tego materiału:

(...) "W 'smaczne piątki' uczą się, jak odróżnić dobre jedzenie od bezwartościowego - na warsztatach smaku degustują na przykład sery. Albo same kwaszą mleko i przygotowują jogurt. Zwiedzają też lokalne wytwórnie."

(...)"Szkołę w marcu odwiedzili Włosi ze Slow Food, międzynarodowej organizacji non profit, która promuje m.in. dobre jedzenie, niespieszny tryb życia, lokalne specjały i małych producentów. Skupia już 100 tys. osób na całym świecie. To Włosi wymyślili program European Schools for Healthy Food, do którego należy 13 szkół w Europie, m.in. we Francji, w Belgii, Irlandii, Hiszpanii. A teraz również kiełczowska szkoła w Polsce. Program ten zakłada poprawę jakości szkolnych posiłków, nawiązanie do lokalnych tradycji i kulturę jedzenia."

(...) "W Kiełczowie na szkolnych oknach i na tablicach widać kolorowe ślimaki. To logo Slow Food, symbol niespiesznego życia odbieranego wszystkimi zmysłami, delektowania się smakami. W szkołach z European Schools for Healthy Food edukację smaku włącza się do programu nauczania, więc na godzinach wychowawczych kiełczowskie dzieci rozmawiają o starannym jedzeniu, a na lekcjach polskiego analizują przysmaki z 'Pana Tadeusza'." 

(...) "- Szkolne sklepiki to dramat - uważa Jacek Szklarek, szef polskiego Slow Food. - Wielkie koncerny spożywcze wiedzą, że wśród uczniów mają wdzięcznych odbiorców, więc sklepiki są pełne batonów i kolorowych napojów. - Jeśli kiełczowski model się sprawdzi, chcielibyśmy, żeby stał się wzorem dla innych szkół w Polsce. Kulturę jedzenia i bogactwo smaków trzeba pokazywać jak najwcześniej. Zwłaszcza że dzieci lepiej identyfikują smaki niż dorośli. Być może uda nam się wychować pokolenie, które będzie odżywiało się lepiej niż my teraz. W Polsce jada się pangę zamiast śledzia czy bellony; zapomnieliśmy o gęsinie, z której słynął nasz kraj, i o starych, znakomitych odmianach jabłek."

 

Wzruszyłam się. Naprawdę. Jestem niesamowicie dumna z samego pomysłu, jego realizacji, miejsca, dzieci i dorosłych. Nic dodać, nic ująć. Oby to się przyjęło i rozprzestrzeniło. W końcu marketing szeptany, polecenia, zawsze miały największą skuteczność.  Piękna sprawa. I świetnie, że taka inicjatywa odnośnie slow life, slow food w tak dobry sposób rozwija się w Polsce i na najważniejsze, wśród dzieci. Podziękowania dla Włochów i naszych Slow food propagatorów ;)  Naprawdę jestem dumna z tego projektu i sposobu realizacji. I co? Jak się chce, to wszystko można. I co najważniejsze, chyba wszyscy wiemy po sobie, że łatwiej jest wpajać nowe nawyki, niż zmieniać stare. 

sobota, 07 stycznia 2012

Jestem chyba największą fanką kakao w tej części galaktyki, ale jeszcze większą fanką jestem pitnej czekolady. Ostatnio posprzeczałam się z kolegą, który powiedział, że nie ma różnicy między pitną czekoladą a czekoladą do picia. Powiedziałam, że jest diametralna (co jest szczególnie wyczuwalne w pijalniach czekolady, kawiarniach itp.).

Czekolada do picia - to nic innego jak kakao. Czasami z dodatkami.

Czekolada pitna - to napój przygotowany na bazie prawdziwej czekolady.

Właśnie znalazłam potwierdzenie: TU. (głównie szukałam go dla kolegi, ale skoro już mam, to wrzucam)

Różnica jest oczywista w samej konsystencji, gdyż czekolada pitna się wręcz ciągnie, a nie leje. Owszem, na co dzień jestem fanką kakao (które mogę nazywać czekoladą do picia, tylko po co, skoro to kakao). Moim ukochanym wytworem jest kakao z aromatem pomarańczowym (zakochana jestem w czekoladach ze skórką pomarańczy). Oczywiście ważny w tym też jest sam magnez, zawarty w czekoladzie, ale smak czekolady z pomarańczą jest jednym z lepszych, wynalezionych przez ludzkość. I sama do kakao kupuję ciemne kakao, bez żadnych dodatków. Mieszanki "dla dzieci" mają za dużo cukru. Oczywiście też mam taką na półce (jak mam ochotę pogrzeszyć pośpiechem), ale dla smaku - piję wyłącznie ciemne, prawdziwe kakao z dobrym mlekiem.

 

A na pitne czekolady najchętniej chodzę jednak do pijalni. Przy okazji pogaduch z koleżankami. Na co dzień byłyby trochę za ciężkie, a w ogóle najlepsze są przed PMSem.

 

Ale muszę spróbować TEN przepis, albo TEN. Brzmią apetycznie i prawidłowo gęsto. A TE wyglądają na zupełną rozpustę :)

Kilka wskazówek, jak rozpoznać dobrą czekoladę znalazłam TU (na szczęście nic nowego), ale warto o tym pamiętać kupując czekolady, bądź kakao.

Ja, jako typowy nocny marek uwielbiam zrobić sobie kubek kakao przed snem, w środku nocy. Śpię potem jak dziecko. I jest to szczególnie idealny napój na zimę.

Ciekawostka, czyli wartości, jakie sobie dostarczymy z przyjemnością czekoladą:

Porównanie wartości odżywczych czekolad :

Składnik
Zawartość w 100 [g]


Czekolada gorzka


Czekolada mleczna


Czekolada biała

Wartość energetyczna 599 kcal 535 kcal 539 kcal
Białko 7,8 g 7,6 g 5,9 g
Tłuszcz ogółem 42,7 g 29,7 g 32,1 g
Kwasy tłuszczowe nasycone 24,5 g 18,5 g 19,4 g
Kwasy tłuszczowe jednonienasycone 12,8 g 7,2 g 9,1 g
Kwasy tłuszczowe wielonienasycone 1,3 g 1,4 g 1 g
Kwasy tłuszczowe omega-3 34 mg 122 mg 103 mg
Kwasy tłuszczowe omega-6 1218 mg 1218 mg 910 mg
Węglowodany 24 g 51,5 g 59 g
Błonnik pokarmowy 10,9 g 3,4 g 0,2 g
Witamina A 39 I.U. 195 I.U. 30 I.U.
Witamina D ~ ~ ~
Witamina E ~ 0,5 mg 1 mg
Witamina K 7,3 µg 5,7 µg 9,1 µg
Witamina C ~ 0,03 mg 0,5 mg
Witamina B1 0,03 mg 0,1 mg 0,1 mg
Witamina B2 0,11 mg 0,3 mg 0,3 mg
Witamina B3 (PP) 1,1 mg 0,4 mg 0,7 mg
Witamina B6 0,04 mg 0,03 mg 0,1 mg
Kwas foliowy 0,02 µg 12 µg 7 µg
Witamina B12 0,3 µg 0,7 µg 0,6 µg
Kwas pantotenowy 0,4 mg 0,5 mg 0,6 mg
Wapń 73 mg 189 mg 199 mg
Żelazo 11,9 mg 2,4 mg 0,2 mg
Magnez 228 mg 63 mg 12 mg
Fosfor 308 mg 208 mg 176 mg
Potas 715 mg 372 mg 286 mg
Sód 20 mg 79 mg 90 mg
Cynk 3,3 mg 2,3 mg 0,7 mg
Miedź 1,8 mg 0,5 mg 0,1 mg
Selen 6,8 µg 4,5 µg 4,5 µg
Cholesterol 2 mg 23 mg 21 mg
Fitosterole ~ ~ ~

Aż miło popatrzeć. 

 

UPDATE: polecam bloga o czekoladzie. TU. Naprawdę, wszystko związane jest z czekoladą. Podziwiam zapał :)

 
1 , 2